Czytelnicy! Znudzili mi się Starozakonni…

Czytelnicy! Znudzili mi się Starozakonni, obsmarowałem ich zresztą do imentu, pisanie o pokrzywie czy herbatce z mlecza, też mnie jakoś nie pociąga, a jak jakaś głupia baba chce zostać gwiazdą porno to niech się rodzice martwią, a w tym przypadku mają za co. Trzeba było samemu dzieci naklepać a nie licho wie kogo adoptować. Tak więc jako zadeklarowany od niedawna anty-kapitalista, postanowiłem krytykować takich dla których mamona była i jest najważniejsza. Często nawet ważniejsza niż życie ludzkie. Dlatego też postanowiłem wrócić do pewnej katastrofy, na temat której napisałem lata temu prawie tomy. Wtedy jakoś nie zwrócono na nią zbyt wielkiej uwagi, ale teraz, mam taką nadzieję, ludzie zaczynają rozumieć że nie mogą być ciągle mierzwą pomagającą rozkwitać i owocować brudnym niejednokrotnie interesom. Chcę napisać tu o katastrofie tankowca „Athenian Venture”, katastrofie, która kosztowała życie 24 polskich marynarzy, 5-ciu ich żon a 43 dzieci uczyniła sierotami. Tankowiec „Athenian Venture” nosił kiedyś nazwę „Karkonosze” i był zakupiony przez P.Ż.M (Polska Żegluga Morska – Szczecin). Zbudowany był w jednej ze szwedzkich stoczni i był „trefny” od zwodowania. Oryginalnie budowano go na zamówienie innego armatora, ale ten zrezygnował w połowie budowy. Osierocony tankowiec został zakupiony za psie pieniądze przez polskiego armatora i nazwany M/T „Karkonosze” (tak dla informacji to P.Ż.M miała kilka tankowców i każdy nosił imię jakiegoś górskiego łańcucha). Wszystko wyglądało na dobry interes z wyjątkiem tego, że nowy nabytek zachowywał się niezupełnie jak na pełnomorską jednostkę rzystało, a mianowicie dziwnie się wyginał i od czasu do czasu na jego kadłubie pojawiały się pęknięcia. Załogi nie bardzo paliły się, żeby na nim pływać a kierownictwo armatora głowiło się co z tym fantem zrobić. Póki co jakoś wszystko się ‘kulało’, pęknięcia spawano, a każdy powrót z rejsu witano w Szczecinie z entuzjazmem i dziękowaniem Opatrzności, że dali radę wrócić w jednym kawałku.
Ale tak nie mogło trwać wiecznie, po kilku latach tankowiec został przekazany, jak przeczytałem w dokumencie, którego kopię posiadam, polsko – greckiej firmie armatorskiej o nazwie Patron Marine zarejestrowanej na Cyprze. Wszystko wdł. starej ‘quasi-pirackiej’ zasady ‘Jeden statek – jeden armator’. System ten z powodzeniem działa do dziś a sens jest taki, że gdyby w razie czego powstały straty, jak zatonięcie statku i sądownie zalecone obligacje finansowe, to firma taka oprócz statku, który zatonął, była w posiadaniu biurka, kilku krzeseł i kosza na śmieci. Od samego początku zastanawiało mnie jakim cudem tankowiec, który było, nie było, był częścią majątku narodowego PRL został przekazany, nie sprzedany tylko przekazany i jaka to polsko-grecka spółka. Tego nie udało mi się odnaleźć a kogo bym nie pytał zasłaniał się brakiem pamięci. A pytałem wielu, w tym czasie legitymowałem się tytułem Master Mariner, (polskim, kanadyjskim i brytyjskim) MNI (Member of Nautical Institute) a takich się raczej nie zbywa, jak pytają. Nautical Institute of London to ekskluzywna organizacja kapitanów, mechaników i managerów firm armatorskich. A pytałem z powodu, że dnia 20 kwietnia 1988 na Atlantyku statek ten na tzw. „martwej fali” przełamał się na dwie części, ładunek lekkiej benzyny zapalił się, skutkiem czego cała załoga plus 5 żon i matek usmażyli się na śmierć. Pewne informacje o katastrofie można przeczytać wchodząc na link poniżej, ja zaś poświęcę temu kilka odrębnych artykułów. Myślę, że będą warte przeczytania. Mam też nadzieję, że ludzie mający coś wspólnego z tą katastrofa i dysponują pewną wiedzą na ten temat, stojąc nad grobem, będą skłonni oczyścić sumienia i przekazać swą wiedzę.
Ciąg Dalszy Nastąpi
Zbigniew W. Gamski retired MM, former MNI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *