Tragedia Stateku „Kudowa Zdrój”

Statek „Kudowa Zdrój” zatonął w godzinach rannych 20 stycznia 1983 roku, w czasie silnego sztormu na Morzu Śródziemnym. Statek gdyńskiego armatora Polskich Linii Oceanicznych – m/s „Kudowa Zdrój” (o nośności 1920 DWT) płynął on z Walencji i Castellonu w Hiszpanii do portu Erna w Libii. Wypadek miał miejsce 15 mil na wschód od wyspy Ibizy na Balearach.

Przyczyny

Statek dowodzony przez kpt. ż. w. Leszka Krogulskiego przewrócił się w wyniku kilku silnych uderzeń fali. Istotną przyczyną katastrofy było nieprawidłowe załadowanie statku. Izba Morska ustaliła, że wyszedł on z portu Castellon w stanie niezdatnym do żeglugi. „Kudowa Zdrój” zabrała zbyt dużo ładunku wskutek nacisków armatora i agenta: aby to wyrównać, trzeba było odpompować część balastów, co zachwiało statecznością statku. Wadliwe było też zamocowanie ładunku. Statek m.in. miał na pokładzie 16 kontenerów (więcej niż wolno mu było przewozić), stały one na pokrywach lukowych, które zostały z tego powodu przeciążone o połowę w stosunku do dopuszczalnego obciążenia; niektóre kontenery stały w poprzek osi statku, co jest całkowicie zakazane; żaden z nich nie był prawidłowo zamocowany; nieprawidłowo zamocowano i rozłożono ładunek stali i bieli tytanowej w ładowniach.

Przebieg zatonięcia

Po kilku uderzeniach fali o godzinie 4 nad ranem, statek położył się na burtę do pozycji, z której nie był w stanie się już podnieść. Kpt. Krogulski, nadał sygnał wezwania pomocy krótkofalówką, jednakże przy tym pomylił pozycję o ok. 8 mil; Do akcji włączył się m.in. polski statek „Sopot”, który wyszedł z Castellon tuż po „Kudowie Zdroju”.

Nie próbowano nawet zrzucić obu szalup, obie zerwały później fale, uszkadzając je. Próby otwarcia tratw pneumatycznych nie udały się – stwierdzono później, że większość marynarzy nie umiała ich obsługiwać wskutek złego systemu szkolenia ratowniczego, nie znali zresztą i innych zasad ratownictwa. W akcji ratunkowej, co dostrzegła też Izba Morska, wyróżnił się III oficer Zenon Kostrzewa (nie przeżył katastrofy). O 4.20 „Kudowa Zdrój” poszła na dno, pociągając za sobą bosmana Jerzego Rybaka, który zaczepił kamizelką ratunkową o jakiś element statku; tylko jego zwłok później nie odnaleziono.

Ratunek

W wodzie o temperaturze 13 stopni Celsjusza rozbitkowie musieli dotrwać do chwili, gdy znajdą ich ratownicy. Wszyscy ocaleni podniesieni zostali przez hiszpańskie helikoptery po świcie. Najwięcej rozbitków uratował śmigłowiec dowodzony przez por. Cristobala Colona de Carvajal (potomka Krzysztofa Kolumba), późniejszego admirała.

Na stalowym pontonie roboczym, który sam spłynął ze statku, uratowali się ochmistrz Ireneusz Szala, marynarze Zbigniew Budzan i Jurand Heczko i pomocnik kucharza Piotr Araszewski. Motorzysta Andrzej Krysiak przeżył w zalanej wodą, ale nie tonącej szalupie, której oprócz niego nie odnalazł żaden inny rozbitek. II mech. Czesław Sakowski i IV mech. Krzysztof Rusiak uratowali się na drugiej szalupie, wywróconej do góry dnem, ale nie tonącej. Wraz z nimi na szalupie tej byli też marynarze Jan Jelski i Leon Mańkowski, ale Jan Jelski nie utrzymał się na szalupie, a Leon Mańkowski w chwili, gdy śmigłowiec znalazł szalupę i podnosił rozbitków, już nie żył. Ostatni z uratowanych, młodszy steward Zbigniew Drzewiecki, jako jedyny przetrwał kilka godzin po prostu w wodzie, w kamizelce ratunkowej, przyjmując optymalną pozycję dla zmniejszenia wyziębienia i oszczędzając siły.

Wszyscy pozostali członkowie załogi zginęli wskutek utonięcia poprzedzonego utratą przytomności spowodowaną utratą ciepła, niekiedy z wysiłku, gdy niektórzy z nich próbowali dopłynąć wpław do widocznej ze względu na światła Ibizy. Obie szalupy „Kudowy”, które uratowały zaledwie trzech rozbitków, porozbijane, ale nie tonące, fale też wyrzuciły na brzeg, wydobyto też ponton, na którym uratowało się czterech marynarzy. Zwłoki wszystkich ofiar odnaleziono przed upływem dwunastu godzin od katastrofy.

23 stycznia wrócili do Polski ocaleni rozbitkowie, 28 stycznia przetransportowano zwłoki 19 ofiar (z wyjątkiem bosmana) .

Z uwagi na śmierć w katastrofie kapitana i całego kierownictwa statku Izba Morska w wydanym 30 maja 1983 r. orzeczeniu nie wskazała osób, które przyczyniły się do katastrofy. Poza główną przyczyną, jaką było niewłaściwe załadowanie statku, izba wydała szereg zaleceń dotyczących zasad ratownictwa, szkolenia w tym zakresie i sprzętu ratunkowego. Nie zajmowała się natomiast konstrukcją i sposobem wykonania statku – wady statków typu „zdrój” w tym zakresie analizowano dopiero po katastrofie „Buska Zdroju”.

 

Jako Kircholm ale od morskiej strony

Hetman Chodkiewicz dwa razy uratował Rygę. Za drugim razem nadszedł z… morza.

To zwycięstwo hetmana wielkiego (taka ranga wojskowa i takaż postać dziejowa!) litewskiego Jana Karola Chodkiewicza jest niemal zupełnie zapomniane. A przecież i ono – podobnie jak pogrom Szwedów pod Kircholmem 27 września 1605 r. – zostało odniesione podczas wojny Zygmunta III z Karolem Sudermańskim (1600–1611) i prowadziło do zwinięcia oblężenia Rygi przez Szwedów. Jak pod Kircholmem husaria, tak tu atak płonących branderów spadł na najeźdźców jak grom i takie też odniósł skutki. A najważniejsze – o czym doprawdy mało kto słyszał – wielki wódz Rzeczypospolitej odniósł je na morzu!

Atak na Salis

Znakomite zwycięstwo pod Kircholmem – tak jak wiele innych – nie zostało wykorzystane przez Rzeczpospolitą. Szlachta uchwalała podatki na jedną kampanię, na ogół nie dłużej niż na rok, i zwycięskie wojska rozchodziły się do domów, zamiast utrwalać panowanie nad zajętymi ziemiami i kontynuować pasmo zwycięstw.

Tak też było podczas każdej z wojen ze Szwedami. Chodkiewicz jednak nie rezygnował i w kolejnych latach odnosił niemałe sukcesy. Tak też było na początku 1609 r., kiedy brawurowym nocnym atakiem zdobył Parnawę, miasto i port leżące dziś nad Zatoką Ryską na południu Estonii, a od 1560 r. należące do Rzeczypospolitej.

Warto dodać, że od 1598 r. było ono stolicą jednego z dwóch – obok dorpackiego – najdalej na północ wysuniętych województw naszego państwa.

Hetman zamierzał następnie odepchnąć Szwedów od obleganej przez nich znowu Rygi. Na drodze do niej stały miasto i port Salis – dziś Salacgrīva na północy Łotwy – gdzie stała eskadra ośmiu uzbrojonych w działa szwedzkich okrętów z liczną załogą oraz 11 jednostek pomocniczych pod dowództwem Joachima Mansfelda.

Wydawało się, że wojska polsko-litewskie, złożone głównie z konnicy, są całkowicie bezradne wobec takiego przeciwnika…

I tu objawił się geniusz Chodkiewicza, jego umiejętność improwizacji, znajdowania właściwych sił i środków oraz podejmowania błyskawicznej decyzji.

To były cechy znamionujące wcześniej i później staropolską sztukę wojskową w najlepszym wydaniu – Tarnowskiego, Ostrogskiego, Żółkiewskiego, Koniecpolskiego, Sobieskiego…

Co uczynił nasz wódz w Parnawie? Otóż obsadził piechotą dwa okręty zdobyte w porcie, a także pięć mniejszych statków handlowych, które kupił od Holendrów oraz Anglików, i zaciągnął na nie działa. Poza tym – co okazało się decydujące podczas ataku! – cztery łodzie kazał wypełnić prochem, smołą i materiałami łatwopalnymi.

W ten sposób stały się one znanymi od czasów starożytnych branderami. Żeglarzy uzyskał wśród wiernych Polsce Inflantczyków. Eskadra ta nie miała szans w otwartej bitwie na pełnym morzu ze znacznie silniejszą flotą szwedzką, dlatego trzeba było ją zaskoczyć porą i sposobem ataku.

Kilku fachowców inflanckich, potrafiących kierować jednostką pływającą za pomocą steru i żagla, wystarczyło – jak się rychło okazało – do przepłynięcia po Zatoce Ryskiej stosunkowo niewielkiego odcinka między oboma portami i skierowania do Salis siły uderzeniowej.

Stanowiły ją wspomniane brandery, które niesione sprzyjającym wiatrem zbliżały się do żaglowców wroga.

Działo się to nocą z 23 na 24 marca 1609 r. Załogi szwedzkie były pogrążone we śnie, a straże pełniły obowiązki niedbale, nie spodziewając się uderzenia – zwłaszcza od strony morza. Nie wyklucza się też, że niektórych strażników udało się wcześniej przekupić.

Oczywiście, mogli oni nie zauważyć żaglowców okrytych mrokiem na redzie portu, ale alarm wszczęto z opóźnieniem dopiero wówczas, gdy łodzie przeciwników zapłonęły potężnym ogniem, jak jakieś diabelskie pochodnie.

Efekt był piorunujący. Dwie brandery trafiły do burt szwedzkich okrętów, ogień przeniósł się na nie i wkrótce nie dało się już ich uratować.

Na pozostałych w popłochu stawiano żagle, odcinano liny kotwiczne i odpływano jak najdalej od źródeł płomieni. Pojedynczo, bez ochoty na walkę zmykały jednostki wroga w mrok Zatoki Ryskiej, gdzie przywitały ich strzały z dział eskadry Chodkiewicza.

Nie wiemy, czy pociski były celne i czy spowodowały straty na pokładach wroga. Nasi nie próbowali ich ścigać, bo mieli jednostki znacznie wolniejsze. W każdym razie dwa szwedzkie okręty spłonęły ze szczętem, a Salis było nasze. 

Hetman, a w tym przypadku właściwie admirał Chodkiewicz okazał się pierwszym, który wykorzystał brandery na Bałtyku. Niewątpliwie musiał dowiedzieć się o takim rodzaju broni jeśli nie na studiach w Wilnie i w Bawarii, to podczas podróży po zachodniej Europie.

Stosowano je podczas wojen z Turkami na Morzu Śródziemnym. Z piorunującym skutkiem użyli ich Anglicy podczas największego starcia – pod Gravelines – gdy odpierali hiszpańską Wielką Armadę (1588). Jan Karol był wtedy 28-letnim studentem na jezuickiej uczelni w Ingolstadt…

Przeciw wikingom

Bitwę pod Salis zapomnieliśmy, ale co naprawdę pamięta się z najdawniejszych kontaktów Polski z morzem? Największym morskim zwycięstwem Słowian nad Skandynawami – do którego chętnie, acz na wyrost niekiedy się przyznajemy – była wyprawa pomorskiego księcia Racibora na znaczący port wikiński Konungahelę.

Kilkaset okrętów z 30 tys. wojowników na pokładzie zdobyło i złupiło to królewskie miasto na południu Norwegii w 1136 r. Wysuwa się, a nawet uzasadnia tezę, że sprawcą wyprawy był Bolesław Krzywousty, a wśród oddziałów Racibora byli też liczni Polacy. Bolesław oczywiście nie chwalił się owym triumfem, bo niszczycielski najazd wespół z poganami na ochrzczonych i złagodniałych już wikingów nie przysporzyłby mu chwały w świecie chrześcijańskim. 

Morskim zwycięstwem świetnie pamiętanym, i które rzeczywiście należy przypisać Rzeczypospolitej, było pokonanie floty szwedzkiej pod Oliwą podczas kolejnej wojny ze szwedzkim królem rozbójnikiem Gustawem Adolfem (1626–1629).

Tym razem była to wojna o ujście Wisły, a więc o potrzebny szlacheckim hreczkosiejom do życia Gdańsk. Blokowanie polskich portów przez szwedzkie okręty było dotkliwym ciosem dla polskiego eksportu – na przykład do Gdańska w 1625 r. przybyło aż 1097 statków, podczas gdy w roku 1627 – tylko 150. 28 listopada 1627 r. przeciw sześciu okrętom szwedzkim z 1,2 tys. marynarzami i żołnierzami oraz ze 180 działami wyszło w morze z Gdańska dziewięć polskich, z 400-tonowymi „Świętym Jerzym” i „Królem Dawidem” włącznie. Inne były mniejsze.

Eskadrą tą dowodził adm. Arend Dickmann, a na jej pokładach było 1,5 tys. ludzi i 200 dział. Dwa szwedzkie okręty były większe od „Świętego Jerzego” i „Króla Dawida”, pozostałe ich wielkości. 

Bitwa na Zatoce Gdańskiej trwała dwie godziny. Polegli obaj admirałowie: Dickmann i Stjernskjold. Jeden szwedzki statek został zatopiony, a ich statek admiralski dostał się w polskie ręce. Straty po stronie szwedzkiej wyniosły 350 zabitych i 66 wziętych do niewoli.

Po stronie polskiej śmierć poniosło niespełna 50 ludzi. Reszta szwedzkiej eskadry uciekła do Piławy. Jednak przewaga Szwecji, dysponującej blisko setką okrętów wojennych oraz jeszcze liczniejszą flotą statków transportowych, a także rozbudowanym zapleczem, spowodowała, że wkrótce nasza flota wojenna przestała istnieć.

Wysłana na zachód, aby wesprzeć Habsburgów w wojnie trzydziestoletniej, ze stratami przedostała się z Gdańska do Wismaru, ale po trzech latach zajęli ją tam Szwedzi.

Podczas tej wojny Gustaw Adolf kilkakrotnie próbował zająć Gdańsk. Chociaż z początku opanował liczne miasta i zamki na Pomorzu oraz w Prusach, to miasta ani portu gdańskiego zdobyć nie zdołał.

Zauważmy na marginesie, że gdy oblegał twierdzę Wisłoujście, zastosował po raz pierwszy i ostatni armaty powleczone skórą, a nie odlane z ciężkiego metalu. Dopóki się nie zwęgliły, dopóty spisywały się podobno zupełnie dobrze, strzelając do fortecy o czterech bastionach i wysokiej murowanej wieży. 

 

Wojny Jagiellonów o Inflanty oraz Wazów o szwedzką koronę spowodowały, że polscy królowie starali się utworzyć floty z prawdziwego zdarzenia oraz ich dowództwa. Te wysiłki, choć nie uczyniły z Polski mocarstwa morskiego, zasługują na większą wagę, niż zwykle się do nich przykłada. Być może do dziś pobrzmiewa w uszach rodaków ów wiekopomny fragment poematu Sebastiana Fabiana Klonowica z Sulmierzyc pt. „Flis to jest spuszczanie statków Wisłą i inszymi rzekami do niej przypadającymi” z 1595 r.: 

„Lecz miła Polska na żyznym zagonie

Zasiadła jako u Boga na tronie.

Może nie wiedzieć Polak, co to morze,

Gdy pilnie orze. […]

Gdyż woda ludziom rzecz nieuchodzona,

Samym to rybom włość jest przyrodzona.

Po wodzie tylko pająk cienkonogi

Ujdzie bez trwogi.”..

Nasi przodkowie in corpore podzielali to mniemanie, z reguły odmawiając władcom uchwalania podatków na okręty, porty i załogi. Jest to dosyć dziwne, zważywszy na pewne istotne sukcesy odnoszone już wcześniej na morzu. Oto w dniach 13–15 września 1463 r. okręty gdańskie i elbląskie walczące u boku Kazimierza Jagiellończyka pokonały na Zalewie Wiślanym znacznie silniejszą flotę zakonu krzyżackiego. Podobno właśnie ta klęska, tak niespodziewana, najbardziej osłabiła krzyżacką wolę dalszej walki w wojnie trzynastoletniej.

Syn Kazimierza – Zygmunt Stary – również dzięki przewadze na morzu pokonał mistrza krzyżackiego Albrechta Hohenzollerna z Brandenburgii. Gdy ten nie chciał oddać królowi polskiemu należnego mu hołdu, pięciu gdańskich kaprów wpadło do Memla (Kłajpedy), zniszczyło miasto i stacjonującą tam flotę posiłkującą mistrza. 

Pierwszym królewskim kaprem został w 1517 r. gdańszczanin Adrian Flint (nie mylić z kapitanem piratów rozsławionym przez Roberta Stevensona), który na Zatoce Fińskiej próbował stworzyć blokadę Moskwy. Zajmował on statki z towarami dla ówczesnego wroga państwa polsko-litewskiego. Sprzymierzeni z Moskwą Duńczycy ujęli go wraz ze statkiem w Wyborgu, ale wydostał się z niewoli i wrócił do służby u Zygmunta Starego.

Był jednym z tych, których urzędowo nazywano „nasi żołnierze morscy” (milites nostri maritimi). Byli to żeglarze najemni, niemal jak korsarze, których uważano za zalegalizowanych piratów.

Z kaprów korzystał również Zygmunt August, otrzymujący dziesiątą część ich łupów. W latach 60. XVI stulecia, podczas rywalizacji z Rosją, Danią, Szwecją i Lubeką o wybrzeża bałtyckie, stworzył pierwszą polską admiralicję i prawdziwą polską flotę. Najpierw w Gdańsku wyznaczył komisarzy – Klefelda i Konarskiego – a 24 marca 1568 r. powołał Komisję Morską.

Kierowana przez kasztelana gdańskiego Jana Kostkę, stanowiła najwyższą władzę morską, dbała o żołd, wyposażenie, uzbrojenie, naprawy. Wysyłała statki w rejsy, sprawowała sądy nad podwładnymi, dzieliła łupy, skrupulatnie oddając należność do skarbca królewskiego.

Dochody czerpała głównie z lasów królewskich – pierwszego polskiego funduszu morskiego. Sejm lubelski (1569) zatwierdził jej podstawy finansowe, a nawet rozszerzył je o dochody z komór solnych w Bydgoszczy i Toruniu oraz z niektórych starostw żmudzkich. Komisja miała prawo samodzielnego przeprowadzania transakcji handlowych, kupna i sprzedaży, intratnych dla królestwa.

Wtedy też polska flota powróciła z małego Pucka do portu w Gdańsku, przełamując opór niemieckiego patrycjatu. W 1568 r. flota Zygmunta Augusta liczyła 40 okrętów, a ich załogi – 1,6 tys. ludzi. Pamiętajmy, że wojska kwarciane przeznaczone do obrony kresów południowo-wschodnich liczyły żołnierzy ledwie dwa razy więcej.

Za Batorego i jego wojny z Gdańskiem ten dorobek zniszczał, ale do wzorów ostatniego Jagiellona wrócił Zygmunt III, który powołał Komisję Okrętów Królewskich i usiłował – z opłakanym skutkiem nieszczęsnej wyprawy za Bałtyk w 1598 r. – rewindykować swe prawa dynastyczne w Szwecji. W 1635 r. kolejną admiralicję powołał Władysław IV, stworzył port u nasady Helu (Władysławowo właśnie), uruchomił budowę okrętów.

Kres tym przedsięwzięciom położyły obojętność szlachty, która nie uchwaliła stosownych podatków, i przegrana przez króla walka o cła gdańskie. Jak wiadomo od czasów starożytnych, bez pieniędzy o flocie – najdroższym rodzaju sił zbrojnych – nie ma co myśleć. O silnym państwie bez floty – także nie.

 

 

 

 

PRECZ Z POLITYKĄ!

PRECZ Z POLITYKĄ!

ZOSTAW POLITYKĘ – ZACZNIJ ODNAJDYWAĆ I DOSKONALIĆ SWOJE WARTÓŚCI: CIAŁA, DUCHA I UMYSŁU.

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu – pamiętaj jaki pokój może być w ciszy. Tak dalece jak to możliwe nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść. Jeśli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie. 

     Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakakolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach – świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

     Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa. Przyjmuj pogodnie to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

     Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

     Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia: w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą. Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.

Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

 

Dworzec wzięty, idziem na stolice

Dworzec wzięty, idziem na stolice.

Wspomiane uprzednio dwa parowe trawlery Kastor i Pollux nie wystarczały. Jednym dowodził kapitan Wiktor Gorządek drugim Paweł Gic, polski kapitan żeglugi wielkiej rybołówstwa morskiego nr. 2. Podobno zarabiali oni tak niesamowite pieniądze że jak głosi legenda wybrali się raz „na balety” do Zakopanego, zabierając z sobą cały batalion gdyńskich „wesołych panienek”. Zmieściły się wszystkie w 40 taksówkach.

Aby zdobyć łowiska Morza Północnego polskie stocznie zabrały się za budowę tak zwanych „Kulików” lub „Ptaszków”.

Każdy trawler z tej serii miał imię rodzimego ćwierkały, a pierwszy nazwano „Kulikiem”. One to rozpoczęły eksplorację Morza Północnego na przemysłową już skalę. 

Kuliki nie były dużymi statkami i jak na Północnym „dymało” to ostatnim miejscem gdzie można było się schować był holenderski porcik Imjuden. Bywało, że czekało tam na lepszą pogodę po kilkanaście Kulików. Czasami czekali długo. Rybacy mają jeden mały problem, jak nie mają nic do roboty to wtedy z nudów wyczyniają różne dziwne i niekonwencjonalne „numery”.

I tak się razu pewnego się zdarzyło. W Skagen stała wtedy prawie cała polska flota rybacka. Kilku naszych nudziło się tak straszliwie że poszli do miasta, po co trudno zgadnąć, ale można sądzić że groszem nie śmierdzieli. Tam z niewyjaśnionych i niezanotowanych przez historię powodów wdali się w bójkę z grupą miejscowych „Kaszubów” zwanych tam „Kroneken” (za prawidłową pisownię autor odpowiedzialności nie bierze), którzy przeważali liczebnie i nasi Rodacy wrócili na statki zdrowo poturbowani. Jak się rozeszło że „Duńskie Kaszuby” nakładli naszym po mordach tak całe bractwo „kto żyw i w Boga wierzy” ruszyło na podbój Skagen.

Duńczycy naród na ogół spokojny, wojen za dużo nie prowadzili, to i niezbyt wprawieni, poza tym kto by Polakom dotrzymał pola, to i zrejterowali z miasta i zadzwonili po policję do sąsiednich miejscowości bo lokalny posterunek był już w rękach naszych Rodaków. 

Gdy te przybyły, w sile rozbudowanego batalionu, nasi zaczęli podawać tyły ze względu na przeważające siły Duńczyków. Nie wycofali się jednak na statki tylko zdobyli i okopali się na dworcu kolejowym. Kilka szturmów policji zostało odpartych zwycięsko, Duńczycy zaczęli zastanawiać sie nad sprowadzeniem ciężkiego sprzętu oblężniczego, sprzeciwił się temu jednak burmistrz miasteczka motywując, ze budynek jest zabytkowy i niszczyć go, chyba że po jego trupie, nie pozwoli. 

Wpadł na pomysł żeby zadzwonić do polskiej placówki dyplomatycznej i poprosić przedstawiciela PRL żeby rybakom okupację dworca wyperswadował. 

Historia milczy kto odebrał telefon ale jego słowa zapisane zostały złotymi zgłoskami. A rzekł on przerywanym czkawką sznapsbarytonem: 

Panie Ambasadorze, dworzec wzięty, idziem na stolicę. 

Mówią że sprawa dworca w Skagen nabrała miary międzynarodowego skandalu, dotarła nawet do Bolesława Bieruta. Ten tak się śmiał że zabronił surowo karać polskich rybaków, pozwolił Kulikom żeglować na łowiska przez kanał Kiloński a rybakom zapowiedział tylko żeby sztormy odczekiwali w portach holenderskich, bo Katany (tak z jakiś powodów nazywają Holendrów) mają u nas dług wdzięczności, w końcu to myśmy z generałem Maczkiem na czele, ich spod okupacji niemieckiej wyzwolili.

Napisał: Robust Stwardniałek

 

The Bahamas-flagged Prestige

The oil tanker Prestige sank off Spain. 

 

The Bahamas-flagged Prestige, which began spilling oil, split in half about 152 miles off Spain’s Galician coast. Environmentalists had warned that if the ship sank it would cause an ecological catastrophe twice the size of the 1989 Exxon Valdez disaster off Alaska. 

On November 13, 2002, a severe storm hit the Galician coast in Spain along the northwestern tip of the Iberian Peninsula. Heavy rains and high winds of over 120 km/h were observed over the region, and especially over the maritime area near the Atlantic coast of Galicia. This was not unusual for that time of the year. Autumn and winter in this part of the world are usually characterized by a high frequency of winter storms that have heavy rainfall and high gusty winds, and navigation in this region becomes especially risky. In ancient times, Romans called the northwestern tip of this land „Cape Finisterrae” (End of the World), and in modern times this coastal area is known as „Costa da Morte” (The Dead Coast). Severe storms have destroyed many ships over the centuries. However, November 13, 2002, was special: a single-hulled tank steamer named Prestige, originally bound for Singapore but ordered to steam to Gibraltar with more than 77,000 metric tons of fuel oil on board, suffered from the high winds and turbulent sea very near the Spanish coast and began to spill fuel. This was the start of one of the worst ecological disasters ever recorded in Galicia, in Spain, in Europe, and even worldwide. The Prestige was transporting twice as much oil as the infamous Exxon Valdez, which went aground in Alaskan waters in 1989.

Portugal and Spain had barred salvagers from towing the ship to any of their ports to protect their fishing and tourism industries from further damage. 

Environmentalists had demanded that the Prestige should be bombed and burned before it is allowed to sink.  „If it sinks to the bottom it could still be the worst environmental disaster we have ever seen,” warned Miguel Angel Valladares of the Spanish branch of the WWF, formerly the World Wide Fund for Nature. 

The Danish salvage company Smit International is attempting to rescue the Prestige and began to tow her towards Africa. Smit spokeswoman Claudia Van Andel had said it would keep the tanker heading south until it found somewhere it could attempt a transfer of the cargo, but admitted that that probably would not happen until the tanker got to Africa. It did not happen. Some time later she said the vessel had been disconnected from the salvage tugs. The Smit company estimated that the tanker had lost between 1.3 million gallons and 2.6 million gallons of fuel so far. 

Various factors contributed to the increasing magnitude of the disaster, but the most important one was undoubtedly the „weather connection.” On November 14, the Spanish government made the decision to move the vessel westward, away from the coast. They believed such a movement would prevent the fuel from spreading to any part of the Iberian coast. However, when the ship began to move away from Costa de Morte, it was surprisingly carried southward toward Portuguese waters, spreading the oil spill into a long „fuel front” exactly to the west, exposing almost the entire Atlantic coastline of Galicia. This was a terrible mistake, because it did not take into account the climate factor. The winds in autumn normally blow from the west, and forecasts from many sources indicated that changes for westerly (eastward-flowing) winds over the area for the next few days was practically assured. 

Prestige survived on sea surface for 90 hours. Spokeswoman of Smit told the Reuters news agency: „The aft [rear] part of the ship has sunk. The front part is still floating but it will sink … A lot of oil went down with this [aft] part.” 

As a consequence, „black tides” of highly toxic fuel oil began to reach the coastal areas, driven by high westerly winds during the next two weeks. The oil slick virtually destroyed one of the most beautiful and richest areas for fishing in Europe, affecting the economy and the basis of many fishermen’s livelihood. Hundreds of beaches were destroyed, and the wildlife has been severely damaged, which affects the crucial economic activities such as tourism.

Are individuals, institutions, or governments to blame for this environmental tragedy? Searching for reasonable explanations about why weather and climate factors were not adequately taken into account is currently almost impossible. However, some lessons have to be learned. On a national level, Spain did not have a preparedness plan for this kind of disaster. Although these kinds of events are not unusual in Galicia, the magnitude of this event forced the national government to take urgent action. It had to improvise under strong regional pressure and, consequently, obstructed the development of faster relief measures. This increased the chances for making severe mistakes.

For the first time, a „human-made” disaster has had a harsh impact on all stages of Galician social life, and even in all of Spain. The political consequences in the long term are very difficult to predict. The capacity of the European Union (EU) to exert a leadership role in environmental protection, following the US withdrawal from the Kyoto Protocol process, has also been called into question. The EU has maintained a very weak policy about ocean transport of dangerous cargo, a policy forced by the economic interests of some EU members. 

Currently, the Prestige is an ecological time bomb. Sunk 3,000 meters deep in the Atlantic Ocean, with 40,000 tons of fuel oil remaining in its tanks, it continues to represent a serious threat not only to Galicia, but to other locations in the Atlantic as well. Living marine resources in this part of the Atlantic could be damaged by the toxic waste; fishing industries of several countries could be impacted in a wider sense. The Prestige disaster might, for example, prove to be the beginning of the end for many parts of the rich fishing industry based in Galicia. It is also the beginning of the end of the old EU policy regarding the security of transportation in European seas and coastal areas. In any event, what the Prestige disaster MUST be is the beginning of the end of a worldwide policy that relegates the environment to being held hostage to the economic interests in the name of human well-being. Back home, thousands of Galician fishermen remain at risk, and the world must pay attention.

Written by: Lino Narajo Diaz

In a twist that threatens to exacerbate the Anglo-Spanish row over Gibraltar, Spain has blamed Britain for the disaster, claiming the ageing London-insured ship had been heading for Gibraltar because it did not meet EU security regulations to dock at any other European port. 

– The blame is also put on Latvia because Prestige took her cargo there.

– On British Marine Authorities for refusing Prestige to reach any EU port.

– On Prestige owner a Russian Swiss-based company.

– On Spain and Portugal for not allowing Prestige to use any of their ports as “port of  refugee” (maritime law).

At an Athens party for the movers and shakers in world shipping the drinks flow freely. Life is good. But the industry funding this champagne lifestyle is coming under increasing scrutiny following one of Europe’s worst environmental disasters…….

It was written after disaster of Erika at 1999.

How much was actually changed since that. Seems, very little. Laws were.

Shipping bosses are still feeling well and laughing. A murky world where profit rules over safety still exist and blaming shifts practices were not changed much for all those years.

Capt. Z. W. Gamski

13 Listopada 2002 roku zatonęła Prestige.

Cieknący tankowiec Prestige, bandery Bahamów w drodze do Gibraltaru zatonął 152 mile morskie od Cape Finistere (przez Rzymian zwanego końcem Świata), najbardziej na zachód wysuniętego przylądka hiszpańskiego wybrzeża Galicji zabierając w 3,600 metrową głębię 77,000 ton ropy.

Przedstawicielka Duńskiej firmy ratownictwa morskiego Smit Inyernational, próbującej uratować Prestige, Ms. Van Andel powiedziała reporterom: „Rufa statku już zatonęła, a jest tam pełno ropy, dziób jest jeszcze na powierzchni, lecz zatonie niebawem”. Zdaniem ratowników ze statku wyciekło już od 1.3 do 2.6 milionów ropy. Nadzieją jest że niektóre tanki w kadłubie pozostaną nieuszkodzone co może zmniejszyć zagrożenie. I dodała że tylko od wiatru i prądu zależy na czyim wybrzeżu plama ropy wyląduje.

Specjaliści ostrzegali, że jeżeli statek zatonie katastrofa ekologiczna może być dwukrotnie większa niż spowodowana wyciekiem ropy z tankowca Exxon Valdez w 1988 roku na Alasce.

Pierwsze objawy zadciągającej katastrofy miały miejsce kilka dni wcześniej gdy po ciężkim sztormie z Prestige w pobliżu wybrzeży Hiszpanii słynących z rozwiniętego rybołówstwa wyciekło 5,000 ton paliwa. Uszkodzony statek został wzięty na hol przez holownik oceaniczny Smit International, jednak władze hiszpańskie i portugalskie odmówiły zgody na zaholowanie cieknącego tankowca do jakiegokolwiek portu należącego do tych krajów. Wysłały nawet w morze okręty wojenne, aby dopilnowały aby ich żądaniom stało się zadość. W tej sytuacji Smit International poleciła kapitanowi holownika skierować się w kierunku wybrzeży Afryki.

Rozpatrywano nawet konieczność zbombardowania i podpalenia tankowca zanim by zatonął. Hiszpańska filia organizacji World Wide Fund for Nature ostrzegała, że jak statek zatonie będzie to absolutnie najgorsza katastrofa ekologiczna w historii.

Konsewkwencją pozostawania na otwartym morzu w sztormowej pogodzie było całkowite przełamanie się tankowca 19 Listopada i zatonięcie na głębokości 12,000 stóp (3,658 metrów), 150 mil morskich od wybrzeży. Ciągle powiększająca się plama ropy spychana wiatrem i falą wylądowała i pokryła 400 mil hiszpańskiego wybrzeża.

I wtedy się zaczęło. Specjaliści prognozowali, że koszt oczyszczenia wybrzeży może przekroczyć sumę 5 miliardów USD, którą to sumę zapłacił Exxon za katastrofę na Alasce.

Odpowiedzialnością zaczęto obarczać; 

– Litwę – gdzie Prestige zabunkrowała paliwo.

– Wielką Brytanię, gdyż władze Brytyjskie odmówiły statkowi prawa zawinięcia do swych portów i skierowały go do Gibraltaru.

– Hiszpanię i Portugalię, gdyż kraje te odmówiły Prestige skorzystania z prawa zwanego “port of refugee” (port ostatniej szansy), zagwarantowanego w międzynarodowych przepisach o żegludze międzynarodowej, co więcej wysłały na spotkanie Prestige flotę wojenną.

– Rosyjską kompanię „Crown Resources” z siedzibą w Szwajcarii – armatora statku.

Tymczasem plama oleju z cieknącego, leżącego już na głębinie kadłuba Prestige stale się powiększała. Analiza zdjęć satelitarnych wskazywała, że osiągnęła ona wielkość 200 mil i zawierała ok. 1.3 miliona galonów (4,921 metrów sześciennych) ropy.

W Styczniu plama dodryfowała do Francji pokrywając czarnym całunem 100 km. plaży w okolicach Portu Arcachon. Dryfująca z szybkością 40 km. dziennie ropa skutkiem fal i deszczu, jak również odparowywania lżejszych frakcji utworzyła coś w rodzaju placków czarnej gęstej mazi o powierzchni 10 – 20 metrów kwadratowych, a te wyrzucane na plaże przez fale, osiadały na piasku i wsiąkały w niego, co zdecydowanie utrudniało akcję oczyszczania.

Problem wycieku ropy z Prestige nie został bynajmniej odłożony do archiwum. 40,000 tys ton ropy wciąż znajduje się w tankach Prestige i stanowi zagrożenie dla wielu krajów, co więcej zagrożenie dla przyrody całego regionu Zatoki Biskajskiej.

Czy EU posiada środki, aby temu zaradzić. Wygląda na to że właśnie EU przypadnie rola stróża mórz i oceanów po wycofaniu się USA z Kyoto Protocol (międzynarodowa umowa traktująca o prewencji i walce z zanieczyszczyniami środowiska, podpisana w Kyoto, Japonia).

Katastrofa Prestige miała miejsce w 2002 roku, 3 lata po zatonięciu Eryki i bardzo blisko, zresztą, miejsca, gdzie to się stało. Ofiarami są ludzie i przyroda. Rybacy galicyjscy długo nie będą mogli wypłynąć na połów, na niebie nie będzie widać ptaków, a w morzu nikt nie zobaczy skaczących delfinów…Co się tak naprawdę zmieniło od czasów Eryki…….

I być może jeszcze raz mogę powtórzyć:

At an Athens party for the movers and shakers in world shipping the drinks flow freely. Life is good…. 

[W Atenach jeszcze dżwięczą kieliszki i leje się szampan na przyjęciach fundowanych za pieniądze magnatów okrętowych. Niech żyją tanie bandery, niech żyje wolność mórz i oceanów………]

 Nie dostrzegają być może że na horyzoncie zbierają się czarne chmury, które wydobywają się z puszki Pandory o nazwie ERIKA…..tak napisano wierząc że historia tankowca Erika będzie nauczką dla ludzkości i zrobią coś aby takim rzeczom radykalnie zapobiec. Prestige zatonęła 3 lata póżniej. Co przez ten czas zrobiono?

Zużyto hektolitry atramentu tworząc nowe przepisy. Tyle że od przepisów do realizacji jest długa i wyboista droga. Wszystko wskazuje na to że pokrywka puszki Pandory zwanej Erika jest zaledwie lekko uchylona, lub znowu się zamknęłą. Ile jeszcze lat, ile zatopionych tankowców trzeba aby Świat obudził się z letargu i zrobił coś konkretnego??? Jak długo ci NAPRAWDĘ odpowiedzialni będą bezkarni??? 

W Atenach znów dzwięczą kieliszki. Bonzowie okrętowi z Aten wiedzą najlepiej.

 Napisał: Zbigniew W. Gamski NUDA VERITAS GAZETTE

 

Szukam sponsora

 

Jestem inwalidą stopnia umiarkowanego, mam 68 lat. Moje dochody to zasiłek z Opieki Społecznej w kwocie 645 złotych/miesięcznie. Z uwagi an stan zdrowia nie mogę podejmować żadnych prac, poruszam się na wózku inwalidzkim. Od 1987 roku nie mam własnego mieszkania. Wynajmuję pokoik jednoosobowy, za który opłacam czynsz miesięczny w kwocie 550 złotych. Resztę pieniędzy z zasiłku przeznaczam na obiad, który zjadam raz w miesiącu, ponieważ nie starcza mi na więcej. Aby mieć na niezbędne lekarstwa i przetrwanie jestem zmuszony na żebranie. W związku z moją sytuacją, którą pobieżnie opisałem, poszukuję sponsora na zakup domku (1700 złotych). Dodam jeszcze, że na moje starania o pomoc w tym zakresie czasami otrzymuję z O. S. jakąś pomoc pieniężną. Ostatnio w miesiącu lutym 2020 otrzymałem 120 złotych na dofinansowanie do wynajmowanego pokoiku, zakup lekarstw, dożywienie i środki higieniczne. W Marcu nie otrzymałem. Zainteresowanym podaję kontakt telefoniczny: 721349985 Jako wiarygodność moich dochodów załączam poniżej skan.

Uczta ze śmietników

Brutalna prawda o wyrzucaniu jedzenia na przykładzie uczty z dań ze śmietników.

O marnotrawieniu żywności opowie Andrzej Kondracki, znany „Włóczykij”. Andrzej od 1994 roku przebywa w Świnoujściu, gdzie często spędza czas z dala od ludzi i, jak się okazuje, także z dala od sklepowych półek i kolejek do kasy. Dobre jedzenie można bowiem znaleźć na tyłach sklepu w śmietnikach, tylko dlatego, że zaraz minie lub dopiero co minął termin tzw. przydatności do spożycia.

„Będę zaglądać nie tylko do śmietników, widząc brutalną prawdę o wyrzucaniu jedzenia. Pokażę również, co udało mi się w nich znaleźć i przygotować kilka smakołyków” – to zapowiada: „Włóczykij” z Świnoujścia.

 

Mądry Polak po szkodzie

Powiedzenie „mądry Polak po szkodzie” jest naszym narodowym przysłowiem. Szkoda. Warto się przygotować i być mądrym zawczasu, a mamy materiał do przygotowań. Od grudnia, kiedy ujawniono pierwsze przypadki chorych na COVID-19 w Wuhan, minęły już niemal cztery miesiące.

Życie społeczne i zawodowe milionów Polaków zostaje sparaliżowane. Czy naprawdę nikt nie zadaje sobie pytania, na ile adekwatne są to działania? Jakie rzeczywiście przyniosą skutki? Ja długo tak można funkcjonować?

Daleki jestem od lekceważenia zagrożenia, jakie niesie ze sobą COVID-19. Mój ojciec ma 76 lat, kilka lat temu przebył operację aorty przy sercu. Od tego czasu jest bardzo chory, ma duże problemy ze snem, z oddechem, nawet przy minimalnym wysiłku. Jest niestety w ścisłej grupie ryzyka. Boję się o niego i dbamy w domu o to, żeby nie zaraził się choróbskiem.

Przerażony jestem jednak też tym, co za kilka tygodni przyniosą nam wszystkim, w skali mojego kraju i całej Europy, działania, które teraz w bezmyślnym pędzie wdrażamy. Myślę, że wirus szaleństwa, które nami zawładnęło, jest dużo groźniejszy niż koronawirus.

Niby wszyscy wiemy, że rzeczywistość „zapobiegawcza”, którą sobie kreujemy, nie może trwać wiecznie. Oficjalnie Ministerstwo Zdrowia wyjaśnia, że polityce izolacji nie chodzi o to, żeby uchronić wszystkich Polaków od zakażenia. To, że zdecydowana większość z nas zainfekuje się prędzej czy później, nie ulega wątpliwości. („Docelowo ten wirus w ogóle będzie krążył w społeczeństwach i pewnie za rok, dwa, trzy” – wyjaśnia wiceminister zdrowia Łukasz Szumowski).

Myślę, że Polacy nie zdają sobie z tego do końca sprawy, myślą, że przez cały czas walczą, żeby w ogóle uniknąć zakażenia, i myślą, że im się to uda. Tak naprawdę chodzi o to, żeby nie było nagłej, dużej fali zachorowań, z którą nie mogłaby sobie poradzić w krótkim czasie nasza służba zdrowia.

zamykamy wszystkie przedszkola

zamykamy wszystkie szkoły

zamykamy place zabaw

zamykamy wszystkie kina teatry i sale koncertowe

zamykamy niemal wszystkie sklepy, zakłady usługowe itp.

zamykamy urzędy

zamykamy restauracje, bary, kawiarnie, puby itp.

zamykamy granice kraju

zamykamy połączenia lotnicze, również wewnątrzkrajowe

zamykamy lasy (!)

ograniczamy ilość kursujących pociągów i autobusów

Tylko czy z tego powodu powinniśmy zamrażać aktywne życie całego społeczeństwa na nie wiadomo jak długi czas? Jak długo jesteśmy w stanie wytrzymać z tymi wszystkimi ograniczeniami? Jeśli spojrzymy nieco z innej perspektywy niż wszechogarniający strach o własne zdrowie (nawet jeśli nie jesteśmy w grupie ryzyka), na to, co się właśnie dzieje, to dostrzeżemy, jak groźne czekają nas konsekwencje.

Konsekwencje wstrzymania handlu, usług, transportu, jeśli ten stan potrwa jeszcze kilka tygodni, doprowadzą do niespotykanej fali bankructw. Miliony drobnych przedsiębiorców nie zarabiają, kiedy nie pracują. Nie jesteśmy krajem obywateli, którzy mają duże oszczędności na kontach lub w domu. Te oszczędności bardzo szybko się skończą. Za chwilę przestaniemy spłacać kredyty. Co z tego, jeśli nawet rząd dekretem nakaże bankom odroczenie płatności rat. Wtedy banki zaczną mieć poważne problemy i zaczną zwalniać pracowników.

 

Przeżyliśmy przed chwilą olbrzymią falę uzupełniania zakupów spożywczych (i oczywiście papieru toaletowego…), żeby zrobić zakupy na złe czasy, ale za miesiąc ludzie nie będą już mieli tyle pieniędzy.

Trudno zrozumieć polityków, którzy zaklinają rzeczywistość, twierdząc, że „po kwarantannie” (czyli kiedy?) handel i usługi odrobią sobie w obrotach stracony czas. Skąd klienci wezmą pieniądze na to, żeby tak ochoczo kupować dwa razy więcej zaraz po ponownym otwarciu sklepów? To będą właśnie ci klienci, którzy jako mikroprzedsiębiorcy zbankrutowali lub są bliscy bankructwa i raczej będą myśleć o maksymalnym oszczędzaniu jeszcze przez długi czas. To będą właśnie ci zwolnieni pracownicy banków i innych dużych firm.

Co można zrobić w sytuacji koronawirusa?

Zamiast izolować od siebie wszystkich członków społeczeństwa, należałoby przywrócić wszelką aktywność w życiu publicznym i jednocześnie opracować oraz wdrożyć sprawnie natychmiastowy plan ochrony osób z grup podwyższonego ryzyka.

W Polsce żyje ponad 4 mln osób w wieku powyżej 70 lat. Jeśli dodamy do tego osoby młodsze, ale z powodu innej choroby szczególne narażone na powikłania choroby COVID-19, to pewnie osiągniemy liczbę ok. 4,5-5 mln osób. To o nich powinniśmy zadbać.

Kompleksowy program ochrony tej grupy, która właśnie tego potrzebuje, bylibyśmy w stanie wprowadzić dużo skuteczniej niż „ochronę” wszystkich obywateli. Nieporównywalnie mniejszym nakładem sił zarówno organizacyjnych, finansowych, jak i społecznych możemy przy pomocy rodzin, pomocy sąsiedzkiej, być może gwardii narodowej lub wojska, objąć ochroną zagrożoną grupę, zgodnie ze ściśle opracowanymi standardami.

Jeśli zajdzie potrzeba, państwo może wynająć i przystosować obiekty, typu ośrodki wypoczynkowe, sanatoria, hotele, do czasowej izolacji rzeczywiście zagrożonych.

Jeśli skupimy się na realnie potrzebującej grupie 4,5 mln potrzebujących, zamiast trwonić siły i środki na całą grupę ponad 38 mln Polaków, to osiągniemy znacznie lepsze efekty, unikając jednocześnie dramatycznych skutków powszechnej kwarantanny.

Te 4,5 mln Polaków to są osoby (tak, jak mój tata) w zdecydowanej większości nieczynni zawodowo, więc kosztów ich zniknięcia z rynku pracy niemal nie odczujemy. To właśnie te 12 proc. Polaków potrzebuje naszej uwagi i pomocy. Możemy chronić ich życie i siebie przed skutkami nadzwyczajnej sytuacji.

Przez dłuższy okres szczelniejszej izolacji osób starszych, na który będziemy mogli sobie wtedy pozwolić, fala infekcji przejdzie przez nieobjętą kwarantanną część kraju, nie czyniąc wielu tak szkód, bo – jak wiemy – 80 proc. przechodzi w ogóle bezobjawowo, a pozostali z grupy przechodzą lekko. Z tymi przypadkami, które będą wymagały jednak hospitalizacji (zapewne znajdzie się taki mały odsetek), służba zdrowia będzie mogła sobie poradzić, bo będzie ich mało (to wiemy ze statystyk zachorowań w grupach niższego ryzyka).

Oczywiście trzeba będzie zachowywać zdrowy rozsądek i zasady higieny, ale będzie można normalnie żyć.

Po kilku miesiącach (może właśnie do końca roku?) będzie można zakończyć kwarantannę osób starszych, bo zdecydowana większość pozostających na zewnątrz – wszyscy, którzy przeszli infekcję – będzie już uodporniona na koronawirusa i nie będzie infekować. Zapewne nie 100 proc., ale wystarczająco dużo, żeby powracające z kwarantanny 4,5 mln obywateli nie zachorowało w jednym momencie. Dodatkowo w tym czasie będziemy już znacznie bliżej ew. wprowadzenia na rynek szczepionki lub skutecznego leku.

Zamiast tego fundujemy sobie terapię podobną do tej, jaką serwują sobie widzowie idący na horror do kina. Tylko że z kina wyjdziemy po dwóch godzinach, bez żadnych konsekwencji.

Mam wrażenie, że ogólne straszenie siebie nawzajem napędzane jest jakąś narastającą ekscytacją. Strach ma być celem sam w sobie. Być może silne emocje, które zrównują nas wszystkich w sytuacji zagrożenia, są podświadomie pożądane i im silniejsze emocje – tym więcej równości. Dzisiaj nie ma różnicy między Janiną Gwiżdż z gminy pod Wołominem i Tomem Hanksem – bogatym gwiazdorem z Ameryki. Wszyscy mogą zachorować.

Dlatego być może z lubością produkujemy, przesyłamy sobie i całkiem serio traktujemy filmiki z patetycznymi apelami, wygłaszanymi dramatycznie, błagalnym głosem, na granicy histerii, zaczynającymi się od słów: „Błagam was dzisiaj tylko o jedno! Błagam was! Ratujcie swoje życie! Nie wychodźcie przypadkiem z domów…”. Dlatego nagle narodziło się w Polsce dziesiątki tysięcy moralizatorów apelujących do wszystkich, do których mogą dotrzeć, o „rozsądek” (bo przecież oni sami są rozsądni i koniecznie muszą teraz pouczać innych, nawet jeśli inni usłyszeli te apele już tysiąc razy), a rodzice, którzy ośmielili się na moim osiedlu wyjść z małym dzieckiem na spacer i spotkali innych rodziców z dzieckiem, są wyzywani na osiedlowym forum od „kompletnych debili”, „poj…ów”, „tych, którym i tak już nic nie pomoże – i dobrze!”…

Atakowani w telewizji i we wszystkich serwisach informacyjnych w internecie wielkimi czerwonymi literami o najnowszej liczbie zakażonych i zgonów, aktualizowanymi „live”, odnosimy wrażenie, że zaraz wszyscy umrzemy, jeśli tylko wystawimy głowę przez okno! I, o dziwo, znajdujemy w tym lęku jakąś surrealistyczną przyjemność.

Warto też zdać sobie sprawę z tego, że podawane liczby to nie są rzeczywiste liczby dotyczące infekcji. Wiemy, że żaden kraj nie dysponuje wystarczającą liczbą testów dla wszystkich swoich obywateli, a z pewnością żadna służba zdrowia nie jest w stanie w ciągu kilku tygodni czy miesięcy przebadać całej swojej populacji.

Szacuje się, że na 100 wykrytych infekcji przypada nawet 500 niewykrytych. Skąd to wynika? – Lekarze potwierdzają, że 80 proc. zakażonych przechodzi chorobę zupełnie bezobjawowo – ich przecież nikt nie poddaje testom. Zakażonych jest więc kilkukrotnie więcej. Jeśli przyjąć tylko relację 80 proc. bez objawów, a więc z niewykrytą infekcją, do 20 proc. z objawami (a przecież i spośród nich nie wszyscy zostali przebadani), to wirusa w swoich organizmach ma pięć razy więcej osób, niż czytamy codziennie na czołówkach gazet.

Statystyki zgonów są za to miarodajne, bo śmierć dużo łatwiej wykryć i wszystkie są badane. Wynika więc z tego, że śmiertelność koronawirusa nie wynosi wcale ok. 4 proc., ale jest wielokrotnie niższa i wynosi ok. 0,8 proc.

Oczywiście to wciąż bardzo dużo i nie chodzi o to, żeby umniejszać zabójczość wirusa. Chodzi o to, żeby wiedzieć, o czym mówimy. Spośród 100 osób, które zarażą się koronawirusem, statystycznie umrze mniej niż jeden człowiek. Nie cztery osoby.

Podobną do mediów, tylko o jeszcze większej wadze, narrację wprowadzają politycy. Wiemy już od czasów Orwella, że im bardziej przestraszone społeczeństwo, im bardziej trzeba je „chronić”, tym lepiej dla polityków. To jest ich czas.

Ale, drodzy politycy, chcę wierzyć i wierzę, że nie to jest waszym celem!

Wybieramy was, bo ufamy, że rozsądnie będziecie zarządzać wspólnym państwem. Że jesteście opanowani i mądrzy, a decyzje, które podejmujecie, są przemyślane i dalekosiężne. W obecnej chwili mamy w Europie do czynienia błyskawiczną licytacją, kto szybciej i bardziej ograniczy prawa w swoim kraju. Bez opamiętania, bez planu na to, co dalej, za kilka tygodni, miesięcy.

Jaki sens ma zamykanie granicy z Czechami czy Niemcami, jeżeli zarówno w Polsce, jak i w Czechach, i w Niemczech wirus już jest obecny? Czeski czy niemiecki wirus jest bardziej zjadliwy albo zaraźliwy od naszego, polskiego? Chcemy hodować tylko swoją, endemiczną odmianę COVID-19?

Jaki sens (oprócz rujnowania kondycji ekonomicznej LOT-u) ma zamykanie połączeń lotniczych pomiędzy polskimi miastami, jeżeli w każdym regionie kraju wirus jest już obecny? Czy wirusem z Gdańska można się zarazić bardziej w Warszawie niż wirusem warszawskim?

Po co zamykamy szkoły i przedszkola, jeśli to nie najmłodsi są narażeni na powikłania, tylko najstarsi?

Po co robimy tak nielogiczne rzeczy, jak ograniczanie liczby kursujących autobusów i pociągów?

Dlaczego wprowadzamy tak absurdalne zarządzenia, jak „zamykanie lasów”?

Zamykający w panice wszystko, co się da, politycy działają już nawet przeciwskutecznie do własnych celów: przecież im mniej autobusów, tym więcej ludzi będzie się spotykać w każdym z nich, a jak ludzie nie będą mogli wejść do lasu (mieli się tam stykać bardzo blisko ze sobą?), to będą chodzili ze swoimi psami po ulicach, gdzie będzie znacznie większe zagęszczenie niż na leśnych dróżkach (obawiam się, że nie da się e-learningowo nauczyć czworonogów załatwiania się do muszli, więc wyjść muszą).

Drogi prezydencie, premierze, politycy z opcji rządzącej i opozycji! Wielkie chwile wymagają wielkich czynów i wielkiego formatu ludzi. Znajdujemy się w bezprecedensowo kryzysowej sytuacji, w której potrzeba nam męża stanu. Przywódcy, który nie będzie podążał w owczym pędzie, ale będzie umiał mądrze przeanalizować sytuację w dłuższej perspektywie, powziąć decyzje o dalekosiężnych skutkach i będzie miał odwagę te decyzje obronić oraz wprowadzić w życie. Mężów stanu charakteryzuje to, że potrafią się przeciwstawić w pierwszej chwili opinii publicznej, dokonać tego, czego powinni dokonać, i w dłuższej perspektywie pokazać swoim obywatelom, że jednak mieli rację. Wygrali!

Nie wystarczy uczestnictwo w wyścigu, w którym biorą udział politycy z innych krajów, w dyscyplinie: „Jesteśmy lepsi, skoro zamykamy szybciej, zamykamy… wszystko”, bo to po prostu nie pomaga, tylko szkodzi. Szkodzi bardzo.

Yuval Noah Harari napisał kilka dni temu w „Financial Times”, że ludzkość stoi obecnie w obliczu globalnego kryzysu. Być może to największy kryzys naszego pokolenia. Decyzje podejmowane przez ludzi i rządy w ciągu najbliższych kilku tygodni prawdopodobnie ukształtują świat na długie lata. Trudno się z tym zdaniem nie zgodzić.

Uważam, że nie zmieniając nic w naszych postępowaniach w najbliższym czasie, narazimy się, oprócz druzgocącego aspektu gospodarczego i nieskuteczności zapobiegnięcia nagłej fali infekcji, również na inne niebagatelne koszty.

To, co dzieje się teraz, i jak reagujemy odciśnie z pewnością głębokie piętno na naszych przyszłych zachowaniach. Czy chcemy, żeby w sytuacjach kryzysowych reakcją ludzi była izolacja i nieufność wobec innych? Postrzeganie ich jako potencjalnego zagrożenia? Czy chcemy, żeby naszymi decyzjami kierował strach, a nie rozsądek? Jakie społeczeństwo budujemy w ten sposób?

Chciałbym, aby wspólny wysiłek w kierunku zapewnienia opieki najbardziej potrzebującym był tym, co nas jednoczy i napędza do działania, a nie lęk napędzający działania polegające na zamykaniu się w swoich prywatnych światach.

To może być piękna terapia zarówno zwalczająca koronawirusa, jak i wzmacniająca więzi pomiędzy ludźmi.

Jacek, czytelnik Trojmiasto.pl

Jacek, zwykły mieszkaniec Trójmiasta, mikroprzedsiębiorca, absolwent Wydziału Ekonomii na Uniwersytecie Gdańskim i Filozofii na Uniwersytecie Warszawskim

Czy zgadzasz się z autorem, że w walce z koronawirusem daliśmy się ponieść emocjom?

Z netu udostępnił urywki artykułu Prostak

God, I love Kaffers

God, I love Kaffers

For your information “Kaffer” means “Niger” in South Africa, very offensive word slowly disappearing from Afrikaans vocabulary. Originally, Kaffer is a name of an African buffalo, synonym of something with no brain at all and many muscles.

This couple is Bushmen the tribe, which years ago were on the edge of distinction, because, was no use of them in mines, fields or pastures. They were exposed to open hunting season. Survived for two reasons; firstly bullets were too expensive those days, secondly they knew desert, and Boers needed them badly to fight gen. Kitchener the Butcher of Africa. They survived because they owned nothing with value. Boers had gold and independence. That was what had Britons done, they took by force from others whatever they could. All over of the World. Though, Bushmen can go to desert dressed like on a picture above, no food, no water, nothing at all. In addition, they will be back in time they said. Watch is unknown thing to them. 

When I went to desert I took; food, water, clothes, extra shoes and hats, rifles, ammo, pistol, rocket pistol, GPS, satellite phone, tent, slipping bag, minimum two pairs of sunglasses, a note where my insurance papers are and a last will.

When I was there, suddenly I understood one, probably the most important wisdom of nature. DON’T MIX WITH PLACE YOU DON’T BELONG. 

If, I would have taken this little Bushmen into my World full of cars, electricity, high risers, planes, just name a list of things we created to make our life easier and better, he would be completely and totally lost. Perhaps I would have called him stupid or, even an animal.

BUT, when I was in a middle of Kalahari, I understood that without all my equipment and his help, most probably, I wouldn’t survive even one week. Who is a wiser, then? He has nothing and he will survive, always, I have everything and I don’t. There is one thing only what he has and I don’t.  He has knowledge. He just has a Ph.D from nature.

That’s why denying knowledge to citizens of your own country is a crime against humanity.

We, in our ignorance, arrogance and lack of understanding the laws of Nature, call them primitive, barbarians; we used to hunt them as animals, only because they won’t fit in the World, we built for ourselves.

Only, because they are dark, small, thin and defenseless. We were only race in the World calling a muzzle: “business end”. (actually the Britons are responsible for that, but somehow everybody with white face must suffer ever since and listen to; “Because I’m black…..”)

Changing Nature by force was always dangerous. Example Australia: Brits brought there rabbits because they missed hunting, rabbits dig holes in a ground and sheep or other domestic animals must be shot because there is no cure for broken limbs. They planted Opuntia ficus-indica, kind of cactus, one of the fastest growing on earth, in order to build fences. Opuntia took so much land that it was necessary to destroy that. They cut them, burned them, poisoned them, next month there was Opuntia again, and again…….

Even domestic cats, went wild and almost destroyed population of Kiwi birds, unique non-flying (like penguins) natives to Australia. They laid just one egg a year. Big one.

Even famous dingo is not exactly a native. Wild dogs brought so much damage that it was possible to get rich shooting them. 

Amazingly only guest, which brought a benefit to new continent was a camel. This “ship of the desert” adjusted itself to Australian climate extremely well. Now, only camels living in wilderness, are in Australia.

Changing environment and locations of both, humans and animals, was the biggest mistake of our past. We decided, we can speed up an evolution and we brought those, much unprepared to the World we created.

Maybe our World is even better than one belonging to our little brothers of Kalahari, but to understand that, they need few more centuries to go.  If we push them too hard, Mom Nature will just eliminate us from the face of the Globe, and will give our intelligence to other animals, which will take charge and Earth’ll become….the Planet of Apes, perhaps?

We are aware of the pattern, our historians know about lost civilizations very well; however, somehow I’ve never heard anybody speaking publicly why actually that happened.

And what we are doing to stay in charge?? To be, as in the past, the leaders of the World.

NOTHING, absolutely NOTHING!!!

We got Affirmative Action Plan, we are going backward, instead.

Whole World is going ahead following a progress, we Americans are going back. 

Then, some day, to do more intellectually challenging jobs we must hire East Indians graduates from their ITT. Or Mexicans. Even now over 50% of jobs in the Silicon Valley is done by people not educated in USA. We, however, have per square inch more Rap singers, Football players and lawyers, than the rest of the World combine.

We still can do what Mexicans do, cut grass, clean streets, pick tomatoes or shake farts in hotels.

Man cannot overrun a law of Nature, changing that means damaging, that leads to disastrous effects. Katrina, Floods, Tsunamis, Wars even progressing lost of intellectual abilities are direct results of that.

The wise man said:

   “QUOD DEUS VULT PERDERE, PRIUS DEMENTAT”

  “Those who God wishes to destroy, He first makes mad”

God help America, because nobody else can

Colas Bregnon

The Philosopher

“So, tomorrow my administration will file a brief with the court arguing that the University of Michigan’s admissions policies, which award students a significant number of extra points based solely on their race, and establishes numerical targets for incoming minority students, are unconstitutional. “

                George W. Bush January 15.2003, White House, 4:37 PM

 

  

  

Jak zginął J.F.K.

Myśli człowieka poczciwego.

W zeszłym tygodniu Donald Trump zapowiedział ujawnienie tajnych dokumentów dotyczących zabójstwa Johna F. Kennedy’ego. Zdaniem wielu ekspertów upublicznienie akt sprawi, że ponownie odżyją liczne „teorie spiskowe”. Czy jedno z najbardziej zagadkowych morderstw w historii ludzkości zostanie wyjaśnione?

John F. Kennedy był 35. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Służył od 20 stycznia 1961 roku do 22 listopada 1963 roku, czyli aż do swojej śmierci i do dziś określany jest przez wielu jako najlepszy prezydent w historii tego państwa. Zamach na Kennedy’ego miał miejsce w Dallas w stanie Teksas, gdy kolumna z prezydentem przejeżdżała przez Dealey Plaza. O godzinie 12:30 otrzymał dwa strzały – drugi przeszył głowę i zadecydował o jego śmierci. Oskarżonym o zamach na życie amerykańskiego prezydenta był Lee Harvey Oswald, który odrzucał wszelkie zarzuty. Dwa dni później, kiedy przewożono go do więzienia został zastrzelony przez gangstera i właściciela jednego z klubów nocnych, Jacka Ruby’ego. Ten z kolei otrzymał karę dożywocia i zmarł w 1967 roku na zatorowość płucną. W rzeczywistości sprawa morderstwa Johna F. Kennedy’ego nigdy nie została wyjaśniona i powstało wiele rozmaitych teorii spiskowych dotyczących jego śmierci.

Ponieważ szczegóły tamtego zamachu pozostają niejawne do dnia dzisiejszego, wiele osób po prostu nie wierzy w oficjalną wersję wydarzeń. Część Amerykanów jest przekonana, że Lee Harvey Oswald nie działał samodzielnie. Według różnych teorii, zabójstwo Kennedy’ego mogło zostać zlecone przez CIA, mafię, komunistów lub ówczesnego wiceprezydenta Lyndona B. Johnsona, który natychmiast przejął władzę w USA. Wkrótce poznamy treść tych tajnych dokumentów i być może wyjaśni się kto był prawdziwym organizatorem zamachu. Ja kiedyś lecąc z Nowego Yorku Europy wdałem się w dyskusję z pewnym Amerykaninem, który na początku powiedział, że jest z Langley Virginia. To mi ‘zapikało’ wiedząc, że tam jest centrala CIA. Tak ogródkami spytałem się go, gdzie jest zatrudniony, w odpowiedzi otrzymałem enigmatyczną odpowiedź, że pracuje dla rządu USA. Potem potoczyła się dyskusja na różne tematy, facet był wyjątkowo inteligentny a ja z gruntu jestem gadułą, co więcej on też był więcej niż chętny, żeby rozmową uprzyjemnić sobie długi lot do Frankfurtu. Powiedział mi coś co mnie zaszokowało a mianowicie że Kennedy został zamordowany przez lobbystów finansowych, bo zdecydowanie walczył o przywrócenie parytetu złota na dolarze. Parytet złota był przyjęty w 1900 roku a odwołany w1933, w tym też roku zniesiono wymienialność dolara na złoto dla własnych obywateli. Gdyby tak się stało to wielu rekinów finansjery amerykańskiej straciłoby źródło utrzymania, skończyłyby się spekulacje giełdowe, gry na zniżki walut, jak również wszystkie inne transakcje nabijające portfele tuzom finansowym. Na to nie mogli pozwolić. Ot co!

 

Strzały na granicy

Padły strzały na granicy Turcji z Grecją. Nie gumowymi kulami, czy z gazem łzawiącym, to była ‘ostra amunicja’ i to był swojego rodzaju ‘Rubikon’- po raz pierwszy dano Światu do zrozumienia że granice EU będą bronione za wszelką cenę, nawet za cenę życia. Należy się bardzo poważnie zastanowić co robić dalej. Póki co nie robi się nic, owszem państwa leżące na granicach Zjednoczonej Europy zapowiedziały, że nowych emigrantów nie wpuszczą. Pytanie tylko jak zahamować olbrzymią falę ludzi, którzy są zdeterminowani z bardzo prostej przyczyny – oni nie mają nic do stracenia. Na Turcję nie ma co liczyć, ten kraj ma już ich dosyć na swoim terytorium i nie jest w stanie przyjąć więcej. Są to nie tylko uciekinierzy z Syrii, są tam Afgańczycy, Irakijczycy uciekinierzy z Iranu, Bangladeszu a nawet z czarnej Afryki. Ilu ich jest zarażonych różnymi chorobami, włącznie z koronawirusem, nikt nie wie. Są dane z USA, gdzie okazało się że wraz z nielegalnymi emigrantami do Stanów zawitał trąd, który już od dawna uważano za chorobę nie istniejącą w cywilizowanym Świecie. Prawdą jest, że za sytuację jaka istnieje można winić Angelę Merkel, która zaprosiła i wpuściła do Europy ponad milion emigrantów, bez żadnego sprawdzenia kim są, czego się spodziewają i jaką mają możliwość bycia zaakceptowanymi w europejskich społeczeństwach. Ci emigranci nie mają żadnego wykształcenia, niezbyt palą się do nauki i pracy, a życie za pomoc społeczną jest znacznie lepsze niż życie w ich własnych krajach.

Co więcej informacja o łatwości życia w Europie rozniosła się szybko po całym Świecie, co spowodowało do dziś niekończącą się falę emigrantów z praktycznie każdego kontynentu. W samej Turcji jest ich już kilka milionów, oczywiście kraj ten zainkasował miliardy Euro z Brukseli, ale to nie zmienia faktu, że sama obecność milionów ludzi jest dużym problemem. Na dodatek 80% z nich to młodzi ludzie poniżej 30-ego roku życia, jak oni mogą się zaaklimatyzować w Europie, jak mogą założyć rodziny, mieć dzieci i zacząć płacić podatki? Jest jedno wyjście, które jak gdzieś przeczytałem, jest pomysłem prezydenta Erdogana. On proponuje, żeby zająć siłą część Syrii, graniczącą z Turcją, wygonić stamtąd armię prezydenta Assada, ISIS i każdą inną organizację chętną do postrzelania sobie w jakimkolwiek kierunku, założyć tam obozy dla uchodźców i pozwolić im żyć w pokoju, pod strażą NATO, ale w swej własnej ojczyźnie. Czy to głupie? Nie sądzę. Co innego można zrobić? Załóżmy, że w jakiś sposób przekona się Polskę, Węgry i innych do przyjęcia, tymczasowo ileś tam tysięcy emigrantów. Oni, jak tylko postawia nogę na polskiej ziemi zaczną kombinować, żeby dać dyla do Niemiec, albo pozostawszy w Polsce zająć się handlem narkotykami czy jakąś inną zdecydowanie nielegalną i szkodliwą działalnością. Oni uciekli z własnych krajów, bo się bali o życie, a jak pozostaną w Europie już nie będą się bać, to my zaczniemy się obawiać co się z nami stanie. Popatrzmy na Szwecję i potraktujmy ten kraj jako ‘królika doświadczalnego’ bo może okazać się, że prędzej czy później trzeba będzie zacząć zabijać – w obronie własnej, swej rodziny, swego domu czy swojego kraju. Ot co!

Na granicy Turcji z Grecją

Wielotysięczne tłumy migrantów próbują sforsować granicę Turcji z Grecją. Deklaracja tureckich władz, że nie będą one utrudniać przedostawania się migrantów do Europy, wielotysięczne ich rzesze ruszyły w kierunku greckiej granicy. Na razie tylko niewielkiej ich części udało się – czy to pieszo, czy to przy użyciu pontonów – ją sforsować. Grecka policja stara się powstrzymać wzbierający tłum, używając gazu łzawiącego…

PYTHIO, Grecja – Grecja zwiększa bezpieczeństwo na swojej porowatej granicy lądowej z Turcją, używanej przez tysiące migrantów do potajemnego wjazdu do Europy, z dodatkowymi strażnikami wspieranymi przez sieć potężnych kamer monitoringu, Greccy urzędnicy emigracyjni powiedzieli w piątek.

  1. Kraj ten zmaga się z falą imigracji przez Turcję i jest obecnie głównym punktem wjazdu do Europy. 
  2. Greckie obozy dla migrantów na wyspie, które otrzymują najwięcej nowo przybyłych, są dysfunkcyjne i poważnie przepełnione, podczas gdy w tym tygodniu pojawiły się szczegóły planu utworzenia pływającej bariery blokującej łodzie migrantów na Morzu Egejskim.
  3. Na północno-wschodniej granicy lądowej z Turcją, która w większości następuje Evros River, wojsko i policja uruchomiły wspólne patrole, podczas gdy policja zatrudnia 400 więcej straży granicznej do rozmieszczenia lokalnie, urzędnicy powiedział.
  4. „Rozpoczęliśmy już wspólne patrole”, powiedział Ilias Akidis, szef związku policyjnego w pobliskim mieście Orestiada. „I instalacja 11 kamer monitoringu wzdłuż rzeki (wkrótce będzie) realizowane.”
  5. Grecja wzniosła już 10-kilometrowy płot wzdłuż części granicy, gdzie rzeka oddala się, pozostawiając suchą ziemię, którą migranci mogli łatwo przejść.
  6. Kamery zostaną wzniesione na 50-metrowych wysokich trybunach i będą mogły monitorować 10-kilometrowy odcinek 200-kilometrowej granicy. 
  7. „Kamery okrywają to, czego nie możemy w pełni monitorować z personelem w terenie … ponieważ jest to długi odcinek rzeki”, powiedział Akidis.
  8. Grecja ma obecnie największą liczbę migrantów przybywających do Europy, z około 75.000 w zeszłym roku – w tym około 15.000 na Evros, według agencji ONZ uchodźców UNHCR. Choć jest to wciąż dalekie od prawie 1 miliona przybyszów w 2015 r. 
  9. I – w przeciwieństwie do 2015 r., kiedy prawie wszyscy kierowali się w zamożne serce Europy (Niemcy) – większość z tych osób została uwięziona w Grecji po zamknięciu granic bałkańskich. Ponad 112.000 osób utknęło w Grecji, zgodnie z UNHCR.
  10. Mieszkańcy Evros twierdzą, że przepływ jest stały.
  11. „Wierzę, że w 2019 roku było ich więcej (emigrantów) niż w 2015 roku”, powiedział Haris Theoharidis, były burmistrz wsi Pythio. „Nie ma już rodzin. Teraz są to wszystkie grupy 20-90 osób, wszyscy mężczyźni w wieku poniżej 30 lat … Większość twierdzi, że chce kontynuować podróż do Włoch.”
  12. Ci, którzy nie chcą ryzykować wykrycia w portach morskich na promach związanych z Włochami, płacą przemytnikom, aby przedostać się przez granicę z Macedonią Północną lub Albanią. W piątek policja w Salonikach uratowała czterech afgańskich mężczyzn uwięzionych w kontenerze z telewizorami z Chin, którzy mieli podróżować pociągiem przez Macedonię Północną na Węgry.
  13. Mężczyźni powiedzieli, że spędzili trzy dni w kontenerze, po włamaniu się do niego w Salonikach, głównym miejscu dla migrantów przybywających z Evros. Dojechali do granicy z Macedonią Północną, ale kontener został odesłany do Salonik przez strażników, którzy zauważyli, że nie jest właściwie zapieczętowany. Problem narasta i będzie narastał, dopóki… no właśnie dopóki co? Kiedy w Libii rządził Kadafi żaden emigrant nie śmiał przekroczyć libijskiej granicy. A teraz? To tylko kwestia ceny, na libijskim wybrzeżu czekają pontony, szmuglerzy, żywność na krótką podróż przez Morze Śródziemne i kula w łeb gdy ktoś nie ma czym płacić. Przez wiele lat statki należące do prywatnych spółek wyłapywały pływających na byle czym i dowoziły ich do portów greckich lub włoskich. Przyjmowano, witano nawet z pewną dozą serdeczności i interes kwitł. Teraz cała Europa ma problem. No, może z wyjątkiem Polski, Węgier, Austrii, Serbii i kilku innych państw, ale nic nie jest bliskie rozwiązania. Na dodatek teraz wraz z emigrantami może przedrzeć się koronawirus. I co wtedy? Strzelać? To nie nasza decyzja. Szczęśliwie w Polsce, jak mawiają „Nasza d…a z kraja.” Ot co!

KOLEJNY ATAK KOMUNISTYCZNEJ SPUŚCIZNY FB!

Powyższy wpis został skopiowany ze strony organizacji „Stowarzyszenie Sympatyków Natury” www.sosvoxpopuli.pl  na FB. Zdaniem FB jest to pornografia i zostałem zablokowany. Szkoda słów…

Szanowni Facebookowcy, Zbigniew W. Gamski nawiązuje do tematu.

Od pewnego już czasu wraz z Redaktorem Intergazety Nuda Veritas (zapraszamy; http:/nudaveritasgazette.pl/) postanawiamy dać nauczkę głupiej polityce Facebooka, którą to samowolnie nazywa ‘Community Standards’, w efekcie której autor postu z golasami został zablokowany. Zaczęło się od bardzo kulturalnie zrobionych fotek na jednej z plaż nudystów w RP. Facebook miał zastrzeżenia i w jego mniemaniu te fotografie to była czysta pornografia. W związku z powyższym zdecydowaliśmy się produkować fotografie muz, które przez wieki zapładniały umysły i talenty wielkich artystów. Popatrzcie, zapraszamy. Ciekawe czy tym razem Facebook uzna to za pornografię.

Andrzej Kondracki – Webmaster.

23.03.2020 Wprowadzamy stan epidemii w Polsce

Wprowadzamy nowe zasady dotyczące kwarantanny i podwyższamy kary za jej złamanie, zawieszamy również zajęcia edukacyjne do 10 kwietnia 2020 r. Jednocześnie dziewiętnaście szpitali przekształcamy w szpitale zakaźne. Od 20 marca 2020 r. do odwołania, w Polsce obowiązuje stan epidemii, który daje organom państwowym nowe uprawnienia. Działamy profilaktycznie, aby ograniczyć rozszerzanie się koronawirusa.

Wyższe kary za nieprzestrzeganie kwarantanny

Państwo nie może być pobłażliwe w czasie, gdy miarą jego skuteczności jest liczba zarażonych, a ceną za nieposłuszeństwo – czyjeś zdrowie lub życie. Dlatego podwyższamy kary za nieprzestrzeganie kwarantanny: z 5 000 do 30 000 zł. Jednocześnie, wprowadzamy aplikację, która ma pomóc w dochowaniu kwarantanny. Aplikacja daje m.in. możliwość zgłoszenia się do lokalnych ośrodków pomocy społecznej, które mogą dostarczać leki, czy artykuły spożywcze.

Zawieszenie zajęć w szkołach i na uczelniach

Zawieszenie zajęć nie oznacza ferii ani wakacji. Lekcje będą odbywać się poprzez platformy e-learningowe. Dzięki czemu dzieci i młodzież nie tylko będą bezpieczne, ale również będą mogły zdobywać wiedzę oraz nowe umiejętności. Określiliśmy zasady prowadzenia nauczania na odległość i stworzyliśmy możliwość oceniania i klasyfikowania uczniów. Nowe przepisy będą obowiązywały od 25 marca do 10 kwietnia 2020 r.

19 szpitali jednoimiennych

Przygotowujemy się na to, że coraz więcej osób będzie potrzebować pomocy medycznej. Dlatego 19 placówek medycznych przekształcamy w szpitale zakaźne (ich lista dostępna jest na dole strony). W każdym województwie będzie tzw. szpital jednoimienny, a w większych regionach dwa. Placówki te będą zajmować się tylko osobami podejrzanymi o zakażenie koronawirusem. Zależy nam na tym, by minimum 10 proc. miejsc w przekształconych placówkach to były łóżka respiratorowe.

Nowe uprawnienia dla ministra zdrowia

Ustawa o chorobach zakaźnych pozwala m.in. ministrowi zdrowia wyznaczyć rolę personelu medycznego i innych osób, w zwalczaniu koronawirusa na terenie Polski. Wojewodowie mają takie upoważnienie na terenie swoich województw.

W kolejnych rozporządzeniach minister zdrowia może wprowadzić np.:

  1. czasowe ograniczenie określonego sposobu przemieszczania się,
  2. czasowe ograniczenie lub zakaz obrotu i używania określonych przedmiotów lub produktów spożywczych,
  3. czasowe ograniczenie funkcjonowania określonych instytucji lub zakładów pracy,
  4. zakaz organizowania widowisk i innych zgromadzeń ludności,
  5. obowiązek wykonania określonych zabiegów sanitarnych, jeżeli wykonanie ich wiąże się z funkcjonowaniem określonych obiektów produkcyjnych, usługowych, handlowych lub innych obiektów,
  6. nakaz udostępnienia nieruchomości, lokali, terenów i dostarczenia środków transportu do działań przeciwepidemicznych przewidzianych planami przeciwepidemicznymi.


Gazeta znaleziona na strychu z 1960 roku.

Huzia na Rydzyka

„Nie powinno być miejsca w kościele Katolickim dla kogoś kto głosi antysemityzm”

Oto słowa rabina Marvina Hiera założyciela i szefa Centrum im. Szymona Wiesentahla w Los Angeles – donosi The New York Sun.

Zgodnie z tym co twierdzi nowojorska gazeta OjciecRydzyk wypowiedział się krytycznie na temat uznania przez Prezydenta Kaczyńskiego żądań pewnych kół żydowskich do wielomiliardowego odszkodowania za szkody wojenne, za uzasadnione. Dodał też że Żydzi są chciwi i łasi ma pieniądze. Jak twierdzi gazeta wypowiedż ta została nagrana na taśmę i ona właśnie wywołała taką masę protestów. David Peleg ambasador Izraela w Polsce zażądał oficjalnego skrtytykowania wystąpienia ojca Rydzyka. Organizacje i lobby żydowskie na całym Świecie domagają się tego samego. No cóż demokracja, wolność słowa, może Rydzyk, mogą i Starozakonni. 

Jest w tym tylko jedno, ale. Wszyscy jak jeden mąż przezywają Wielebnego Rydzyka antysemitą. Określenie to, oprócz tego, że jest niezwykle modne, sugeruje że ten kogo ono dotyczy jest zdeklarowanym rasistą. Semita to rasa, antysemita to rasista.

Żydzi są Semitami, ale nimi są też Arabowie, którzy de facto stanowią ponad 90% przedstawicieli rodu Sema zaludniających naszą planetę. O ile wiem Ojciec Rydzyk nigdy nie rzekł nic krytycznego o Arabach. Wszyscy ci, którzy tak nazywają Ojca muszą o tym doskonale wiedzieć, Rydzyka powinno się prawidłowo określić jako antysyjonistę, ale to brzmi znacznie gorzej niż antysemita. Syjonizm to coś z czym można się zgadzać lub nie, cała masa Żydów jest nastawiona antysyjonistycznie ze słynnym autorem „The Holocaust Industry” profesorem Normanem Finkelsteinem na czele.

Antysemityzm to jeden z grzechów głównych 21 wieku i ci którzy bez umiaru szafują tym określeniem robią to z rozmysłem. 

Dostało się nawet Papieżowi za to że przyjął Rydzyka na audiencji. Wywołało to zresztą natychmiastową ripostę Watykanu w oświadczeniu wygłoszonym przez Ojca Ciro Benedittiniego odpowiedzialnego za kontakty z prasą, w swym wystąpieniu stwierdził że wizyta Ojca Rydzyka w Watykanie była z jego strony zwykłą pielgrzymką a Ojciec Święty niejednokrotnie dawał wyraz swego i kościoła katolickiego negatywnego stosunku do antysemityzmu. 

Dziwne jest tylko dlaczego absolutnie wszyscy, nawet kompletnie niewinni jak Papież, w momencie gdy usłyszą słowo antysemityzm wypowiedziane w ich kierunku, chylą z pokorą głowy, gęsto się tłumaczą a nawet przepraszają.

O to zresztą Syjonistom chodzi. To dlatego używają niewłaściwej terminologii a że niewłaściwa tego nikt już nie zauważa. Już dr. Goebbels, minister Propagandy III-ciej Rzeszy nauczał; „Kłamstwo powtórzone 100 razy, zamienia się w umysłach słuchaczy w prawdę”. Czy miał racje? Życie udowadnia, że tak.

Dodatkową ciekawostką jest że tylko jedna część wypowiedzi Ojca Rydzyka została tak głośno i powszechnie skrytykowana, jego rzekomy antysemityzm. Nikt natomiast nie obruszył się na określenie „chciwi na pieniądze”. 

Tego nawet najzagorzalsi Syjoniści nie daliby rady zdementować.

Colas Bregnon

THE MOLOTOV-RIBBENTROP PACT

The day after the signing of the German-Soviet Nonaggression Pact of 23 August 1939 Soviet and German newspapers carried the news and text of the treaty to a stunned Europe. However, from the very beginning there was well-founded suspicion that the Pact contained more than met the eye. According to Richard Maasing, an officer in the Estonian general staff, the Estonian military had realized by 26 August that the Pact divided the Baltic States into German and Soviet spheres of interest and that Estonia had been assigned to the latter. 

It seems that the Latvian diplomatic service also learned of the contents of the Pact soon after the signing and that rumours about Germany turning over Latvia to Russia proliferated. Thus, while the exact contents of the secret protocol of 23 August and the subsequent secret arrangements of 28 September 1939 were unknown to the governments of the Baltic states, and knowledge of the texts was restricted to a small number of German and Soviet officials, the general outline of the agreements on „spheres of influence” was either known or strongly suspected very soon after they were concluded. 

Moreover, despite the provisions on strict secrecy, Stalin and Molotov leaked the fact of their secret agreement with the Germans on the spheres of influence during negotiations with Baltic leaders in Moscow as part of the Soviet strategy of pressuring the Baltic governments into accepting the mutual defence pacts with the USSR. This is confirmed by a number of different sources, including the Lithuanian Foreign Minister Juozas Urbšys and Gen. Stasys Raštikis, the Commander of the Lithuanian Armed Forces during the negotiations in Moscow in early October 1939. The Soviets informed the Germans of their indiscretion; the leaks to the Baltic ministers irritated the Germans who clumsily attempted to diminish the importance of the secret Pact provisions in their replies to the astonished and perturbed Baltic representatives. It is inconceivable that news of the German-Soviet horsetrading concerning the Baltic states did not subsequently come to the attention of the Western powers. 

The exact details of the secret territorial provisions of the German-Soviet Nonaggression Pact of 23 August 1939, the German-Soviet Boundaries and Friendship Treaty of 28 September, and the Secret Protocol of 10 January 1941 (concerning the so-called Suwalki Strip), were unknown until the appearance of copies of the secret protocols in the West after the Second World War. It came to the public’s attention for the first time as a defense document in the Nuremberg Trials in 1946 and has since been quoted in numerous publications. The description of the secret protocol of 23 August 1939 in the Estonian-language CP daily Rahva Haal of 10 August 1988 (published a week later in Sovetskaya Estoniya) suggested that the original is held by the Foreign Ministry Archive of the German Federal Republic in Bonn. For his part, Valentin Falin, then head of TASS, reiterated at a Moscow press conference that no original of the secret protocol has ever been found. 

In a strictly technical sense, Mr. Falin was right. According to American scholars who worked on the mammoth project of classifying and filming captured German records after the war, the originals of many of the most important documents of the Reich’s Foreign Office (Auswaertigen Amt) were, in fact, never found. In 1943, as the archives of the German Foreign Office were being evacuated from Berlin because of the Allied air attacks, Reich Foreign Minister Joachim von Ribbentrop ordered the filming of the most important papers. The work was carried out by Paul Otto Schmidt, the chief interpreter of the Reich Foreign Office. Karl von Loesch, Schmidt’s assistant, placed the films into boxes and buried them. Thus, these films survived the destruction of many important Foreign Office records carried out by the Nazis themselves at the close of the war. In late May 1945 Loesch met Lt. Col. R.C. Thomson, chief of the British documents team, and the so-called Loesch films became part of the Captured German Records project. The German-Russian treaties of 23 August 1939 and 28 September 1939, together with their secret protocols, were found in the films of Ribbentrop’s working files. (These are contained in part of the series F1-F19 in the German Foreign Office collections).

Over the years, some East Bloc officials and scholars have either ignored the secret protocols of the German-Soviet treaties, or have presented them as Western forgeries. There are a number of reasons and circumstances that virtually eliminate the possibility that the secret protocols are fakes. As mentioned above, the existence of the protocols was revealed to Baltic statesmen in the autumn of 1939. The Germans, when confronted by indications that territorial arrangements had been worked out between the Reich and the Soviet Union, did not actually deny the existence of such agreements at the time. The behavior of both the Soviet and German governments during 1939-1941 indicates a basic understanding of each other’s territorial prerogatives in Eastern Europe. 

Of course, circumstantial evidence of the existence of an agreement does not address the possibility that understandings different from those described in the secret protocols had been undertaken. However, in addition to forensic testing of an actual original or authentic carbon copy, there are other ways of ascertaining the authenticity of a historic document. As medieval and early modern specialists know, few important historical documents have survived in the original. Often we deal with copies of copies made at a later date; sometimes, documents are excerpted in commentaries, that is, secondary works, and other texts written many years after the fact. In other words, we often learn about texts from references to them in other texts. Naturally, the situation is much better for the nineteenth and twentieth centuries. Yet any overview of references to the Molotov-Ribbentrop Pact contained in captured German correspondence makes the theory of a forgery extremely unlikely if downright impossible. 

The number of references, partial quotes from, and allusions to the secret protocols in the available collections of diplomatic documents after the war is quite impressive. The various references can be grouped as follows: (a) the preliminary diplomatic exchanges in July and August 1939 concerning German and Soviet diplomats; (b) the correspondence between 23 August and the end of October 1939; (c) the exchanges of views concerning the territorial changes of summer 1940 ending with Molotov’s visit to Berlin in November 1940; (d) the final period before the German attack on the Soviet Union, November 1940-June 1941. The evidence for the authenticity of the secret protocols is overwhelming, even if we ignored the memoir literature of the participants themselves. 

The way in which the details of the various exchanges of correspondence concerning Poland, the Baltic States and Bessarabia, the territories explicitly named in the German-Soviet correspondence, dovetail with the provisions of the secret protocols, as well as with actual German and Soviet diplomacy, is striking. Any assumption that the secret protocols were a creation would lead to the conclusion that the hundreds of documents which refer to and quote the protocols would also have to be forgeries. That someone could succeed in such a task strains credibility. No forgerer will go out of his way to make a task unnecessarily complicated by increasing the number of factual variables, thus risking exposure. Certainly any creator of these numerous „supporting” documents would have to be aware of the probability that Soviet archives would contain records conflicting with the accounts of events contained in supposedly forged correspondence of the German Foreign Office. 

It is important to remember that there is an immense difference between (a) documenting a nonexistent event or communication for propaganda purposes, a well-known disinformation stratagem, and (b) structuring a forged document, which distorts an otherwise real event in the more distant past, involving real personalities interacting within a complex bureaucracy. The first type of fabrication is relatively simple and risk-free; it normally requires the creation of only a single document and is a „one-shot” operation. From the forgerer’s point of view, the fictitious event cannot be, and need not be, proven or disproven. It can always be affirmed as long as there are those willing to believe the lie. 

However, the second type of creation is enormously difficult and, in fact, quite risky for the forger. The danger of discovery is particularly acute if the event in question, such as the negotiation and conclusion of the German-Soviet Nonaggression Pact, is some distance in the past and well-documented by voluminous primary sources. Physical expertise in document creation is of limited help here. Total control over all sources of documentation of the broader historical event in question is the only way to assure success in fabrication. Everything must fit perfectly; every additional fiction necessary to construct the lie considerably increases the number of variables to be taken into account and compounds the risk of detection. The fabricated structure must correspond exactly to the past, both the known and the yet-to-be-discovered. It must fit precisely within the continuum of historical time. The enterprise requires a domination of the past and present as thorough as that envisioned in Orwell’s 1984. In real life, particularly in situations where documentation is abundant and scattered among different jurisdictions, this sort of total control over the sources is virtually impossible to achieve.

The fact is that none of the numerous supporting documents which confirm the existence of the secret protocols has been seriously questioned by competent scholars in the West. There seems little reason to doubt the authenticity of the texts of the secret protocols that partitioned Eastern Europe between Germany and the Soviet Union in 1939. However, even the hint of doubt could finally be laid to rest should the Soviet Union provide access to its archives on the 1939-1941 period for credible and independent scholars. There would be no lack of expert help in finding the important documents assuming they are still extant. As one of Lithuania’s leading and most popular poets, Justinas Marcinkevičius, told the 23 August 1988 demonstration in Vilnius on the anniversary of the Molotov-Ribbentrop pact: 

And so, these days Moscow’s scholars have once again announced in the press that they still cannot, are unable, to find these (secret) protocols in Soviet archives. This is a joke, nothing else. It is entirely clear that Moscow does not locate that which it does not want to find, that which is unnecessary to find. One can search, but one doesn’t need to find. I say, perhaps, Baltic historians and archivists could help them (in Moscow). This would truly constitute unselfish fraternal assistance for the sake of historical truth.

Note: Some frames of the microfilm copies of the German-Soviet pacts housed in the National Archives in Washington, D.C. are not in the best condition. The German and Russian-language facsimiles of the German-Soviet Nonaggression Pact of 23 August 1939 and the Secret Supplementary Protocol presented here were published in Jan Szembek, Diariusz i teki (London: Polish Research Centre, 1972), iv, 752-760. The other texts are from the National Archives, T-120, Records of the German Foreign Office. The English translations are from Raymond James Sontag and James Stuart Beddie, eds., Nazi-Soviet Relations: Documents from the German Foreign Office (Washington: Department of State, 1948). Another useful collection of documents translated into English is Bronis J. Kasias, ed., The USSR-German Aggression against Lithuania (New York: Robert Speller and Sons, 1973). 

Copied from the Internet, by Colas Bregnon

Po co nam Senat

Od czasu do czasu na Internecie słychać nieśmiałe poszeptywania, że co by było, gdyby senatu nie było. Primo; w aktualnej strukturze polski senat jest przeciwko legalnie wybranej władzy a secundo; kosztuje drogo a senatorzy pozwalają sobie na wyrzucanie państwowych groszaków bez uczucia wstydu. Na dodatek szefem jest osobnik o zaszarganej przeszłości, bo podobno leczył tylko wtedy jak mu coś ‘wpadło’ do kieszeni.

Jak powszechnie wiadomo ojczyzną systemu parlamentarnego jest Zjednoczone Królestwo. Otóż dawno, temu uznano tam, że monarcha musi podzielić się władzą z narodem a tenże naród będzie ją sprawował przez swych legalnie wybranych przedstawicieli. Nazwali to monarchią konstytucyjną a system demokracją parlamentarną.

Pierwszym problemem nowej władzy było określenie co to takiego naród, bo przecież odzwierciedleniem jego struktury miała być grupa wybranych do sprawowania rządów.

Stąd to, jak oficjalna historia mówi, powstał podział parlamentu brytyjskiego na Izbę Gmin i Izbę Lordów i był niczym innym jak odzwierciedleniem struktury społecznej, są jednak tacy, którzy twierdzą, że dwie izby parlamentu powstały ze względów znacznie bardziej prozaicznych. 

Z braku higieny osobistej. 

Wiadomo, że nasi pradziadkowie w wiekach średnich i potem też zdecydowanie stronili od wody i mydła, i po prostu śmierdzieli tak bardzo, że przebywanie większej ich grupy w jednym zamkniętym pomieszczeniu było, nawet dla ich niewybrednych przecież organów powonienia, nie do wytrzymania. 

Dodatkowym problemem był fakt, że członkowie arystokracji i plebsu wydzielali odmienne zapachy.

Arystokraci, „sfrancuziali” jak ich określano, naturalne wonie przytłumiali perfumami, proletariusze natomiast, zwolennicy purytanizmu i prostoty obyczajów, unikali pachnideł uważając je za objaw zniewieścienia.

Często natomiast dla przywrócenia świadomości, której utrata była dość powszechnym, skutkiem braku wystarczającej ilości tlenu, zjawiskiem, stosowali roztwory amoniaku i octu. Zapewne wszyscy Polacy nie raz widzieli w mediach jak wygląda sala, w której obraduje brytyjski parlament, jest niewielka, posłowie siedzą stłoczeni tak bardzo, że nie ma mowy, jak w naszej sali sejmowej, o ucięciu sobie drzemki czy konsumowaniu czegoś tam, gdy nuda obrad ma negatywny wpływ na apetyt. W związku z tym, decyzje zapadają znacznie szybciej a raz wybrani posłowie nie walczą wszystkimi dostępnymi środkami o pozostanie na poselskim, dość niewygodnym stołku, przez następną kadencję.

Wracając do reszty Świata, z Polską włącznie, system dwuizbowy przyjął się niemal wszędzie, z wyjątkiem krajów relatywnie sprawnie rządzonych, jak np. Imperium Otomańskie, gdzie parlament zwany Dywanem był jednoizbowy. Tak było również z rosyjską Dumą. Ciekawostką historyczną być powinno, że jakikolwiek kraj, który w pewnym okresie historycznym osiągnął niespotykaną wielkość czy potęgę militarną, zawsze był rządzony systemem totalitarnym i przez pojedynczego satrapę. Historia zna takich przypadków wiele, od Aleksandra Macedońskiego począwszy, na Napoleonie, Churchillu, czy nawet Hitlerze i Stalinie skończywszy. A niewykluczone, że i w III RP mamy osobnika, który zaczyna zbyt mocno ‘wiercić się na politycznym stolcu’ starając się wpływać na takie dziedziny życia, na które, jako zwykły, prosty parlamentarzysta, nie powinien mieć wpływu.

Gwoli sprawiedliwości zaznaczyć tu należy, że po zakończeniu Drugiej Wojny ówczesne władze PRL zorganizowały referendum pod nazwą „3 X Tak” i podobno Naród Polski w jednym „Tak” zlikwidował dwuizbowy parlament. Oczywiście gdy nastała „prawdziwa demokracja” powrócono do starego modelu, tym razem bez pytania Narodu o zdanie.

Wielkim problemem był fakt, że gdy zawalił się system „demokracji ludowej” nikt tak naprawdę nie wiedział czym go zastąpić. Pierwszym prezydentem nowopowstałej RP został komunistyczny generał a drugim elektryk z podstawowym wykształceniem zawodowym, który na rządzeniu krajem znał się jak przysłowiowa ‘świnia na gwiazdach’. Jeden i drugi musieli bazować na grupie doradców; i tak pierwszemu doradzali byli dygnitarze systemu komunistycznego, drugiemu członkowie KORu, którzy z robotnikami mieli tyle wspólnego, że słowo robotnik figurowało w nazwie ich organizacji. 

Dodam jeszcze że w czasie negocjacji z Solidarnością i KOR-em w Gdańsku, tow. Fiszbach, skądinąd trzeźwo myślący członek KC PZPR zauważył „przecież to prawie sami Żydzi….” i nikt wtedy na to nie zwrócił większej uwagi, a potem już skłoniono tow. Fiszbacha aby więcej na żadnych łamach się nie wypowiadał. 

Jedni i drudzy doradcy bardzo starannie zadbali o swe własne interesy i zdecydowanie odrzucili koronną zasadę poprzedniego systemu, uznawaną dotychczas za dogmat – „sprawiedliwy podział środków produkcji”, co doprowadziło do praktycznego rozgrabienia majątku narodowego, który nasi Rodzice i my sami w pocie czoła odbudowywaliśmy po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej. Ktoś kiedyś skonstatował, że nowy system zrodził się ze starego tylko dlatego tak bezboleśnie, bo ci którzy dosyć obłowili się przez pierwsze 40 lat PRL-u chcieli mieć swobodę cieszenia się nagromadzonym dobrem. I tak się stało, a polska klasa robotnicza znów obudziła się „z ręką w nocniku”. 

Ostatnio nieco sprawniej myślący przedstawiciele polskiego społeczeństwa skonstatowali, że już wszystko co można było „oddać” wylądowało w rękach prywatnych lub zagranicznych a co gorsza nie wszyscy u władzy się załapali na prowizje.

Na domiar złego aktualna władza uznała, że za dużo demokracji to gorsze od komunizmu i postanowiła dokonać zmian, które na ogół nie cieszą się poparciem większości społeczeństwa a wywołują oskarżenia ze strony tych, którzy nauczyli się głośno krzyczeć, bo zrozumieli, że to co się dzieje może być zamachem na ich „demokratyczne swobody obywatelskie” a co gorsza na ich, dość świeży jeszcze, stan posiadania. 

Aktualnie mamy koronawirusa a on może pomóc w ugruntowaniu trwałości rządów tej samej grupy politycznej, co nie zmienia faktu że pytanie postawione w tytule tego postu jest dalej nie pozbawione sensu; „Potrzebny nam Senat, czy nie?” Jedno jest pewne, bez niego byłoby rządzić znacznie taniej. Ot co!

 

Czy to możliwe?

There are more things in Heaven and Earth, than are dreamt of in your philosophy.  [Shakespeare] 

„Są dziwy w niebie i na Ziemi, o których ani się śniło waszym filozofom”.

Co to, to prawda.

To co publikuję jest tak nieprawdopodobne, że trudno uwierzyć, ale… za tym przemawiają pewne fakty jak aresztowanie „Króla Hollywood” Harvey’a Welnsteina i afera związana z więcej jak wątpliwym samobójstwem Jefrrey’a Epsteina, o którym mogliście przeczytać w mym poprzednim poście. Oto co udało mi się skopiować i powyższym nagłówkiem opatrzyć z portalu: http://zmianynaziemi.pl

Benjamin Fulford – znany specjalista od wszelkich spisków i ukrytych działań elit – na swoim blogu informuje o rzekomym raporcie, który przyszedł z CIA. Mają się w nim znajdować sensacyjne informacje związane między innymi z obecną pandemią.

Mówi on między innymi o tym, że premierowi Kanady Justinowi Trudeau został doręczony akt oskarżenia przez USA za przestępstwa korporacyjne i finansowe. Właściciele mediów zostali poinstruowani, aby mówić społeczeństwu o tym, że Trudeau i jego żona zarazili się koronawirusem i przez jakiś czas nie będą opuszczali swoich domów.

Tom Hanks miał zostać aresztowany za pedofilię i jest obecnie przetrzymywany w pokoju hotelowym w Australii ponieważ nie chce wracać do USA. Kolejnymi aresztowanymi celebrytami mają być Celine Dion, Madonna, Charles Barkley i Kevin Spacey. Wszyscy będą zgłaszać infekcję koronawirusa.

Włoskie lotniska zostały całkowicie zamknięte, ponieważ ponad 80 urzędnikom Watykanu doręczono akty oskarżenia dotyczące przestępstw finansowych, pedofilii, handlu dziećmi i wykorzystywania seksualnego. Zjednoczone Emiraty Arabskie zakończyły masowe aresztowania własnej rodziny królewskiej i jej asystentów. Król Hollywood” Harvey Weinstein zgodził się na umowę w zamian za zeznania przeciwko setkom hollywoodzkich celebrytów za ich udział w handlu narkotykami, pedofilii i handlu dziećmi. Zamiast 55 lat więzienia otrzymał wyrok tylko 23 lata więzienia. W zamian, dostarczył zeznań przeciwko niektórym z największych i najbardziej wpływowych nazwisk. Na liście osób, które „wsypał” mają być: książę Andrzej z Wielkiej Brytanii, były prezydent Bill Clinton, były wiceprezydent Joe Biden, Tom Hanks, Oprah Winfrey, Ellen Degeneres, Quentin Tarantino, Charlie Sheen, Kevin Spacey, John Travolta, Steven Spielberg, John Podesta i inni związani z aferą „Pizzagate”. Jeffrey Epstein podobno również poszedł na ugodę w zamian za swoje zeznania i upozorował własne samobójstwo w więzieniu.

Raport ma również zawierać informacje o tym, że opracowany w laboratorium SARS-CoV-2, jest przykrywką dla obowiązkowego programu szczepień. Teraz jest to największa tajna operacja amerykańskiego wywiadu, jaką świat kiedykolwiek widział. W międzyczasie ma dojść do aresztowania 158 000 najbardziej nikczemnych i skorumpowanych polityków, celebrytów i dyrektorów generalnych, w tym takich ludzi, jak George Soros.

Fulford od dawna informuje o różnych zakulisowych rozgrywkach na najwyższych szczeblach władzy. Trudno nawet zweryfikować jego opinie i źródła, bo po prostu media głównego nurtu w ogóle tych tematów nie poruszają. Trzeba też dodać, że Fulford jako dziennikarz miał okazję przeprowadzić wywiad z samym Davidem Rockefellerem seniorem. Wywiadów z takimi ludźmi nie przeprowadza się ot tak. Jakkolwiek więc dziwacznie to wszystko brzmi, może jednak jest w tym choć trochę prawdy? 

Tfu, na psa urok! Już raz niebiosa pokarały Ziemię ogniem, który strawił jaskinie grzechu Sodomę i Gomorę. Czy teraz na nas kolej? Sami pomyślcie a ja jadę poszukać czy jeszcze gdzieś dam radę kupić papier toaletowy i spirytus do odkażania. Do usłyszenia, oby nie na tamtej stronie. Cheers.

Jesteśmy skazani na bezsilnoś

Przesadne i niesprawiedliwe oskarżenia Polaków o antysemityzm w końcu przyniosły skutek. Padły słowa, na które czekano miesiącami: „Żydzi nas atakują, brońmy się” – pisze Rafał A. Ziemkiewicz

Czytając głosy europejskiej prasy o „Katyniu”, trudno nie zwrócić uwagi, jak uporczywie powtarza się w nich myśl: to dobrze, że Andrzej Wajda, pokazując mord dokonany przez NKWD, nie oskarża Rosjan. Obowiązkowa okazuje się w światowej recepcji pochwała (nie twierdzę, że słuszna, ale powszechna) reżysera za to, że ustrzegł się narodowego zacietrzewienia, że oskarża szeroko rozumiane, uniwersalne zło, a nie naród.

Zbrodnia katyńska, jak wiadomo, dokonana została i przez wiele dziesięcioleci była ukrywana przez organa państwowe byłego Związku Sowieckiego, którego współczesna Rosja jest prawną kontynuacją. Dokonano jej na bezpośredni rozkaz dyktatora otaczanego obecnie w Rosji kultem, zarówno oficjalnym, jak i w znacznym stopniu spontanicznym.

Mimo to niemal wszystkim wypowiadającym się autorytetom, tak zagranicznym, jak i,

w ślad za nimi, krajowym, wydaje się oczywiste, że gdyby Wajda przypisywał odpowiedzialność za tę zbrodnię komukolwiek poza wąskim kręgiem jej bezpośrednich wykonawców, byłoby to coś w najwyższym stopniu niesmacznego i nagannego.

Pamflet przyjęty spokojnie

Zupełnie inaczej sprawa się ma, gdy publicysta Jan Tomasz Gross popełnia książkę, co do której nawet jej najbardziej zagorzali zwolennicy przyznają, że nie odkrywa żadnych nieznanych dotąd faktów (czyli nie ma żadnego znaczenia jako praca historyczna), a jedyna jej „wartość” polega na pasji, z jaką ów pamflet, czy też wręcz paszkwil, stawia kwestię nierozliczonej odpowiedzialności Polaków jako narodu właśnie, polskiej tradycji, polskiej religijności etc. za dokonywane w czasach powojennego zdziczenia i chaosu akty przemocy o charakterze bandyckim. Po raz kolejny okazuje się więc, że „polityczna poprawność” zna zupełnie różne moralne miary, i trzeba bardzo pilnie śledzić zarządzenia medialnych „autorytetów”, by wiedzieć, którą do danej sprawy wypada stosować.

Agresywna, niedopuszczająca jakiejkolwiek dyskusji postawa, jaką zaprezentował Gross w licznych wystąpieniach, w połączeniu z jego oczywistą nierzetelnością i skłonnością do naciągania argumentów pod założoną tezę sprawiły, że mimo ogromnych starań nie udało się powtórzenie sukcesu propagandowej operacji związanej z poprzednią książką Grossa pt. „Sąsiedzi”.

Tym razem pamflet przyjęty został spokojnie, ze świadomością jego rzeczywistej wartości – większość Polaków za swój uznała raczej pogląd kard. Stanisława Dziwisza niż autorów „Gazety Wyborczej” i szybko o sprawie zapomniała. Od dawna już (od z górą miesiąca) tylko ta ostatnia poświęca regularnie po kilka kolumn „dyskusji” nad książką – dyskusji, która zamiast cokolwiek przewartościowywać, dokumentuje tylko kompletne intelektualne wyjałowienie wpływowego niegdyś środowiska; doprawdy aż trudno uwierzyć, ile jeszcze razy można z zadęciem powtórzyć tych kilka pseudoszlachetnych i wątpliwej wartości frazesów, które obracane są przy podobnych okazjach od czasów eseju Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto” opublikowanego w roku 1987.

Blisko pogromu

W końcu jednak – trudno się dziwić – jawnie przesadne i niesprawiedliwe oskarżenia, historyczne manipulacje i obelgi nie mogą nie przynieść skutku. Ogromny wiec Radia Maryja, przeniesiony w ostatniej chwili do krakowskiej świątyni, nadał nowy impuls zamierającej z wolna kampanii. Wreszcie padły słowa, na które czekano miesiącami: „Żydzi nas atakują, brońmy się”. To nic, że słowa te „Wyborcza” musiała zgrabnie wyjąć z kontekstu, a całe spotkanie opisać w typowy dla siebie, zmanipulowany sposób – grunt, że wreszcie się udało.

News o masowych antysemickich wystąpieniach w Polsce obiegł świat – w jakiej postaci, przykładem służy korespondencja Avili Lori z izraelskiego „Haareca”. Już sam skandaliczny tytuł „To jeszcze nie pogrom, ale było blisko” – ustawia sprawę w sposób obowiązkowy w zachodnich mediach; a dalej mamy oczywiście antysemicki tłum, niefortunne pół zdania Bogusława Wolniewicza jako potwierdzenie wszelkich oskarżeń, oraz Adama Michnika i Władysława Bartoszewskiego jako odosobnione przykłady szlachetnych Polaków przeciwstawiających się narastającemu antysemickiemu szaleństwu. Nawet się nie dziwię działaczom Żydowskiej Ligi Przeciwko Zniesławieniu, że znając sprawę z tego rodzaju relacji, zareagowali natychmiastowym alarmowaniem światowych mediów.

Święta wojna fanatyzmów

Teraz działa już logika, którą znamy od lat. Radio Maryja zapowiada kolejne wiece Nowaka, „Wyborcza” organizuje propagandowy nacisk na Kościół, aby wiece te uniemożliwiał – co oczywiście skutkuje w taki sposób, że przeniesione do ciasnych salek odbywają się one w jeszcze wścieklejszej atmosferze, dostarczając reporterom „Wyborczej” odpowiedniego materiału do kolejnych podgrzewających atmosferę publikacji zaspokajających światowy popyt na kolejne enuncjacje o „odwiecznym polskim antysemityzmie”.

Niestety, jesteśmy wobec tego wszystkiego bezsilni. Radio Maryja i „Gazeta Wyborcza” są sobie nawzajem niezbędne do mobilizowania swych zwolenników i jest oczywiste, że nie odpuszczą okazji do każdego zaostrzenia sporu; polski zdrowy rozsądek długo jeszcze będzie musiał cierpieć otoczenie przez ich rozhisteryzowane zastępy. Można by na tę swoistą wojnę szalikowców wzruszyć ramionami, gdyby nie fakt, że ta wojna nie odbywa się na krajowej arenie, albowiem bronią używaną w niej rutynowo stało się wzywanie w sukurs przeciwko rzekomemu polskiemu antysemityzmowi zachodniej opinii publicznej.

Możemy tylko zgrzytać bezsilnie zębami, widząc, jak zamiar pobudzenia kolejnej fali antypolonizmu na Zachodzie przynosi powodzenie, i czekając kolejnych podłości o „polskich obozach koncentracyjnych”. Tam, gdzie fanatyzmy toczą swą świętą wojnę,

tam, niestety, nic innego już się nie liczy.

Napisał: Rafał A. Ziemkiewicz

Źródło : Rzeczpospolita