Mądry Polak po szkodzie

Powiedzenie „mądry Polak po szkodzie” jest naszym narodowym przysłowiem. Szkoda. Warto się przygotować i być mądrym zawczasu, a mamy materiał do przygotowań. Od grudnia, kiedy ujawniono pierwsze przypadki chorych na COVID-19 w Wuhan, minęły już niemal cztery miesiące.

Życie społeczne i zawodowe milionów Polaków zostaje sparaliżowane. Czy naprawdę nikt nie zadaje sobie pytania, na ile adekwatne są to działania? Jakie rzeczywiście przyniosą skutki? Ja długo tak można funkcjonować?

Daleki jestem od lekceważenia zagrożenia, jakie niesie ze sobą COVID-19. Mój ojciec ma 76 lat, kilka lat temu przebył operację aorty przy sercu. Od tego czasu jest bardzo chory, ma duże problemy ze snem, z oddechem, nawet przy minimalnym wysiłku. Jest niestety w ścisłej grupie ryzyka. Boję się o niego i dbamy w domu o to, żeby nie zaraził się choróbskiem.

Przerażony jestem jednak też tym, co za kilka tygodni przyniosą nam wszystkim, w skali mojego kraju i całej Europy, działania, które teraz w bezmyślnym pędzie wdrażamy. Myślę, że wirus szaleństwa, które nami zawładnęło, jest dużo groźniejszy niż koronawirus.

Niby wszyscy wiemy, że rzeczywistość „zapobiegawcza”, którą sobie kreujemy, nie może trwać wiecznie. Oficjalnie Ministerstwo Zdrowia wyjaśnia, że polityce izolacji nie chodzi o to, żeby uchronić wszystkich Polaków od zakażenia. To, że zdecydowana większość z nas zainfekuje się prędzej czy później, nie ulega wątpliwości. („Docelowo ten wirus w ogóle będzie krążył w społeczeństwach i pewnie za rok, dwa, trzy” – wyjaśnia wiceminister zdrowia Łukasz Szumowski).

Myślę, że Polacy nie zdają sobie z tego do końca sprawy, myślą, że przez cały czas walczą, żeby w ogóle uniknąć zakażenia, i myślą, że im się to uda. Tak naprawdę chodzi o to, żeby nie było nagłej, dużej fali zachorowań, z którą nie mogłaby sobie poradzić w krótkim czasie nasza służba zdrowia.

zamykamy wszystkie przedszkola

zamykamy wszystkie szkoły

zamykamy place zabaw

zamykamy wszystkie kina teatry i sale koncertowe

zamykamy niemal wszystkie sklepy, zakłady usługowe itp.

zamykamy urzędy

zamykamy restauracje, bary, kawiarnie, puby itp.

zamykamy granice kraju

zamykamy połączenia lotnicze, również wewnątrzkrajowe

zamykamy lasy (!)

ograniczamy ilość kursujących pociągów i autobusów

Tylko czy z tego powodu powinniśmy zamrażać aktywne życie całego społeczeństwa na nie wiadomo jak długi czas? Jak długo jesteśmy w stanie wytrzymać z tymi wszystkimi ograniczeniami? Jeśli spojrzymy nieco z innej perspektywy niż wszechogarniający strach o własne zdrowie (nawet jeśli nie jesteśmy w grupie ryzyka), na to, co się właśnie dzieje, to dostrzeżemy, jak groźne czekają nas konsekwencje.

Konsekwencje wstrzymania handlu, usług, transportu, jeśli ten stan potrwa jeszcze kilka tygodni, doprowadzą do niespotykanej fali bankructw. Miliony drobnych przedsiębiorców nie zarabiają, kiedy nie pracują. Nie jesteśmy krajem obywateli, którzy mają duże oszczędności na kontach lub w domu. Te oszczędności bardzo szybko się skończą. Za chwilę przestaniemy spłacać kredyty. Co z tego, jeśli nawet rząd dekretem nakaże bankom odroczenie płatności rat. Wtedy banki zaczną mieć poważne problemy i zaczną zwalniać pracowników.

 

Przeżyliśmy przed chwilą olbrzymią falę uzupełniania zakupów spożywczych (i oczywiście papieru toaletowego…), żeby zrobić zakupy na złe czasy, ale za miesiąc ludzie nie będą już mieli tyle pieniędzy.

Trudno zrozumieć polityków, którzy zaklinają rzeczywistość, twierdząc, że „po kwarantannie” (czyli kiedy?) handel i usługi odrobią sobie w obrotach stracony czas. Skąd klienci wezmą pieniądze na to, żeby tak ochoczo kupować dwa razy więcej zaraz po ponownym otwarciu sklepów? To będą właśnie ci klienci, którzy jako mikroprzedsiębiorcy zbankrutowali lub są bliscy bankructwa i raczej będą myśleć o maksymalnym oszczędzaniu jeszcze przez długi czas. To będą właśnie ci zwolnieni pracownicy banków i innych dużych firm.

Co można zrobić w sytuacji koronawirusa?

Zamiast izolować od siebie wszystkich członków społeczeństwa, należałoby przywrócić wszelką aktywność w życiu publicznym i jednocześnie opracować oraz wdrożyć sprawnie natychmiastowy plan ochrony osób z grup podwyższonego ryzyka.

W Polsce żyje ponad 4 mln osób w wieku powyżej 70 lat. Jeśli dodamy do tego osoby młodsze, ale z powodu innej choroby szczególne narażone na powikłania choroby COVID-19, to pewnie osiągniemy liczbę ok. 4,5-5 mln osób. To o nich powinniśmy zadbać.

Kompleksowy program ochrony tej grupy, która właśnie tego potrzebuje, bylibyśmy w stanie wprowadzić dużo skuteczniej niż „ochronę” wszystkich obywateli. Nieporównywalnie mniejszym nakładem sił zarówno organizacyjnych, finansowych, jak i społecznych możemy przy pomocy rodzin, pomocy sąsiedzkiej, być może gwardii narodowej lub wojska, objąć ochroną zagrożoną grupę, zgodnie ze ściśle opracowanymi standardami.

Jeśli zajdzie potrzeba, państwo może wynająć i przystosować obiekty, typu ośrodki wypoczynkowe, sanatoria, hotele, do czasowej izolacji rzeczywiście zagrożonych.

Jeśli skupimy się na realnie potrzebującej grupie 4,5 mln potrzebujących, zamiast trwonić siły i środki na całą grupę ponad 38 mln Polaków, to osiągniemy znacznie lepsze efekty, unikając jednocześnie dramatycznych skutków powszechnej kwarantanny.

Te 4,5 mln Polaków to są osoby (tak, jak mój tata) w zdecydowanej większości nieczynni zawodowo, więc kosztów ich zniknięcia z rynku pracy niemal nie odczujemy. To właśnie te 12 proc. Polaków potrzebuje naszej uwagi i pomocy. Możemy chronić ich życie i siebie przed skutkami nadzwyczajnej sytuacji.

Przez dłuższy okres szczelniejszej izolacji osób starszych, na który będziemy mogli sobie wtedy pozwolić, fala infekcji przejdzie przez nieobjętą kwarantanną część kraju, nie czyniąc wielu tak szkód, bo – jak wiemy – 80 proc. przechodzi w ogóle bezobjawowo, a pozostali z grupy przechodzą lekko. Z tymi przypadkami, które będą wymagały jednak hospitalizacji (zapewne znajdzie się taki mały odsetek), służba zdrowia będzie mogła sobie poradzić, bo będzie ich mało (to wiemy ze statystyk zachorowań w grupach niższego ryzyka).

Oczywiście trzeba będzie zachowywać zdrowy rozsądek i zasady higieny, ale będzie można normalnie żyć.

Po kilku miesiącach (może właśnie do końca roku?) będzie można zakończyć kwarantannę osób starszych, bo zdecydowana większość pozostających na zewnątrz – wszyscy, którzy przeszli infekcję – będzie już uodporniona na koronawirusa i nie będzie infekować. Zapewne nie 100 proc., ale wystarczająco dużo, żeby powracające z kwarantanny 4,5 mln obywateli nie zachorowało w jednym momencie. Dodatkowo w tym czasie będziemy już znacznie bliżej ew. wprowadzenia na rynek szczepionki lub skutecznego leku.

Zamiast tego fundujemy sobie terapię podobną do tej, jaką serwują sobie widzowie idący na horror do kina. Tylko że z kina wyjdziemy po dwóch godzinach, bez żadnych konsekwencji.

Mam wrażenie, że ogólne straszenie siebie nawzajem napędzane jest jakąś narastającą ekscytacją. Strach ma być celem sam w sobie. Być może silne emocje, które zrównują nas wszystkich w sytuacji zagrożenia, są podświadomie pożądane i im silniejsze emocje – tym więcej równości. Dzisiaj nie ma różnicy między Janiną Gwiżdż z gminy pod Wołominem i Tomem Hanksem – bogatym gwiazdorem z Ameryki. Wszyscy mogą zachorować.

Dlatego być może z lubością produkujemy, przesyłamy sobie i całkiem serio traktujemy filmiki z patetycznymi apelami, wygłaszanymi dramatycznie, błagalnym głosem, na granicy histerii, zaczynającymi się od słów: „Błagam was dzisiaj tylko o jedno! Błagam was! Ratujcie swoje życie! Nie wychodźcie przypadkiem z domów…”. Dlatego nagle narodziło się w Polsce dziesiątki tysięcy moralizatorów apelujących do wszystkich, do których mogą dotrzeć, o „rozsądek” (bo przecież oni sami są rozsądni i koniecznie muszą teraz pouczać innych, nawet jeśli inni usłyszeli te apele już tysiąc razy), a rodzice, którzy ośmielili się na moim osiedlu wyjść z małym dzieckiem na spacer i spotkali innych rodziców z dzieckiem, są wyzywani na osiedlowym forum od „kompletnych debili”, „poj…ów”, „tych, którym i tak już nic nie pomoże – i dobrze!”…

Atakowani w telewizji i we wszystkich serwisach informacyjnych w internecie wielkimi czerwonymi literami o najnowszej liczbie zakażonych i zgonów, aktualizowanymi „live”, odnosimy wrażenie, że zaraz wszyscy umrzemy, jeśli tylko wystawimy głowę przez okno! I, o dziwo, znajdujemy w tym lęku jakąś surrealistyczną przyjemność.

Warto też zdać sobie sprawę z tego, że podawane liczby to nie są rzeczywiste liczby dotyczące infekcji. Wiemy, że żaden kraj nie dysponuje wystarczającą liczbą testów dla wszystkich swoich obywateli, a z pewnością żadna służba zdrowia nie jest w stanie w ciągu kilku tygodni czy miesięcy przebadać całej swojej populacji.

Szacuje się, że na 100 wykrytych infekcji przypada nawet 500 niewykrytych. Skąd to wynika? – Lekarze potwierdzają, że 80 proc. zakażonych przechodzi chorobę zupełnie bezobjawowo – ich przecież nikt nie poddaje testom. Zakażonych jest więc kilkukrotnie więcej. Jeśli przyjąć tylko relację 80 proc. bez objawów, a więc z niewykrytą infekcją, do 20 proc. z objawami (a przecież i spośród nich nie wszyscy zostali przebadani), to wirusa w swoich organizmach ma pięć razy więcej osób, niż czytamy codziennie na czołówkach gazet.

Statystyki zgonów są za to miarodajne, bo śmierć dużo łatwiej wykryć i wszystkie są badane. Wynika więc z tego, że śmiertelność koronawirusa nie wynosi wcale ok. 4 proc., ale jest wielokrotnie niższa i wynosi ok. 0,8 proc.

Oczywiście to wciąż bardzo dużo i nie chodzi o to, żeby umniejszać zabójczość wirusa. Chodzi o to, żeby wiedzieć, o czym mówimy. Spośród 100 osób, które zarażą się koronawirusem, statystycznie umrze mniej niż jeden człowiek. Nie cztery osoby.

Podobną do mediów, tylko o jeszcze większej wadze, narrację wprowadzają politycy. Wiemy już od czasów Orwella, że im bardziej przestraszone społeczeństwo, im bardziej trzeba je „chronić”, tym lepiej dla polityków. To jest ich czas.

Ale, drodzy politycy, chcę wierzyć i wierzę, że nie to jest waszym celem!

Wybieramy was, bo ufamy, że rozsądnie będziecie zarządzać wspólnym państwem. Że jesteście opanowani i mądrzy, a decyzje, które podejmujecie, są przemyślane i dalekosiężne. W obecnej chwili mamy w Europie do czynienia błyskawiczną licytacją, kto szybciej i bardziej ograniczy prawa w swoim kraju. Bez opamiętania, bez planu na to, co dalej, za kilka tygodni, miesięcy.

Jaki sens ma zamykanie granicy z Czechami czy Niemcami, jeżeli zarówno w Polsce, jak i w Czechach, i w Niemczech wirus już jest obecny? Czeski czy niemiecki wirus jest bardziej zjadliwy albo zaraźliwy od naszego, polskiego? Chcemy hodować tylko swoją, endemiczną odmianę COVID-19?

Jaki sens (oprócz rujnowania kondycji ekonomicznej LOT-u) ma zamykanie połączeń lotniczych pomiędzy polskimi miastami, jeżeli w każdym regionie kraju wirus jest już obecny? Czy wirusem z Gdańska można się zarazić bardziej w Warszawie niż wirusem warszawskim?

Po co zamykamy szkoły i przedszkola, jeśli to nie najmłodsi są narażeni na powikłania, tylko najstarsi?

Po co robimy tak nielogiczne rzeczy, jak ograniczanie liczby kursujących autobusów i pociągów?

Dlaczego wprowadzamy tak absurdalne zarządzenia, jak „zamykanie lasów”?

Zamykający w panice wszystko, co się da, politycy działają już nawet przeciwskutecznie do własnych celów: przecież im mniej autobusów, tym więcej ludzi będzie się spotykać w każdym z nich, a jak ludzie nie będą mogli wejść do lasu (mieli się tam stykać bardzo blisko ze sobą?), to będą chodzili ze swoimi psami po ulicach, gdzie będzie znacznie większe zagęszczenie niż na leśnych dróżkach (obawiam się, że nie da się e-learningowo nauczyć czworonogów załatwiania się do muszli, więc wyjść muszą).

Drogi prezydencie, premierze, politycy z opcji rządzącej i opozycji! Wielkie chwile wymagają wielkich czynów i wielkiego formatu ludzi. Znajdujemy się w bezprecedensowo kryzysowej sytuacji, w której potrzeba nam męża stanu. Przywódcy, który nie będzie podążał w owczym pędzie, ale będzie umiał mądrze przeanalizować sytuację w dłuższej perspektywie, powziąć decyzje o dalekosiężnych skutkach i będzie miał odwagę te decyzje obronić oraz wprowadzić w życie. Mężów stanu charakteryzuje to, że potrafią się przeciwstawić w pierwszej chwili opinii publicznej, dokonać tego, czego powinni dokonać, i w dłuższej perspektywie pokazać swoim obywatelom, że jednak mieli rację. Wygrali!

Nie wystarczy uczestnictwo w wyścigu, w którym biorą udział politycy z innych krajów, w dyscyplinie: „Jesteśmy lepsi, skoro zamykamy szybciej, zamykamy… wszystko”, bo to po prostu nie pomaga, tylko szkodzi. Szkodzi bardzo.

Yuval Noah Harari napisał kilka dni temu w „Financial Times”, że ludzkość stoi obecnie w obliczu globalnego kryzysu. Być może to największy kryzys naszego pokolenia. Decyzje podejmowane przez ludzi i rządy w ciągu najbliższych kilku tygodni prawdopodobnie ukształtują świat na długie lata. Trudno się z tym zdaniem nie zgodzić.

Uważam, że nie zmieniając nic w naszych postępowaniach w najbliższym czasie, narazimy się, oprócz druzgocącego aspektu gospodarczego i nieskuteczności zapobiegnięcia nagłej fali infekcji, również na inne niebagatelne koszty.

To, co dzieje się teraz, i jak reagujemy odciśnie z pewnością głębokie piętno na naszych przyszłych zachowaniach. Czy chcemy, żeby w sytuacjach kryzysowych reakcją ludzi była izolacja i nieufność wobec innych? Postrzeganie ich jako potencjalnego zagrożenia? Czy chcemy, żeby naszymi decyzjami kierował strach, a nie rozsądek? Jakie społeczeństwo budujemy w ten sposób?

Chciałbym, aby wspólny wysiłek w kierunku zapewnienia opieki najbardziej potrzebującym był tym, co nas jednoczy i napędza do działania, a nie lęk napędzający działania polegające na zamykaniu się w swoich prywatnych światach.

To może być piękna terapia zarówno zwalczająca koronawirusa, jak i wzmacniająca więzi pomiędzy ludźmi.

Jacek, czytelnik Trojmiasto.pl

Jacek, zwykły mieszkaniec Trójmiasta, mikroprzedsiębiorca, absolwent Wydziału Ekonomii na Uniwersytecie Gdańskim i Filozofii na Uniwersytecie Warszawskim

Czy zgadzasz się z autorem, że w walce z koronawirusem daliśmy się ponieść emocjom?

Z netu udostępnił urywki artykułu Prostak

God, I love Kaffers

God, I love Kaffers

For your information “Kaffer” means “Niger” in South Africa, very offensive word slowly disappearing from Afrikaans vocabulary. Originally, Kaffer is a name of an African buffalo, synonym of something with no brain at all and many muscles.

This couple is Bushmen the tribe, which years ago were on the edge of distinction, because, was no use of them in mines, fields or pastures. They were exposed to open hunting season. Survived for two reasons; firstly bullets were too expensive those days, secondly they knew desert, and Boers needed them badly to fight gen. Kitchener the Butcher of Africa. They survived because they owned nothing with value. Boers had gold and independence. That was what had Britons done, they took by force from others whatever they could. All over of the World. Though, Bushmen can go to desert dressed like on a picture above, no food, no water, nothing at all. In addition, they will be back in time they said. Watch is unknown thing to them. 

When I went to desert I took; food, water, clothes, extra shoes and hats, rifles, ammo, pistol, rocket pistol, GPS, satellite phone, tent, slipping bag, minimum two pairs of sunglasses, a note where my insurance papers are and a last will.

When I was there, suddenly I understood one, probably the most important wisdom of nature. DON’T MIX WITH PLACE YOU DON’T BELONG. 

If, I would have taken this little Bushmen into my World full of cars, electricity, high risers, planes, just name a list of things we created to make our life easier and better, he would be completely and totally lost. Perhaps I would have called him stupid or, even an animal.

BUT, when I was in a middle of Kalahari, I understood that without all my equipment and his help, most probably, I wouldn’t survive even one week. Who is a wiser, then? He has nothing and he will survive, always, I have everything and I don’t. There is one thing only what he has and I don’t.  He has knowledge. He just has a Ph.D from nature.

That’s why denying knowledge to citizens of your own country is a crime against humanity.

We, in our ignorance, arrogance and lack of understanding the laws of Nature, call them primitive, barbarians; we used to hunt them as animals, only because they won’t fit in the World, we built for ourselves.

Only, because they are dark, small, thin and defenseless. We were only race in the World calling a muzzle: “business end”. (actually the Britons are responsible for that, but somehow everybody with white face must suffer ever since and listen to; “Because I’m black…..”)

Changing Nature by force was always dangerous. Example Australia: Brits brought there rabbits because they missed hunting, rabbits dig holes in a ground and sheep or other domestic animals must be shot because there is no cure for broken limbs. They planted Opuntia ficus-indica, kind of cactus, one of the fastest growing on earth, in order to build fences. Opuntia took so much land that it was necessary to destroy that. They cut them, burned them, poisoned them, next month there was Opuntia again, and again…….

Even domestic cats, went wild and almost destroyed population of Kiwi birds, unique non-flying (like penguins) natives to Australia. They laid just one egg a year. Big one.

Even famous dingo is not exactly a native. Wild dogs brought so much damage that it was possible to get rich shooting them. 

Amazingly only guest, which brought a benefit to new continent was a camel. This “ship of the desert” adjusted itself to Australian climate extremely well. Now, only camels living in wilderness, are in Australia.

Changing environment and locations of both, humans and animals, was the biggest mistake of our past. We decided, we can speed up an evolution and we brought those, much unprepared to the World we created.

Maybe our World is even better than one belonging to our little brothers of Kalahari, but to understand that, they need few more centuries to go.  If we push them too hard, Mom Nature will just eliminate us from the face of the Globe, and will give our intelligence to other animals, which will take charge and Earth’ll become….the Planet of Apes, perhaps?

We are aware of the pattern, our historians know about lost civilizations very well; however, somehow I’ve never heard anybody speaking publicly why actually that happened.

And what we are doing to stay in charge?? To be, as in the past, the leaders of the World.

NOTHING, absolutely NOTHING!!!

We got Affirmative Action Plan, we are going backward, instead.

Whole World is going ahead following a progress, we Americans are going back. 

Then, some day, to do more intellectually challenging jobs we must hire East Indians graduates from their ITT. Or Mexicans. Even now over 50% of jobs in the Silicon Valley is done by people not educated in USA. We, however, have per square inch more Rap singers, Football players and lawyers, than the rest of the World combine.

We still can do what Mexicans do, cut grass, clean streets, pick tomatoes or shake farts in hotels.

Man cannot overrun a law of Nature, changing that means damaging, that leads to disastrous effects. Katrina, Floods, Tsunamis, Wars even progressing lost of intellectual abilities are direct results of that.

The wise man said:

   “QUOD DEUS VULT PERDERE, PRIUS DEMENTAT”

  “Those who God wishes to destroy, He first makes mad”

God help America, because nobody else can

Colas Bregnon

The Philosopher

“So, tomorrow my administration will file a brief with the court arguing that the University of Michigan’s admissions policies, which award students a significant number of extra points based solely on their race, and establishes numerical targets for incoming minority students, are unconstitutional. “

                George W. Bush January 15.2003, White House, 4:37 PM

 

  

  

Jak zginął J.F.K.

Myśli człowieka poczciwego.

W zeszłym tygodniu Donald Trump zapowiedział ujawnienie tajnych dokumentów dotyczących zabójstwa Johna F. Kennedy’ego. Zdaniem wielu ekspertów upublicznienie akt sprawi, że ponownie odżyją liczne „teorie spiskowe”. Czy jedno z najbardziej zagadkowych morderstw w historii ludzkości zostanie wyjaśnione?

John F. Kennedy był 35. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Służył od 20 stycznia 1961 roku do 22 listopada 1963 roku, czyli aż do swojej śmierci i do dziś określany jest przez wielu jako najlepszy prezydent w historii tego państwa. Zamach na Kennedy’ego miał miejsce w Dallas w stanie Teksas, gdy kolumna z prezydentem przejeżdżała przez Dealey Plaza. O godzinie 12:30 otrzymał dwa strzały – drugi przeszył głowę i zadecydował o jego śmierci. Oskarżonym o zamach na życie amerykańskiego prezydenta był Lee Harvey Oswald, który odrzucał wszelkie zarzuty. Dwa dni później, kiedy przewożono go do więzienia został zastrzelony przez gangstera i właściciela jednego z klubów nocnych, Jacka Ruby’ego. Ten z kolei otrzymał karę dożywocia i zmarł w 1967 roku na zatorowość płucną. W rzeczywistości sprawa morderstwa Johna F. Kennedy’ego nigdy nie została wyjaśniona i powstało wiele rozmaitych teorii spiskowych dotyczących jego śmierci.

Ponieważ szczegóły tamtego zamachu pozostają niejawne do dnia dzisiejszego, wiele osób po prostu nie wierzy w oficjalną wersję wydarzeń. Część Amerykanów jest przekonana, że Lee Harvey Oswald nie działał samodzielnie. Według różnych teorii, zabójstwo Kennedy’ego mogło zostać zlecone przez CIA, mafię, komunistów lub ówczesnego wiceprezydenta Lyndona B. Johnsona, który natychmiast przejął władzę w USA. Wkrótce poznamy treść tych tajnych dokumentów i być może wyjaśni się kto był prawdziwym organizatorem zamachu. Ja kiedyś lecąc z Nowego Yorku Europy wdałem się w dyskusję z pewnym Amerykaninem, który na początku powiedział, że jest z Langley Virginia. To mi ‘zapikało’ wiedząc, że tam jest centrala CIA. Tak ogródkami spytałem się go, gdzie jest zatrudniony, w odpowiedzi otrzymałem enigmatyczną odpowiedź, że pracuje dla rządu USA. Potem potoczyła się dyskusja na różne tematy, facet był wyjątkowo inteligentny a ja z gruntu jestem gadułą, co więcej on też był więcej niż chętny, żeby rozmową uprzyjemnić sobie długi lot do Frankfurtu. Powiedział mi coś co mnie zaszokowało a mianowicie że Kennedy został zamordowany przez lobbystów finansowych, bo zdecydowanie walczył o przywrócenie parytetu złota na dolarze. Parytet złota był przyjęty w 1900 roku a odwołany w1933, w tym też roku zniesiono wymienialność dolara na złoto dla własnych obywateli. Gdyby tak się stało to wielu rekinów finansjery amerykańskiej straciłoby źródło utrzymania, skończyłyby się spekulacje giełdowe, gry na zniżki walut, jak również wszystkie inne transakcje nabijające portfele tuzom finansowym. Na to nie mogli pozwolić. Ot co!

 

Strzały na granicy

Padły strzały na granicy Turcji z Grecją. Nie gumowymi kulami, czy z gazem łzawiącym, to była ‘ostra amunicja’ i to był swojego rodzaju ‘Rubikon’- po raz pierwszy dano Światu do zrozumienia że granice EU będą bronione za wszelką cenę, nawet za cenę życia. Należy się bardzo poważnie zastanowić co robić dalej. Póki co nie robi się nic, owszem państwa leżące na granicach Zjednoczonej Europy zapowiedziały, że nowych emigrantów nie wpuszczą. Pytanie tylko jak zahamować olbrzymią falę ludzi, którzy są zdeterminowani z bardzo prostej przyczyny – oni nie mają nic do stracenia. Na Turcję nie ma co liczyć, ten kraj ma już ich dosyć na swoim terytorium i nie jest w stanie przyjąć więcej. Są to nie tylko uciekinierzy z Syrii, są tam Afgańczycy, Irakijczycy uciekinierzy z Iranu, Bangladeszu a nawet z czarnej Afryki. Ilu ich jest zarażonych różnymi chorobami, włącznie z koronawirusem, nikt nie wie. Są dane z USA, gdzie okazało się że wraz z nielegalnymi emigrantami do Stanów zawitał trąd, który już od dawna uważano za chorobę nie istniejącą w cywilizowanym Świecie. Prawdą jest, że za sytuację jaka istnieje można winić Angelę Merkel, która zaprosiła i wpuściła do Europy ponad milion emigrantów, bez żadnego sprawdzenia kim są, czego się spodziewają i jaką mają możliwość bycia zaakceptowanymi w europejskich społeczeństwach. Ci emigranci nie mają żadnego wykształcenia, niezbyt palą się do nauki i pracy, a życie za pomoc społeczną jest znacznie lepsze niż życie w ich własnych krajach.

Co więcej informacja o łatwości życia w Europie rozniosła się szybko po całym Świecie, co spowodowało do dziś niekończącą się falę emigrantów z praktycznie każdego kontynentu. W samej Turcji jest ich już kilka milionów, oczywiście kraj ten zainkasował miliardy Euro z Brukseli, ale to nie zmienia faktu, że sama obecność milionów ludzi jest dużym problemem. Na dodatek 80% z nich to młodzi ludzie poniżej 30-ego roku życia, jak oni mogą się zaaklimatyzować w Europie, jak mogą założyć rodziny, mieć dzieci i zacząć płacić podatki? Jest jedno wyjście, które jak gdzieś przeczytałem, jest pomysłem prezydenta Erdogana. On proponuje, żeby zająć siłą część Syrii, graniczącą z Turcją, wygonić stamtąd armię prezydenta Assada, ISIS i każdą inną organizację chętną do postrzelania sobie w jakimkolwiek kierunku, założyć tam obozy dla uchodźców i pozwolić im żyć w pokoju, pod strażą NATO, ale w swej własnej ojczyźnie. Czy to głupie? Nie sądzę. Co innego można zrobić? Załóżmy, że w jakiś sposób przekona się Polskę, Węgry i innych do przyjęcia, tymczasowo ileś tam tysięcy emigrantów. Oni, jak tylko postawia nogę na polskiej ziemi zaczną kombinować, żeby dać dyla do Niemiec, albo pozostawszy w Polsce zająć się handlem narkotykami czy jakąś inną zdecydowanie nielegalną i szkodliwą działalnością. Oni uciekli z własnych krajów, bo się bali o życie, a jak pozostaną w Europie już nie będą się bać, to my zaczniemy się obawiać co się z nami stanie. Popatrzmy na Szwecję i potraktujmy ten kraj jako ‘królika doświadczalnego’ bo może okazać się, że prędzej czy później trzeba będzie zacząć zabijać – w obronie własnej, swej rodziny, swego domu czy swojego kraju. Ot co!

Na granicy Turcji z Grecją

Wielotysięczne tłumy migrantów próbują sforsować granicę Turcji z Grecją. Deklaracja tureckich władz, że nie będą one utrudniać przedostawania się migrantów do Europy, wielotysięczne ich rzesze ruszyły w kierunku greckiej granicy. Na razie tylko niewielkiej ich części udało się – czy to pieszo, czy to przy użyciu pontonów – ją sforsować. Grecka policja stara się powstrzymać wzbierający tłum, używając gazu łzawiącego…

PYTHIO, Grecja – Grecja zwiększa bezpieczeństwo na swojej porowatej granicy lądowej z Turcją, używanej przez tysiące migrantów do potajemnego wjazdu do Europy, z dodatkowymi strażnikami wspieranymi przez sieć potężnych kamer monitoringu, Greccy urzędnicy emigracyjni powiedzieli w piątek.

  1. Kraj ten zmaga się z falą imigracji przez Turcję i jest obecnie głównym punktem wjazdu do Europy. 
  2. Greckie obozy dla migrantów na wyspie, które otrzymują najwięcej nowo przybyłych, są dysfunkcyjne i poważnie przepełnione, podczas gdy w tym tygodniu pojawiły się szczegóły planu utworzenia pływającej bariery blokującej łodzie migrantów na Morzu Egejskim.
  3. Na północno-wschodniej granicy lądowej z Turcją, która w większości następuje Evros River, wojsko i policja uruchomiły wspólne patrole, podczas gdy policja zatrudnia 400 więcej straży granicznej do rozmieszczenia lokalnie, urzędnicy powiedział.
  4. „Rozpoczęliśmy już wspólne patrole”, powiedział Ilias Akidis, szef związku policyjnego w pobliskim mieście Orestiada. „I instalacja 11 kamer monitoringu wzdłuż rzeki (wkrótce będzie) realizowane.”
  5. Grecja wzniosła już 10-kilometrowy płot wzdłuż części granicy, gdzie rzeka oddala się, pozostawiając suchą ziemię, którą migranci mogli łatwo przejść.
  6. Kamery zostaną wzniesione na 50-metrowych wysokich trybunach i będą mogły monitorować 10-kilometrowy odcinek 200-kilometrowej granicy. 
  7. „Kamery okrywają to, czego nie możemy w pełni monitorować z personelem w terenie … ponieważ jest to długi odcinek rzeki”, powiedział Akidis.
  8. Grecja ma obecnie największą liczbę migrantów przybywających do Europy, z około 75.000 w zeszłym roku – w tym około 15.000 na Evros, według agencji ONZ uchodźców UNHCR. Choć jest to wciąż dalekie od prawie 1 miliona przybyszów w 2015 r. 
  9. I – w przeciwieństwie do 2015 r., kiedy prawie wszyscy kierowali się w zamożne serce Europy (Niemcy) – większość z tych osób została uwięziona w Grecji po zamknięciu granic bałkańskich. Ponad 112.000 osób utknęło w Grecji, zgodnie z UNHCR.
  10. Mieszkańcy Evros twierdzą, że przepływ jest stały.
  11. „Wierzę, że w 2019 roku było ich więcej (emigrantów) niż w 2015 roku”, powiedział Haris Theoharidis, były burmistrz wsi Pythio. „Nie ma już rodzin. Teraz są to wszystkie grupy 20-90 osób, wszyscy mężczyźni w wieku poniżej 30 lat … Większość twierdzi, że chce kontynuować podróż do Włoch.”
  12. Ci, którzy nie chcą ryzykować wykrycia w portach morskich na promach związanych z Włochami, płacą przemytnikom, aby przedostać się przez granicę z Macedonią Północną lub Albanią. W piątek policja w Salonikach uratowała czterech afgańskich mężczyzn uwięzionych w kontenerze z telewizorami z Chin, którzy mieli podróżować pociągiem przez Macedonię Północną na Węgry.
  13. Mężczyźni powiedzieli, że spędzili trzy dni w kontenerze, po włamaniu się do niego w Salonikach, głównym miejscu dla migrantów przybywających z Evros. Dojechali do granicy z Macedonią Północną, ale kontener został odesłany do Salonik przez strażników, którzy zauważyli, że nie jest właściwie zapieczętowany. Problem narasta i będzie narastał, dopóki… no właśnie dopóki co? Kiedy w Libii rządził Kadafi żaden emigrant nie śmiał przekroczyć libijskiej granicy. A teraz? To tylko kwestia ceny, na libijskim wybrzeżu czekają pontony, szmuglerzy, żywność na krótką podróż przez Morze Śródziemne i kula w łeb gdy ktoś nie ma czym płacić. Przez wiele lat statki należące do prywatnych spółek wyłapywały pływających na byle czym i dowoziły ich do portów greckich lub włoskich. Przyjmowano, witano nawet z pewną dozą serdeczności i interes kwitł. Teraz cała Europa ma problem. No, może z wyjątkiem Polski, Węgier, Austrii, Serbii i kilku innych państw, ale nic nie jest bliskie rozwiązania. Na dodatek teraz wraz z emigrantami może przedrzeć się koronawirus. I co wtedy? Strzelać? To nie nasza decyzja. Szczęśliwie w Polsce, jak mawiają „Nasza d…a z kraja.” Ot co!

KOLEJNY ATAK KOMUNISTYCZNEJ SPUŚCIZNY FB!

Powyższy wpis został skopiowany ze strony organizacji „Stowarzyszenie Sympatyków Natury” www.sosvoxpopuli.pl  na FB. Zdaniem FB jest to pornografia i zostałem zablokowany. Szkoda słów…

Szanowni Facebookowcy, Zbigniew W. Gamski nawiązuje do tematu.

Od pewnego już czasu wraz z Redaktorem Intergazety Nuda Veritas (zapraszamy; http:/nudaveritasgazette.pl/) postanawiamy dać nauczkę głupiej polityce Facebooka, którą to samowolnie nazywa ‘Community Standards’, w efekcie której autor postu z golasami został zablokowany. Zaczęło się od bardzo kulturalnie zrobionych fotek na jednej z plaż nudystów w RP. Facebook miał zastrzeżenia i w jego mniemaniu te fotografie to była czysta pornografia. W związku z powyższym zdecydowaliśmy się produkować fotografie muz, które przez wieki zapładniały umysły i talenty wielkich artystów. Popatrzcie, zapraszamy. Ciekawe czy tym razem Facebook uzna to za pornografię.

Andrzej Kondracki – Webmaster.

23.03.2020 Wprowadzamy stan epidemii w Polsce

Wprowadzamy nowe zasady dotyczące kwarantanny i podwyższamy kary za jej złamanie, zawieszamy również zajęcia edukacyjne do 10 kwietnia 2020 r. Jednocześnie dziewiętnaście szpitali przekształcamy w szpitale zakaźne. Od 20 marca 2020 r. do odwołania, w Polsce obowiązuje stan epidemii, który daje organom państwowym nowe uprawnienia. Działamy profilaktycznie, aby ograniczyć rozszerzanie się koronawirusa.

Wyższe kary za nieprzestrzeganie kwarantanny

Państwo nie może być pobłażliwe w czasie, gdy miarą jego skuteczności jest liczba zarażonych, a ceną za nieposłuszeństwo – czyjeś zdrowie lub życie. Dlatego podwyższamy kary za nieprzestrzeganie kwarantanny: z 5 000 do 30 000 zł. Jednocześnie, wprowadzamy aplikację, która ma pomóc w dochowaniu kwarantanny. Aplikacja daje m.in. możliwość zgłoszenia się do lokalnych ośrodków pomocy społecznej, które mogą dostarczać leki, czy artykuły spożywcze.

Zawieszenie zajęć w szkołach i na uczelniach

Zawieszenie zajęć nie oznacza ferii ani wakacji. Lekcje będą odbywać się poprzez platformy e-learningowe. Dzięki czemu dzieci i młodzież nie tylko będą bezpieczne, ale również będą mogły zdobywać wiedzę oraz nowe umiejętności. Określiliśmy zasady prowadzenia nauczania na odległość i stworzyliśmy możliwość oceniania i klasyfikowania uczniów. Nowe przepisy będą obowiązywały od 25 marca do 10 kwietnia 2020 r.

19 szpitali jednoimiennych

Przygotowujemy się na to, że coraz więcej osób będzie potrzebować pomocy medycznej. Dlatego 19 placówek medycznych przekształcamy w szpitale zakaźne (ich lista dostępna jest na dole strony). W każdym województwie będzie tzw. szpital jednoimienny, a w większych regionach dwa. Placówki te będą zajmować się tylko osobami podejrzanymi o zakażenie koronawirusem. Zależy nam na tym, by minimum 10 proc. miejsc w przekształconych placówkach to były łóżka respiratorowe.

Nowe uprawnienia dla ministra zdrowia

Ustawa o chorobach zakaźnych pozwala m.in. ministrowi zdrowia wyznaczyć rolę personelu medycznego i innych osób, w zwalczaniu koronawirusa na terenie Polski. Wojewodowie mają takie upoważnienie na terenie swoich województw.

W kolejnych rozporządzeniach minister zdrowia może wprowadzić np.:

  1. czasowe ograniczenie określonego sposobu przemieszczania się,
  2. czasowe ograniczenie lub zakaz obrotu i używania określonych przedmiotów lub produktów spożywczych,
  3. czasowe ograniczenie funkcjonowania określonych instytucji lub zakładów pracy,
  4. zakaz organizowania widowisk i innych zgromadzeń ludności,
  5. obowiązek wykonania określonych zabiegów sanitarnych, jeżeli wykonanie ich wiąże się z funkcjonowaniem określonych obiektów produkcyjnych, usługowych, handlowych lub innych obiektów,
  6. nakaz udostępnienia nieruchomości, lokali, terenów i dostarczenia środków transportu do działań przeciwepidemicznych przewidzianych planami przeciwepidemicznymi.


Gazeta znaleziona na strychu z 1960 roku.

Huzia na Rydzyka

„Nie powinno być miejsca w kościele Katolickim dla kogoś kto głosi antysemityzm”

Oto słowa rabina Marvina Hiera założyciela i szefa Centrum im. Szymona Wiesentahla w Los Angeles – donosi The New York Sun.

Zgodnie z tym co twierdzi nowojorska gazeta OjciecRydzyk wypowiedział się krytycznie na temat uznania przez Prezydenta Kaczyńskiego żądań pewnych kół żydowskich do wielomiliardowego odszkodowania za szkody wojenne, za uzasadnione. Dodał też że Żydzi są chciwi i łasi ma pieniądze. Jak twierdzi gazeta wypowiedż ta została nagrana na taśmę i ona właśnie wywołała taką masę protestów. David Peleg ambasador Izraela w Polsce zażądał oficjalnego skrtytykowania wystąpienia ojca Rydzyka. Organizacje i lobby żydowskie na całym Świecie domagają się tego samego. No cóż demokracja, wolność słowa, może Rydzyk, mogą i Starozakonni. 

Jest w tym tylko jedno, ale. Wszyscy jak jeden mąż przezywają Wielebnego Rydzyka antysemitą. Określenie to, oprócz tego, że jest niezwykle modne, sugeruje że ten kogo ono dotyczy jest zdeklarowanym rasistą. Semita to rasa, antysemita to rasista.

Żydzi są Semitami, ale nimi są też Arabowie, którzy de facto stanowią ponad 90% przedstawicieli rodu Sema zaludniających naszą planetę. O ile wiem Ojciec Rydzyk nigdy nie rzekł nic krytycznego o Arabach. Wszyscy ci, którzy tak nazywają Ojca muszą o tym doskonale wiedzieć, Rydzyka powinno się prawidłowo określić jako antysyjonistę, ale to brzmi znacznie gorzej niż antysemita. Syjonizm to coś z czym można się zgadzać lub nie, cała masa Żydów jest nastawiona antysyjonistycznie ze słynnym autorem „The Holocaust Industry” profesorem Normanem Finkelsteinem na czele.

Antysemityzm to jeden z grzechów głównych 21 wieku i ci którzy bez umiaru szafują tym określeniem robią to z rozmysłem. 

Dostało się nawet Papieżowi za to że przyjął Rydzyka na audiencji. Wywołało to zresztą natychmiastową ripostę Watykanu w oświadczeniu wygłoszonym przez Ojca Ciro Benedittiniego odpowiedzialnego za kontakty z prasą, w swym wystąpieniu stwierdził że wizyta Ojca Rydzyka w Watykanie była z jego strony zwykłą pielgrzymką a Ojciec Święty niejednokrotnie dawał wyraz swego i kościoła katolickiego negatywnego stosunku do antysemityzmu. 

Dziwne jest tylko dlaczego absolutnie wszyscy, nawet kompletnie niewinni jak Papież, w momencie gdy usłyszą słowo antysemityzm wypowiedziane w ich kierunku, chylą z pokorą głowy, gęsto się tłumaczą a nawet przepraszają.

O to zresztą Syjonistom chodzi. To dlatego używają niewłaściwej terminologii a że niewłaściwa tego nikt już nie zauważa. Już dr. Goebbels, minister Propagandy III-ciej Rzeszy nauczał; „Kłamstwo powtórzone 100 razy, zamienia się w umysłach słuchaczy w prawdę”. Czy miał racje? Życie udowadnia, że tak.

Dodatkową ciekawostką jest że tylko jedna część wypowiedzi Ojca Rydzyka została tak głośno i powszechnie skrytykowana, jego rzekomy antysemityzm. Nikt natomiast nie obruszył się na określenie „chciwi na pieniądze”. 

Tego nawet najzagorzalsi Syjoniści nie daliby rady zdementować.

Colas Bregnon

THE MOLOTOV-RIBBENTROP PACT

The day after the signing of the German-Soviet Nonaggression Pact of 23 August 1939 Soviet and German newspapers carried the news and text of the treaty to a stunned Europe. However, from the very beginning there was well-founded suspicion that the Pact contained more than met the eye. According to Richard Maasing, an officer in the Estonian general staff, the Estonian military had realized by 26 August that the Pact divided the Baltic States into German and Soviet spheres of interest and that Estonia had been assigned to the latter. 

It seems that the Latvian diplomatic service also learned of the contents of the Pact soon after the signing and that rumours about Germany turning over Latvia to Russia proliferated. Thus, while the exact contents of the secret protocol of 23 August and the subsequent secret arrangements of 28 September 1939 were unknown to the governments of the Baltic states, and knowledge of the texts was restricted to a small number of German and Soviet officials, the general outline of the agreements on „spheres of influence” was either known or strongly suspected very soon after they were concluded. 

Moreover, despite the provisions on strict secrecy, Stalin and Molotov leaked the fact of their secret agreement with the Germans on the spheres of influence during negotiations with Baltic leaders in Moscow as part of the Soviet strategy of pressuring the Baltic governments into accepting the mutual defence pacts with the USSR. This is confirmed by a number of different sources, including the Lithuanian Foreign Minister Juozas Urbšys and Gen. Stasys Raštikis, the Commander of the Lithuanian Armed Forces during the negotiations in Moscow in early October 1939. The Soviets informed the Germans of their indiscretion; the leaks to the Baltic ministers irritated the Germans who clumsily attempted to diminish the importance of the secret Pact provisions in their replies to the astonished and perturbed Baltic representatives. It is inconceivable that news of the German-Soviet horsetrading concerning the Baltic states did not subsequently come to the attention of the Western powers. 

The exact details of the secret territorial provisions of the German-Soviet Nonaggression Pact of 23 August 1939, the German-Soviet Boundaries and Friendship Treaty of 28 September, and the Secret Protocol of 10 January 1941 (concerning the so-called Suwalki Strip), were unknown until the appearance of copies of the secret protocols in the West after the Second World War. It came to the public’s attention for the first time as a defense document in the Nuremberg Trials in 1946 and has since been quoted in numerous publications. The description of the secret protocol of 23 August 1939 in the Estonian-language CP daily Rahva Haal of 10 August 1988 (published a week later in Sovetskaya Estoniya) suggested that the original is held by the Foreign Ministry Archive of the German Federal Republic in Bonn. For his part, Valentin Falin, then head of TASS, reiterated at a Moscow press conference that no original of the secret protocol has ever been found. 

In a strictly technical sense, Mr. Falin was right. According to American scholars who worked on the mammoth project of classifying and filming captured German records after the war, the originals of many of the most important documents of the Reich’s Foreign Office (Auswaertigen Amt) were, in fact, never found. In 1943, as the archives of the German Foreign Office were being evacuated from Berlin because of the Allied air attacks, Reich Foreign Minister Joachim von Ribbentrop ordered the filming of the most important papers. The work was carried out by Paul Otto Schmidt, the chief interpreter of the Reich Foreign Office. Karl von Loesch, Schmidt’s assistant, placed the films into boxes and buried them. Thus, these films survived the destruction of many important Foreign Office records carried out by the Nazis themselves at the close of the war. In late May 1945 Loesch met Lt. Col. R.C. Thomson, chief of the British documents team, and the so-called Loesch films became part of the Captured German Records project. The German-Russian treaties of 23 August 1939 and 28 September 1939, together with their secret protocols, were found in the films of Ribbentrop’s working files. (These are contained in part of the series F1-F19 in the German Foreign Office collections).

Over the years, some East Bloc officials and scholars have either ignored the secret protocols of the German-Soviet treaties, or have presented them as Western forgeries. There are a number of reasons and circumstances that virtually eliminate the possibility that the secret protocols are fakes. As mentioned above, the existence of the protocols was revealed to Baltic statesmen in the autumn of 1939. The Germans, when confronted by indications that territorial arrangements had been worked out between the Reich and the Soviet Union, did not actually deny the existence of such agreements at the time. The behavior of both the Soviet and German governments during 1939-1941 indicates a basic understanding of each other’s territorial prerogatives in Eastern Europe. 

Of course, circumstantial evidence of the existence of an agreement does not address the possibility that understandings different from those described in the secret protocols had been undertaken. However, in addition to forensic testing of an actual original or authentic carbon copy, there are other ways of ascertaining the authenticity of a historic document. As medieval and early modern specialists know, few important historical documents have survived in the original. Often we deal with copies of copies made at a later date; sometimes, documents are excerpted in commentaries, that is, secondary works, and other texts written many years after the fact. In other words, we often learn about texts from references to them in other texts. Naturally, the situation is much better for the nineteenth and twentieth centuries. Yet any overview of references to the Molotov-Ribbentrop Pact contained in captured German correspondence makes the theory of a forgery extremely unlikely if downright impossible. 

The number of references, partial quotes from, and allusions to the secret protocols in the available collections of diplomatic documents after the war is quite impressive. The various references can be grouped as follows: (a) the preliminary diplomatic exchanges in July and August 1939 concerning German and Soviet diplomats; (b) the correspondence between 23 August and the end of October 1939; (c) the exchanges of views concerning the territorial changes of summer 1940 ending with Molotov’s visit to Berlin in November 1940; (d) the final period before the German attack on the Soviet Union, November 1940-June 1941. The evidence for the authenticity of the secret protocols is overwhelming, even if we ignored the memoir literature of the participants themselves. 

The way in which the details of the various exchanges of correspondence concerning Poland, the Baltic States and Bessarabia, the territories explicitly named in the German-Soviet correspondence, dovetail with the provisions of the secret protocols, as well as with actual German and Soviet diplomacy, is striking. Any assumption that the secret protocols were a creation would lead to the conclusion that the hundreds of documents which refer to and quote the protocols would also have to be forgeries. That someone could succeed in such a task strains credibility. No forgerer will go out of his way to make a task unnecessarily complicated by increasing the number of factual variables, thus risking exposure. Certainly any creator of these numerous „supporting” documents would have to be aware of the probability that Soviet archives would contain records conflicting with the accounts of events contained in supposedly forged correspondence of the German Foreign Office. 

It is important to remember that there is an immense difference between (a) documenting a nonexistent event or communication for propaganda purposes, a well-known disinformation stratagem, and (b) structuring a forged document, which distorts an otherwise real event in the more distant past, involving real personalities interacting within a complex bureaucracy. The first type of fabrication is relatively simple and risk-free; it normally requires the creation of only a single document and is a „one-shot” operation. From the forgerer’s point of view, the fictitious event cannot be, and need not be, proven or disproven. It can always be affirmed as long as there are those willing to believe the lie. 

However, the second type of creation is enormously difficult and, in fact, quite risky for the forger. The danger of discovery is particularly acute if the event in question, such as the negotiation and conclusion of the German-Soviet Nonaggression Pact, is some distance in the past and well-documented by voluminous primary sources. Physical expertise in document creation is of limited help here. Total control over all sources of documentation of the broader historical event in question is the only way to assure success in fabrication. Everything must fit perfectly; every additional fiction necessary to construct the lie considerably increases the number of variables to be taken into account and compounds the risk of detection. The fabricated structure must correspond exactly to the past, both the known and the yet-to-be-discovered. It must fit precisely within the continuum of historical time. The enterprise requires a domination of the past and present as thorough as that envisioned in Orwell’s 1984. In real life, particularly in situations where documentation is abundant and scattered among different jurisdictions, this sort of total control over the sources is virtually impossible to achieve.

The fact is that none of the numerous supporting documents which confirm the existence of the secret protocols has been seriously questioned by competent scholars in the West. There seems little reason to doubt the authenticity of the texts of the secret protocols that partitioned Eastern Europe between Germany and the Soviet Union in 1939. However, even the hint of doubt could finally be laid to rest should the Soviet Union provide access to its archives on the 1939-1941 period for credible and independent scholars. There would be no lack of expert help in finding the important documents assuming they are still extant. As one of Lithuania’s leading and most popular poets, Justinas Marcinkevičius, told the 23 August 1988 demonstration in Vilnius on the anniversary of the Molotov-Ribbentrop pact: 

And so, these days Moscow’s scholars have once again announced in the press that they still cannot, are unable, to find these (secret) protocols in Soviet archives. This is a joke, nothing else. It is entirely clear that Moscow does not locate that which it does not want to find, that which is unnecessary to find. One can search, but one doesn’t need to find. I say, perhaps, Baltic historians and archivists could help them (in Moscow). This would truly constitute unselfish fraternal assistance for the sake of historical truth.

Note: Some frames of the microfilm copies of the German-Soviet pacts housed in the National Archives in Washington, D.C. are not in the best condition. The German and Russian-language facsimiles of the German-Soviet Nonaggression Pact of 23 August 1939 and the Secret Supplementary Protocol presented here were published in Jan Szembek, Diariusz i teki (London: Polish Research Centre, 1972), iv, 752-760. The other texts are from the National Archives, T-120, Records of the German Foreign Office. The English translations are from Raymond James Sontag and James Stuart Beddie, eds., Nazi-Soviet Relations: Documents from the German Foreign Office (Washington: Department of State, 1948). Another useful collection of documents translated into English is Bronis J. Kasias, ed., The USSR-German Aggression against Lithuania (New York: Robert Speller and Sons, 1973). 

Copied from the Internet, by Colas Bregnon

Po co nam Senat

Od czasu do czasu na Internecie słychać nieśmiałe poszeptywania, że co by było, gdyby senatu nie było. Primo; w aktualnej strukturze polski senat jest przeciwko legalnie wybranej władzy a secundo; kosztuje drogo a senatorzy pozwalają sobie na wyrzucanie państwowych groszaków bez uczucia wstydu. Na dodatek szefem jest osobnik o zaszarganej przeszłości, bo podobno leczył tylko wtedy jak mu coś ‘wpadło’ do kieszeni.

Jak powszechnie wiadomo ojczyzną systemu parlamentarnego jest Zjednoczone Królestwo. Otóż dawno, temu uznano tam, że monarcha musi podzielić się władzą z narodem a tenże naród będzie ją sprawował przez swych legalnie wybranych przedstawicieli. Nazwali to monarchią konstytucyjną a system demokracją parlamentarną.

Pierwszym problemem nowej władzy było określenie co to takiego naród, bo przecież odzwierciedleniem jego struktury miała być grupa wybranych do sprawowania rządów.

Stąd to, jak oficjalna historia mówi, powstał podział parlamentu brytyjskiego na Izbę Gmin i Izbę Lordów i był niczym innym jak odzwierciedleniem struktury społecznej, są jednak tacy, którzy twierdzą, że dwie izby parlamentu powstały ze względów znacznie bardziej prozaicznych. 

Z braku higieny osobistej. 

Wiadomo, że nasi pradziadkowie w wiekach średnich i potem też zdecydowanie stronili od wody i mydła, i po prostu śmierdzieli tak bardzo, że przebywanie większej ich grupy w jednym zamkniętym pomieszczeniu było, nawet dla ich niewybrednych przecież organów powonienia, nie do wytrzymania. 

Dodatkowym problemem był fakt, że członkowie arystokracji i plebsu wydzielali odmienne zapachy.

Arystokraci, „sfrancuziali” jak ich określano, naturalne wonie przytłumiali perfumami, proletariusze natomiast, zwolennicy purytanizmu i prostoty obyczajów, unikali pachnideł uważając je za objaw zniewieścienia.

Często natomiast dla przywrócenia świadomości, której utrata była dość powszechnym, skutkiem braku wystarczającej ilości tlenu, zjawiskiem, stosowali roztwory amoniaku i octu. Zapewne wszyscy Polacy nie raz widzieli w mediach jak wygląda sala, w której obraduje brytyjski parlament, jest niewielka, posłowie siedzą stłoczeni tak bardzo, że nie ma mowy, jak w naszej sali sejmowej, o ucięciu sobie drzemki czy konsumowaniu czegoś tam, gdy nuda obrad ma negatywny wpływ na apetyt. W związku z tym, decyzje zapadają znacznie szybciej a raz wybrani posłowie nie walczą wszystkimi dostępnymi środkami o pozostanie na poselskim, dość niewygodnym stołku, przez następną kadencję.

Wracając do reszty Świata, z Polską włącznie, system dwuizbowy przyjął się niemal wszędzie, z wyjątkiem krajów relatywnie sprawnie rządzonych, jak np. Imperium Otomańskie, gdzie parlament zwany Dywanem był jednoizbowy. Tak było również z rosyjską Dumą. Ciekawostką historyczną być powinno, że jakikolwiek kraj, który w pewnym okresie historycznym osiągnął niespotykaną wielkość czy potęgę militarną, zawsze był rządzony systemem totalitarnym i przez pojedynczego satrapę. Historia zna takich przypadków wiele, od Aleksandra Macedońskiego począwszy, na Napoleonie, Churchillu, czy nawet Hitlerze i Stalinie skończywszy. A niewykluczone, że i w III RP mamy osobnika, który zaczyna zbyt mocno ‘wiercić się na politycznym stolcu’ starając się wpływać na takie dziedziny życia, na które, jako zwykły, prosty parlamentarzysta, nie powinien mieć wpływu.

Gwoli sprawiedliwości zaznaczyć tu należy, że po zakończeniu Drugiej Wojny ówczesne władze PRL zorganizowały referendum pod nazwą „3 X Tak” i podobno Naród Polski w jednym „Tak” zlikwidował dwuizbowy parlament. Oczywiście gdy nastała „prawdziwa demokracja” powrócono do starego modelu, tym razem bez pytania Narodu o zdanie.

Wielkim problemem był fakt, że gdy zawalił się system „demokracji ludowej” nikt tak naprawdę nie wiedział czym go zastąpić. Pierwszym prezydentem nowopowstałej RP został komunistyczny generał a drugim elektryk z podstawowym wykształceniem zawodowym, który na rządzeniu krajem znał się jak przysłowiowa ‘świnia na gwiazdach’. Jeden i drugi musieli bazować na grupie doradców; i tak pierwszemu doradzali byli dygnitarze systemu komunistycznego, drugiemu członkowie KORu, którzy z robotnikami mieli tyle wspólnego, że słowo robotnik figurowało w nazwie ich organizacji. 

Dodam jeszcze że w czasie negocjacji z Solidarnością i KOR-em w Gdańsku, tow. Fiszbach, skądinąd trzeźwo myślący członek KC PZPR zauważył „przecież to prawie sami Żydzi….” i nikt wtedy na to nie zwrócił większej uwagi, a potem już skłoniono tow. Fiszbacha aby więcej na żadnych łamach się nie wypowiadał. 

Jedni i drudzy doradcy bardzo starannie zadbali o swe własne interesy i zdecydowanie odrzucili koronną zasadę poprzedniego systemu, uznawaną dotychczas za dogmat – „sprawiedliwy podział środków produkcji”, co doprowadziło do praktycznego rozgrabienia majątku narodowego, który nasi Rodzice i my sami w pocie czoła odbudowywaliśmy po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej. Ktoś kiedyś skonstatował, że nowy system zrodził się ze starego tylko dlatego tak bezboleśnie, bo ci którzy dosyć obłowili się przez pierwsze 40 lat PRL-u chcieli mieć swobodę cieszenia się nagromadzonym dobrem. I tak się stało, a polska klasa robotnicza znów obudziła się „z ręką w nocniku”. 

Ostatnio nieco sprawniej myślący przedstawiciele polskiego społeczeństwa skonstatowali, że już wszystko co można było „oddać” wylądowało w rękach prywatnych lub zagranicznych a co gorsza nie wszyscy u władzy się załapali na prowizje.

Na domiar złego aktualna władza uznała, że za dużo demokracji to gorsze od komunizmu i postanowiła dokonać zmian, które na ogół nie cieszą się poparciem większości społeczeństwa a wywołują oskarżenia ze strony tych, którzy nauczyli się głośno krzyczeć, bo zrozumieli, że to co się dzieje może być zamachem na ich „demokratyczne swobody obywatelskie” a co gorsza na ich, dość świeży jeszcze, stan posiadania. 

Aktualnie mamy koronawirusa a on może pomóc w ugruntowaniu trwałości rządów tej samej grupy politycznej, co nie zmienia faktu że pytanie postawione w tytule tego postu jest dalej nie pozbawione sensu; „Potrzebny nam Senat, czy nie?” Jedno jest pewne, bez niego byłoby rządzić znacznie taniej. Ot co!

 

Czy to możliwe?

There are more things in Heaven and Earth, than are dreamt of in your philosophy.  [Shakespeare] 

„Są dziwy w niebie i na Ziemi, o których ani się śniło waszym filozofom”.

Co to, to prawda.

To co publikuję jest tak nieprawdopodobne, że trudno uwierzyć, ale… za tym przemawiają pewne fakty jak aresztowanie „Króla Hollywood” Harvey’a Welnsteina i afera związana z więcej jak wątpliwym samobójstwem Jefrrey’a Epsteina, o którym mogliście przeczytać w mym poprzednim poście. Oto co udało mi się skopiować i powyższym nagłówkiem opatrzyć z portalu: http://zmianynaziemi.pl

Benjamin Fulford – znany specjalista od wszelkich spisków i ukrytych działań elit – na swoim blogu informuje o rzekomym raporcie, który przyszedł z CIA. Mają się w nim znajdować sensacyjne informacje związane między innymi z obecną pandemią.

Mówi on między innymi o tym, że premierowi Kanady Justinowi Trudeau został doręczony akt oskarżenia przez USA za przestępstwa korporacyjne i finansowe. Właściciele mediów zostali poinstruowani, aby mówić społeczeństwu o tym, że Trudeau i jego żona zarazili się koronawirusem i przez jakiś czas nie będą opuszczali swoich domów.

Tom Hanks miał zostać aresztowany za pedofilię i jest obecnie przetrzymywany w pokoju hotelowym w Australii ponieważ nie chce wracać do USA. Kolejnymi aresztowanymi celebrytami mają być Celine Dion, Madonna, Charles Barkley i Kevin Spacey. Wszyscy będą zgłaszać infekcję koronawirusa.

Włoskie lotniska zostały całkowicie zamknięte, ponieważ ponad 80 urzędnikom Watykanu doręczono akty oskarżenia dotyczące przestępstw finansowych, pedofilii, handlu dziećmi i wykorzystywania seksualnego. Zjednoczone Emiraty Arabskie zakończyły masowe aresztowania własnej rodziny królewskiej i jej asystentów. Król Hollywood” Harvey Weinstein zgodził się na umowę w zamian za zeznania przeciwko setkom hollywoodzkich celebrytów za ich udział w handlu narkotykami, pedofilii i handlu dziećmi. Zamiast 55 lat więzienia otrzymał wyrok tylko 23 lata więzienia. W zamian, dostarczył zeznań przeciwko niektórym z największych i najbardziej wpływowych nazwisk. Na liście osób, które „wsypał” mają być: książę Andrzej z Wielkiej Brytanii, były prezydent Bill Clinton, były wiceprezydent Joe Biden, Tom Hanks, Oprah Winfrey, Ellen Degeneres, Quentin Tarantino, Charlie Sheen, Kevin Spacey, John Travolta, Steven Spielberg, John Podesta i inni związani z aferą „Pizzagate”. Jeffrey Epstein podobno również poszedł na ugodę w zamian za swoje zeznania i upozorował własne samobójstwo w więzieniu.

Raport ma również zawierać informacje o tym, że opracowany w laboratorium SARS-CoV-2, jest przykrywką dla obowiązkowego programu szczepień. Teraz jest to największa tajna operacja amerykańskiego wywiadu, jaką świat kiedykolwiek widział. W międzyczasie ma dojść do aresztowania 158 000 najbardziej nikczemnych i skorumpowanych polityków, celebrytów i dyrektorów generalnych, w tym takich ludzi, jak George Soros.

Fulford od dawna informuje o różnych zakulisowych rozgrywkach na najwyższych szczeblach władzy. Trudno nawet zweryfikować jego opinie i źródła, bo po prostu media głównego nurtu w ogóle tych tematów nie poruszają. Trzeba też dodać, że Fulford jako dziennikarz miał okazję przeprowadzić wywiad z samym Davidem Rockefellerem seniorem. Wywiadów z takimi ludźmi nie przeprowadza się ot tak. Jakkolwiek więc dziwacznie to wszystko brzmi, może jednak jest w tym choć trochę prawdy? 

Tfu, na psa urok! Już raz niebiosa pokarały Ziemię ogniem, który strawił jaskinie grzechu Sodomę i Gomorę. Czy teraz na nas kolej? Sami pomyślcie a ja jadę poszukać czy jeszcze gdzieś dam radę kupić papier toaletowy i spirytus do odkażania. Do usłyszenia, oby nie na tamtej stronie. Cheers.

Jesteśmy skazani na bezsilnoś

Przesadne i niesprawiedliwe oskarżenia Polaków o antysemityzm w końcu przyniosły skutek. Padły słowa, na które czekano miesiącami: „Żydzi nas atakują, brońmy się” – pisze Rafał A. Ziemkiewicz

Czytając głosy europejskiej prasy o „Katyniu”, trudno nie zwrócić uwagi, jak uporczywie powtarza się w nich myśl: to dobrze, że Andrzej Wajda, pokazując mord dokonany przez NKWD, nie oskarża Rosjan. Obowiązkowa okazuje się w światowej recepcji pochwała (nie twierdzę, że słuszna, ale powszechna) reżysera za to, że ustrzegł się narodowego zacietrzewienia, że oskarża szeroko rozumiane, uniwersalne zło, a nie naród.

Zbrodnia katyńska, jak wiadomo, dokonana została i przez wiele dziesięcioleci była ukrywana przez organa państwowe byłego Związku Sowieckiego, którego współczesna Rosja jest prawną kontynuacją. Dokonano jej na bezpośredni rozkaz dyktatora otaczanego obecnie w Rosji kultem, zarówno oficjalnym, jak i w znacznym stopniu spontanicznym.

Mimo to niemal wszystkim wypowiadającym się autorytetom, tak zagranicznym, jak i,

w ślad za nimi, krajowym, wydaje się oczywiste, że gdyby Wajda przypisywał odpowiedzialność za tę zbrodnię komukolwiek poza wąskim kręgiem jej bezpośrednich wykonawców, byłoby to coś w najwyższym stopniu niesmacznego i nagannego.

Pamflet przyjęty spokojnie

Zupełnie inaczej sprawa się ma, gdy publicysta Jan Tomasz Gross popełnia książkę, co do której nawet jej najbardziej zagorzali zwolennicy przyznają, że nie odkrywa żadnych nieznanych dotąd faktów (czyli nie ma żadnego znaczenia jako praca historyczna), a jedyna jej „wartość” polega na pasji, z jaką ów pamflet, czy też wręcz paszkwil, stawia kwestię nierozliczonej odpowiedzialności Polaków jako narodu właśnie, polskiej tradycji, polskiej religijności etc. za dokonywane w czasach powojennego zdziczenia i chaosu akty przemocy o charakterze bandyckim. Po raz kolejny okazuje się więc, że „polityczna poprawność” zna zupełnie różne moralne miary, i trzeba bardzo pilnie śledzić zarządzenia medialnych „autorytetów”, by wiedzieć, którą do danej sprawy wypada stosować.

Agresywna, niedopuszczająca jakiejkolwiek dyskusji postawa, jaką zaprezentował Gross w licznych wystąpieniach, w połączeniu z jego oczywistą nierzetelnością i skłonnością do naciągania argumentów pod założoną tezę sprawiły, że mimo ogromnych starań nie udało się powtórzenie sukcesu propagandowej operacji związanej z poprzednią książką Grossa pt. „Sąsiedzi”.

Tym razem pamflet przyjęty został spokojnie, ze świadomością jego rzeczywistej wartości – większość Polaków za swój uznała raczej pogląd kard. Stanisława Dziwisza niż autorów „Gazety Wyborczej” i szybko o sprawie zapomniała. Od dawna już (od z górą miesiąca) tylko ta ostatnia poświęca regularnie po kilka kolumn „dyskusji” nad książką – dyskusji, która zamiast cokolwiek przewartościowywać, dokumentuje tylko kompletne intelektualne wyjałowienie wpływowego niegdyś środowiska; doprawdy aż trudno uwierzyć, ile jeszcze razy można z zadęciem powtórzyć tych kilka pseudoszlachetnych i wątpliwej wartości frazesów, które obracane są przy podobnych okazjach od czasów eseju Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto” opublikowanego w roku 1987.

Blisko pogromu

W końcu jednak – trudno się dziwić – jawnie przesadne i niesprawiedliwe oskarżenia, historyczne manipulacje i obelgi nie mogą nie przynieść skutku. Ogromny wiec Radia Maryja, przeniesiony w ostatniej chwili do krakowskiej świątyni, nadał nowy impuls zamierającej z wolna kampanii. Wreszcie padły słowa, na które czekano miesiącami: „Żydzi nas atakują, brońmy się”. To nic, że słowa te „Wyborcza” musiała zgrabnie wyjąć z kontekstu, a całe spotkanie opisać w typowy dla siebie, zmanipulowany sposób – grunt, że wreszcie się udało.

News o masowych antysemickich wystąpieniach w Polsce obiegł świat – w jakiej postaci, przykładem służy korespondencja Avili Lori z izraelskiego „Haareca”. Już sam skandaliczny tytuł „To jeszcze nie pogrom, ale było blisko” – ustawia sprawę w sposób obowiązkowy w zachodnich mediach; a dalej mamy oczywiście antysemicki tłum, niefortunne pół zdania Bogusława Wolniewicza jako potwierdzenie wszelkich oskarżeń, oraz Adama Michnika i Władysława Bartoszewskiego jako odosobnione przykłady szlachetnych Polaków przeciwstawiających się narastającemu antysemickiemu szaleństwu. Nawet się nie dziwię działaczom Żydowskiej Ligi Przeciwko Zniesławieniu, że znając sprawę z tego rodzaju relacji, zareagowali natychmiastowym alarmowaniem światowych mediów.

Święta wojna fanatyzmów

Teraz działa już logika, którą znamy od lat. Radio Maryja zapowiada kolejne wiece Nowaka, „Wyborcza” organizuje propagandowy nacisk na Kościół, aby wiece te uniemożliwiał – co oczywiście skutkuje w taki sposób, że przeniesione do ciasnych salek odbywają się one w jeszcze wścieklejszej atmosferze, dostarczając reporterom „Wyborczej” odpowiedniego materiału do kolejnych podgrzewających atmosferę publikacji zaspokajających światowy popyt na kolejne enuncjacje o „odwiecznym polskim antysemityzmie”.

Niestety, jesteśmy wobec tego wszystkiego bezsilni. Radio Maryja i „Gazeta Wyborcza” są sobie nawzajem niezbędne do mobilizowania swych zwolenników i jest oczywiste, że nie odpuszczą okazji do każdego zaostrzenia sporu; polski zdrowy rozsądek długo jeszcze będzie musiał cierpieć otoczenie przez ich rozhisteryzowane zastępy. Można by na tę swoistą wojnę szalikowców wzruszyć ramionami, gdyby nie fakt, że ta wojna nie odbywa się na krajowej arenie, albowiem bronią używaną w niej rutynowo stało się wzywanie w sukurs przeciwko rzekomemu polskiemu antysemityzmowi zachodniej opinii publicznej.

Możemy tylko zgrzytać bezsilnie zębami, widząc, jak zamiar pobudzenia kolejnej fali antypolonizmu na Zachodzie przynosi powodzenie, i czekając kolejnych podłości o „polskich obozach koncentracyjnych”. Tam, gdzie fanatyzmy toczą swą świętą wojnę,

tam, niestety, nic innego już się nie liczy.

Napisał: Rafał A. Ziemkiewicz

Źródło : Rzeczpospolita

52 Rocznica Marcowej Wiosny 1968

52 Rocznica Marcowej Wiosny 1968

To była przemilczana historia. Młodzi z lat 60-tych wiedzą o Marcu 68 tyle co sami przeżyli. Młodzi w Marcu 08 nie wiedzą nic. Milczenie jest rzeczą złą, przemilczanie, nawet gorszą, daje bowiem pożywkę elementom zainteresowanym, aby przekazać swą własną wersję wydarzeń licząc że padnie ona na jałowy grunt a to co wzrośnie nawet jak kłamstwem będąc w prawdę się zamieni i jako taka zapamiętaną zostanie. Dlatego wiedząc, że skrywanie prawdy grzechem ciężkim jest pokazujemy inna wersję Marca 68 przez naocznego uczestnika tych wydarzeń spisaną.

Od 52 lat z różnym nasileniem pojawia się podnoszony przez Żydów temat marzec 1968 i sprowadzany jest do ekscesów antysemityzmu, jaki rzekomo miał miejsce w tym czasie w Polsce, do protestów intelektualistów i studntów dotyczących zdjęcia Dziadów A, Mickiewicza?

W każdą rocznicę tamtych wydarzeń uruchomiana jest fala przeinaczeń i fałszów.

Z uporem i premedytacją siły nieżyczliwe Polsce i Polakom utrwalają w świadomości i opinii publicznej w kraju i na świecie pogląd, jakoby wydarzenia mające miejsce w kraju w marcu 1968 były wyłącznie, a przynajmniej głównie, przejawem tkwiącego w Polakach antysemityzmu, zaś występujące także w tym czasie konflikty między społeczeństwem, a zwłaszcza młodzieżą akademicką, inteligencją, intelektualistami, a władzą stanowić miały tylko tło i margines nie mający istotnego znaczenia. Usiłuje się nadal podtrzymywać wersję wydarzeń i utrwalić pogląd o rzekomym antysemityzmie Polaków wynikającym, wręcz z ich natury narodowej.

Do podtrzymania takiego fałszywego mitu przyczyniła się w niemałym stopniu nieudolna i nieskuteczna urzędowa filosemicka propaganda, która miast zwalczać i obalać owe fałszywe poglądy, przedstawiać prawdziwą wersję wydarzeń, przyjęła metodę przemilczania niesłusznych inkryminacji, torując w ten sposób drogę kłamstwom i oszczerstwom.

Podobną metodę stosuje się nadal wychodząc z błędnego założenia, że jeśli o jakichś sprawach się nie mówi, to one nie istnieją. W rezultacie takiej postawy w świadomości wielu młodych Polaków utrwala się rzeczywiście przekonanie, że w marcu 1968 roku, i w miesiącach następnych, doszło w kraju do fali antysemityzmu wywołanej przez rodzimych szowinistów, czego skutkiem miałyby być szykany, represje, zwalniania z pracy i wypędzanie z Polski wielu wartościowych obywateli pochodzenia żydowskiego. Takie przedstawianie wydarzeń marcowych jest ordynarnym kłamstwem, prymitywnym, bezczelnym przeinaczaniem faktów i dlatego trzeba się temu stanowczo i skutecznie sprzeciwiać. Przede wszystkim nie należy rozpatrywać wydarzeń marcowych w oderwaniu od istniejących wówczas warunków w Polsce i na świecie. Był to rok buntów społecznych, szczególnie młodzieży i inteligencji na całym świecie, a nie tylko w Polsce. Był to już dwunasty rok rządów Władysława Gomułki i ich schyłek. Wyraźnie odczuwalne stawały się tendencje nawrotu do stalinowskich praktyk rządzenia, do dyktatury. Tępiono wszelką nieprawomyślność, wszędzie węszono rewizjonizm, antykomunizm, kontrrewolucję, działania agentów imperializmu. Toteż każdy, kto sprzeciwiał się rządzącej ekipie, kto krytykował system rządzenia, nawoływał do przeprowadzenia zmian, reform, demokratyzacji życia, rozszerzenia swobód obywatelskich, wolności, był prześladowany, szykanowany, niszczony. Każdy… a nie tylko obywatele polscy pochodzenia żydowskiego. Przykład Władysława Bieńkowskiego, jednego z współzałożycieli PPR, którego partia szykanowała za jego nawoływanie do reform socjalizmu. Toteż elementarne poczucie uczciwości nakazuje ujawniać prawdę o tamtych wydarzeniach i ich tło polityczno-społeczne. Trzeba, więc dowodzić, na podstawie niezaprzeczalnych faktów, prawdy, że wydarzenia marcowe w Polsce były wynikiem wielu przyczyn, a także były echem wydarzeń światowych, a nie specyficznie polskie.

Rok 1968 można bez przesady nazwać rokiem wiosny buntów młodzieży na świecie, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, choć ich przyczyny były różne. O co innego chodziło młodzieży protestującej w RFN, Francji, Hiszpanii, we Włoszech, w USA, a czego innego domagała się młodzież polska, czechosłowacka i innych krajów socjalistycznych. Wspólne było jednak niezadowolenie z istniejącego porządku świata i braku dalszych jasnych perspektyw. Młodzież Zachodu odrzucała model konsumpcyjny, zaś młodzież Wschodu domagała się większych swobód, wolności, praw obywatelskich. Dlatego na Zachodzie młodzież sympatyzowała z ruchami lewicowymi, a nawet lewackimi, maoistowskimi. W lutym tegoż roku młodzież Europy Zachodniej wypowiadała się po stronie Demokratycznej Republiki Wietnamu, a przeciw Stanom Zjednoczonym toczącym wojnę z DRW. W czasie tych manifestacji wyrażano często sympatie, poparcie, akceptacje działalności Czerwonych Brygad i grup terrorystycznych typu Baader Meinhoff. W marcu studenci włoscy domagali się większego wpływu na zarządzanie uniwersytetami. Bunty te przybrały szerokie rozmiary. 3 marca doszło do bardzo ostrych starć w Rzymie między studentami a policją. W kwietniu w USA zamordowany został Martin Luter King, co spowodowało zamieszki w większych miastach USA, zwłaszcza w dzielnicach murzyńskich. Bardzo silne było wrzenie wśród studentów w RFN. Szczególnie ostre starcia miały miejsce 12 kwietnia w Berlinie Zachodnim. W maju nasiliło się niezadowolenie młodzieży akademickiej we Francji. Powodem manifestacji w Paryżu była decyzja rządu o likwidacji Wydziału Humanistycznego Sorbony liczącego 12 tys. studentów. Szczególnie ostre walki z policją miały miejsce w dzielnicy Łacińskiej Paryża. Zaburzenia we Francji stały się powodem manifestacji i protestów solidarnościowych studentów Berlina Zachodniego i Frankfurtu n.M. Buntowali się także robotnicy. 18 kwietnia zbuntowali się robotnicy zakładów Renault i ogłosili strajk okupacyjny. Niezadowolenie z rządu, postępowania władz wobec studentów powodowało nowe strajki i manifestacje. Już 21 maja strajkowało we Francji 8 milionów pracowników, 28 maja liczba strajkujących osiągnęła 10 milionów, natomiast w początkach czerwca przekroczyła 15 milionów.

Owe wrzenia społeczne młodzieży, manifestacje studenckie miały miejsce w wielu krajach europejskich. 22 maja manifestowali studenci w Madrycie, w Rzymie, Turynie, Belgradzie, Brukseli, Sztokholmie i przeniosły się na kontynent amerykański.

We Francji napięcie doszło do takiego stanu, że 16 czerwca rząd Francji prezydenta de Gaulla zapowiedział wprowadzenie stanu wojennego. Zapowiedź ta wcale nie uspokoiła nastrojów i już 16 czerwca wybuchła nowa fala demonstracji studenckich w Paryżu. Rząd dał rozkaz policji wkroczenia na teren Sorbony i usunięcia studentów okupujących uczelnię siłą. Władze rozwiązały też wiele organizacji studenckich. W wyniku ostrych walk między policją i demonstrującą młodzieżą, tylko w Paryżu było rannych 1910 policjantów i 1459 demonstrantów.

Z 20 na 21 sierpnia o godz. 23,40 nastąpiła inwazja wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w celu przerwania podjętych wiosną reform przez ekipę Aleksandra Dubczeka. W akcji tej udział wzięło także wojsko polskie. Wydarzenia te wywołały falę protestu w całym demokratycznym świecie oraz silny opór w Czechosłowacji. Do najostrzejszych protestów doszło 28 i 29 października w Pradze, gdzie manifestowało ponad 40 tys. studentów, pracowników naukowych, inteligencji, młodzieży. Podobne manifestacje powtórzyły się 7 listopada i później. Spektakularnym gestem protestu i rozpaczy było samospalenie się studenta Jana Palacha w centrum Pragi na Waclawskich Namestiach. Przytoczone fakty stanowią tło, na którym należy rozpatrywać wydarzenia marcowe w Polsce. Dowodzą także niezadowolenie z istniejącego porządku w Polsce i na świecie. Wyrażali je nie tylko polscy studenci, intelektualiści, inteligencja, ale również młodzież na Zachodzie, robotnicy we Francji, Murzyni w USA, przeciwnicy wojny w Wietnamie, agresji na Czechosłowację.

Podłoże protestów w Polsce

Studenci, intelektualiści, inteligencja i wiele innych grup społecznych w Polsce miało dość istotnych powodów do niezadowolenia z rządów Władysława Gomułki, który pod koniec swojego władania dążył tylko do utrwalenie istniejącego stanu rzeczy i sprzeciwiał się wprowadzeniu jakichkolwiek zmian, reform, postępu. Zbliżająca się fala wyżu demograficznego wymagała nowych miejsc w szkołach średnich, wyższych, nowych stanowisk pracy, mieszkań, żłobków, przedszkoli…Tymczasem w przemówieniach Gomułki obywatele, a zwłaszcza młodzież, słyszała ciągle w formie wyrzutu, jaki to ona sprawia kłopot władzy, która musi zabiegać o budowę nowych szkół, przedszkoli, tworzyć nowe stanowiska pracy, zapewniać mieszkania, opiekę zdrowotną… i w ogóle rząd musi dopłacać do obywateli. Młodzieży uczącej się, przy każdej okazji wypominano, jakich to doznaje dobrodziejstw mogąc uczyć się w bezpłatnych szkołach, natomiast obywatelom pracującym, że dzięki władzy ludowej, nie grozi im bezrobocie. Ponieważ te argumenty o rzekomych dobrodziejstwach władzy nie trafiały do przekonania światłej części społeczeństwa, zwłaszcza inteligencji, studentów, młodzieży, wzrastało napięcie, które wyzwoliło tłumione przez lata protesty niezadowolenia. Niezadowolona z istniejącej sytuacji w kraju była, nie tylko młodzież i inteligencja, ale także aktyw partyjny wszystkich szczebli. Zwłaszcza kadra partyjna w średnim wieku oraz młodsza kadra aparatczyków PZPR. SD, ZSL, PAX, organizacji młodzieżowych, społecznych, niecierpliwie oczekująca awansów. Utrwalony przez 12 lat partyjno-rządowy establishment był przeciwny jakimkolwiek znaczącym zmianom obawiając się utraty swych stanowisk, wpływów i uprzywilejowanych pozycji. Podobnie jak na Kremlu, tak i w Polsce nastąpiła petryfikacja systemu i kadr. Toteż młodzi, ambitni działacze partyjni, (Jacek Kuroń, Adam Michnik, Henryk Szlajfer, Mosze Dojczgewand, Antoni Zambrowski, Seweryn Blumsztajn, Karol Modzelewski i im podobni), mniej zdolna młodsza kadra dydaktyczna na uczelniach, pracownicy aparatu partyjnego, administracji państwowej byli zainteresowani wybuchem fali niezadowolenia, w których to warunkach mogliby się wykazać pewną sprawnością, operatywnością, przydatnością, zaś wielu z dotychczasowych członków władzy nieudolnością i nieprzydatnością. Wybuch niezadowolenia społecznego był im potrzebny do odbicia się w górę. Gdyby go nie wywołali studenci, to uczyniłyby to inne siły, mniej więcej w tym samym czasie. Innymi słowy wydarzenia marcowe były autentycznym wyrazem niezadowolenia pewnej, bardziej światłej części społeczeństwa zamanifestowane postawami studentów i intelektualistów, ale sprowokowane, manipulowane i wykorzystane przez graczy politycznych przepychających się do władzy. Było kilka grup pragnących wykorzystać niezadowolenie społeczne dla swoich osobistych lub grupowych celów.

W rezultacie grupy Maczara i Gierka dopchały się do władzy, natomiast grupa tzw. „Komandosów „( późniejszych KOR-owców) Kuronia, Michnika, Modzelewskiego, Lipskiego, by osiągnąć swój cel, musiała poczekać do sierpnia 1980 roku, a zwieńczyła swój pełny sukces dopiero w 1989 roku w Magalence i przy “okrągłym stole”.

Powstaje słuszne pytanie; skoro wydarzenia marcowe dotyczyły walki o władzę między poszczególnymi frakcjami politycznymi i pretendentami do władzy ( grupa Michnika, Kuronia i Modzelewskiego , uważała się za ortodoksyjnych komunistów o ludzkim obliczu i opowiadała się za tzw. Eurokomunizmem), to dlaczego łączy się te działania z jakimiś postawami antysemickimi? Otóż w tej walce o władzę dużą rolę odgrywali obywatele polscy narodowości żydowskiej i każdy atak na ich stanowiska był przez nich i wrogą Polakom propagandę, traktowany jako przejaw polskiego antysemityzmu. Krytykowanie np. stalinowca, byłego sekretarza i wieloletniego członka Biura Politycznego KC PZPR Romana Zambrowskiego, albo młodszej generacji: Michnika, Modzelewskiego. Geremka, Baumana , Dojczgewanda, Szlajfera , Grudzińską, Toruńczyk, Lasotę, braci Smolarów i im podobnych, traktowane było jako przejaw antysemityzmu.

Gdy wyrzucano Polaków z pracy za tzw. postawy rewizjonistyczne ( sam tego doświadczyłem w marcu; usunięty zostałem, na wniosek SB z Kuratorium Wrocławskiego Okręgu Szkolnego pod zarzutem wyznawania poglądów rewizjonistycznych.), to nikt w ich obronie nie występował, gdy jednak to samo spotkało obywateli pochodzenia żydowskiego, to nazywano to antysemityzmem i odzywały się protesty międzynarodowe w ich obronie. Z tym że Polakom stanowczo odmawiano wydania paszportu na wyjazd na Zachód , uzasadniając odmowę, że wyjazd z kraju jest wyróżnieniem i przywilejem tylko dla Żydów.

Czy jednak w czasie tych zamieszek nie ucierpieli także ludzie niewinni, w tym obywatele pochodzenia żydowskiego?

Owszem, zdarzały się także i takie przypadki, ale były one rzadkie i w odniesieniu do osób pochodzenia żydowskiego szybko naprawiane. Nie musieli, więc opuszczać Polski, ale cierpliwie czekać na naprawienie krzywd (np. polscy przedsierpniowi opozycjoniści czekają na naprawienie im krzywd już ponad 40 lat). Część Żydów np. Jerzy Urban, Daniel Passent, Artur Sandaer, Adam Schaff, Bronisław Geremek, Adam Michnik, Antoni Zambrowski, Jan Lityński, Jerzy Osiatyńsk, Karol Modzelewski i wielu innych, nie opuściło Polski i szybko wróciło do łask. Czy zatem wolno mówić, że w Polsce był lub jest antysemityzm . Otóż w Polsce nigdy nie było antysemityzmu i nie ma go także obecnie, a wszelkie przypisywanie Polakom masowych postaw antyżydowskich jest oszczerstwem. Natomiast są słuszne pretensje do tych obywateli, także pochodzenia żydowskiego, którzy działali i działają na szkodę Polski i Polaków.

Antypolskie manipulacje statystyką

Z roku na rok, jak słabnie pamięć społeczeństwa usiłuje się wyolbrzymiać liczbę osób, które opuściły PRL w 1968 roku. Zwłaszcza próbuje się wmówić opinii zachodniej, że w wyniku rzekomych działań antysemickich w marcu 1968 r. w Polsce wypędzono dziesiątki tysięcy, a nawet setki tysięcy najlepszych patriotów , najbardziej wykształconych obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. Jest to prymitywne i ordynarne kłamstwo. Wystarczy przyjrzeć się statystyce by stwierdzić rozmiary tego kłamstwa . Otóż z PRL wyemigrowało na stałe, głównie żydów i osób pochodzenia niemieckiego w 1965 r. – 32,1 tys., w 1966 – 28,7 tys., w 1967 – 21,8 tys., w 1968 – 19,4 tys., w 1969, (a więc w roku rzekomych prześladowań) – 22,1 tys., i w 1970 r. już tylko – 14,1 tys.. Celowo przytoczyłem dane z kilku lat by łatwiej dostrzec przesadę, kłamstwo i manipulowanie liczbami przez Żydów . Przyjrzyjmy się liczbom – w latach 1965 i 1966 wyemigrowało z kraju 61 tys. wszystkich obywateli ( Polaków, Żydów, Niemców i innych narodowości ), natomiast w latach rzekomego gwałtu antysemickiego w Polsce tj. w latach 1967 i 1968 tylko 41 tys.. Jeszcze inaczej rzecz przedstawiając, w latach 1967,1968 i 1969 wyemigrowało z Polski 63,3 tys., głównie Polaków, Niemców i Żydów, czyli o 2 tys. więcej niż w dwóch latach poprzednich , tj., 1965 i 1966, ale średnio mniej: w latach 1965-1966 – średnio rocznie emigrowało 30,5 tys., a w latach 1967, 1968 i 1969 – średnio 21,1 tys., gdzie zatem jest ów rzekomy exodus Żydów z Polski spowodowany antysemityzmem Polaków w 1967 i 1968 r. ? Oczywiście nie należy sugerować się liczbami gdy chodzi o ludzi. Nawet utrata jednego obywatele może być znaczącym, niekorzystnym ubytkiem ale nie dajmy się szantażować liczbami. Skoro użyto już szantażu liczbowego, to spójrzmy na inne liczby, świadczące rzeczywiście o wielkim exodusie Żydów z Polski w 1956 r., choć nikt ich wtedy nie wypędzał, nie zmuszał, nie namawiał do wyjazdu. Przeciwnie. Właśnie wtedy zaczął się powrót do kraju patriotów polskich z Zachodu i ze Wschodu, którzy do 1956 roku nie mieli prawa i możliwości powrotu. W roku 1955 emigrowało z kraju tylko 2300 (sic. dwa tysiące trzysta) obywateli, ale już w 1956 – 33 tys., w 1957 – 148 tys., a w 1958 132.800, i znów w 1959 tylko 29 tys. A więc bez gwałtów, nacisków, zachęt w latach 1957-1958 dobrowolnie emigrowało z Polski, głównie na Zachód, do USA i Izraela 280 tys. Nie trzeba chyba dodawać, że nie wyjechali z pustymi rękoma, z chudymi tobołkami lecz ze znacznym majątkiem . ( fragment większego opracowania przygotowanego do druku).

Dlaczego Żydzi boją się prawdy

Przedstawiciele organizacji żydowskich w USA z oburzeniem odrzucają zarzuty Normana Finkelsteina, który twierdzi w książce „The Holocaust Industry: The Abuse of Jewish Victims” (Holocaust jako przemysł: eksploatacja żydowskich ofiar), że zabiegi o odszkodowania za cierpienia Żydów podczas holocaustu i o restytucję ich majtków zagrabionych przez hitlerowców stały się swego rodzaju dochodowym interesem, który może ożywić nastroje antysemickie w krajach będących obiektem roszczeń.

Finkelstein utrzymuje, że organizacje żydowskie zawyżają liczbę ofiar, aby uzyskać jak najwięcej funduszy tytułem rekompensat, z których jednak ocaleni i ich rodziny nie otrzymują potem należnych im odszkodowań. Krytykuje też wysokie roszczenia wobec Polski o restytucję mienia żydowskiego. (…). Co ciekawe, Żydzi nie domagają się żadnego odszkodowania od Rosji, choćby za mienie skonfiskowane im na dawnych terenach Polski anektowanych po wojnie przez ZSSR. P Harris. (Źródła – PAP)

Gra antysemityzmem

Od wielu lat siły nieżyczliwe Polsce i Polakom nadużywają zarzutu o rzekomym antysemityzmie społeczeństwa polskiego. Im bardziej Polacy zachowują się biernie i pokornie wobec tego nieuzasadnionego zarzutu, tym częściej jest on wysuwany w formie szantażu. Gdy np. rząd Polski zwrócił się do W. Brytanii o ekstradycję b. prokurator okresu stalinowskiego – Heleny Wolińskiej odpowiedzialnej za skazanie bezpodstawnie na śmierć polskiego patrioty gen. Emila Fieldorfa – Nila, to Wolińska oświadczyła, że jest to wobec niej przejaw antysemityzmu. Podobnie rzecz się ma z Samuelem Morelem b. komendantem obozu koncentracyjnego w Jaworznie, w okresie stalinowskim, odpowiedzialnym za śmierć setek niewinnych ludzi, głównie Niemców, autochtonów, akowców i osób źle widzianych przez władze bierutowskie. Żądanie strony polskiej wydania go przez władze izraelskie zostało także potraktowane przez światową opinię żydowską jako przejaw polskiego antysemityzmu. Nawet ostatnie dezercje wielu działaczy z Unii Wolności do Platformy Obywatelskiej traktowane jest przez kierownictwo tej partii jako dowód rzekomego antysemityzmu. Miała to rzekomo być manifestacja niechęci do ówczesnego szefa UW – Geremka i jego żydowskiego otoczenia. Ostatnio nagłaśniana jest sprawa zbrodni na Żydach rzekomo dokonanych przez Polaków. Opinia żydowska nie pozwala poznać dogłębnie wydarzeń, okoliczności, przyczyn. Jeśli brała udział w tych wydarzeniach miejscowa ludność polska, to trzeba koniecznie poznać motywy jej zachowania. W pierwszych dniach 1945 roku po wkroczeniu wojsk radzieckich do Polski byłem świadkiem bardzo brutalnego traktowania cywilnych Niemców przez Polaków, zwłaszcza po odkryciu zbrodni hitlerowskich w Radogoszczy, w lasach Wiączyńskich koło Łodzi. Wynikało to z nienawiści, zemsty, odwetu. Trzeba koniecznie ustalić czym kierowali się Polacy w Jedwabnem? Dla ustalenia prawdy konieczne jest ujawnienia motywów zemsty, odwetu za służalczość wobec Sowietów? Może rzeczywiście był to akt nienawiści do okupantów sowieckich, do ich agentów, pomocników zbrodni, wyroki wydawane na kolaborantów a nie na Żydów?

Niewdzięczność Żydów

Od wielu lat różne grupy nieżyczliwe Polsce usiłują wmówić opinii światowej rzekomy antysemityzm Polaków. Czynią to często także i ci, którzy Polakom zawdzięczają bardzo wiele, nawet życie. Bowiem w okresie największego nasilenia prześladowań Żydów w Europie w okresie hitlerowsko-nazistowskim, wielu Polaków z narażeniem własnego i najbliższych życia, ukrywało i pomagało przetrwać wielu tysiącom Żydów. Wielu Żydów, którzy dzięki Polakom przeżyło, okazało swą wdzięczność i przyczyniło się do wyróżnienia ich zaszczytnym tytułem i medalem – „Sprawiedliwy wśród narodów świata”, a także przyznaniem im honorowego obywatelstwa Izraela.

Jedna trzecia wszystkich tego rodzaju wyróżnień przyznana została właśnie Polakom. Żaden naród nie uczynił w przeszłości tyle dobrego dla Żydów, co naród polski.

Także po wojnie Żydzi w Polsce traktowani byli szczególnie życzliwie, a nawet faworyzowani. Korzystali ze specjalnych przywilejów. Zajmowali najwyższe stanowiska w państwie; w rządzie, w wojsku, UB, Informacji Wojskowej, w dyplomacji, w administracji, w gospodarce, nauce …

W okresie stalinowskim np. doszło do tego, że pochodzenie żydowskie wręcz nobilitowało, preferowało na znaczące, wpływowe, lukratywne stanowiska.

Było to wynikiem polityki Stalina, który choć Żydów nie lubił, podobnie jak wszyscy Rosjanie, to się nimi chętnie wysługiwał. Po prostu bardziej wierzył Żydom niż Polakom. Ponadto powojenni Żydzi w większości przybywali ze Związku Radzieckiego, więc lepiej znali realia sowieckie, które Stalin chciał jak najszybciej narzucić Polsce i Polakom. Mimo, że wielu z nich nie znało języka polskiego, to właśnie im powierzył nadzór nad procesem sowietyzacji i stalinizacji Polski, upodobnianiu wszystkich dziedzin życia kraju do modelu radzieckiego.

Polacy nie mogli i nie potrafili skutecznie przeciwdziałać temu procesowi. Chociaż próby takie były podejmowane i to w sposób zorganizowany: opór zbrojny, działalność ugrupowań politycznych (PSL), Kościół, grupa Gomułki, działalność emigracji politycznej na Zachodzie i in. W tym czasie obywatele polscy pochodzenia żydowskiego zajmowali najwyższe stanowiska w kraju i wysługiwali się gorliwie Sowietom.

Wystarczy przypomnieć takie nazwiska jak Jakub Berman, Luna Brystigerowa, Anatol Fejgin, Roman Zambrowski, Zygmunt Modzelewski. Roman Werfel, Jerzy Borejsza, Adam Schaff, Józef Światło, Bronisław Geremek, Adam Michnik i jego brat Stefan, Alina Grabowska, Halina Mikołajska, Bauman, Pohoryli. Krążyło nawet takie złośliwe powiedzenie ile jest w Polsce Żydów ? Rząd i jeszcze trochę.

Skąd zatem ciągłe pomówienia Polaków o antysemityzm i podnoszenie tego problemu co jakiś czas ?

Otóż sprawa jest złożona, ale wytłumaczalna. Po pierwsze w całym okresie powojennym podnoszenie sprawy żydowskiej było zakazane, tłumione w zarodku, a nawet karane. Czuwało nad tym zażydzone UB i NKWD. Już tylko samo określenie, że ktoś jest pochodzenia żydowskiego traktowane było oficjalnie jako nacjonalizm, szowinizm itp. i spotykało się z urzędowym potępianiem i represjami. Dochodziło do takich paranoicznych sytuacji, że próba ukarania obywatela polskiego pochodzenia żydowskiego za pospolite przestępstwo, lub zwolnienie go z pracy, traktowane było jako przejaw antysemityzmu. Znamienne też, że inne nacje nie obrażały się, gdy pytano je o narodowość, np. Ukraińcy, Niemcy, Litwini, Białorusini, Czesi, Słowacy, Grecy, Nie obrażali się i dumnie przyznawali do swojego narodowego pochodzenia. Tylko Żydzi zawsze wstydzili się swojego pochodzenia, ukrywali je, zmieniali nazwiska lub spolszczali je. O innych obywatelach polskich obcej narodowości, czyli o tzw. mniejszościach etnicznych i narodowych wiemy sporo, ale o Żydach w Polsce nadal prawie nic albo, bardzo niewiele .

Sama zapowiedź podjęcia tematu żydowskiego powoduje już atak i agresje ze strony żydowskich grup szowinistycznych . Dlaczego? Dlaczego? Bo z góry zakłada się, że wyniki badań, nawet jeśli zostaną najbardziej rzetelne przeprowadzone, muszą być negatywne, niekorzystne dla Żydów ?

Wydaje się , że problem dojrzał już do tego, by niezależnie do trudności podjąć rzeczowe badania i dać odpór ciągłym kłamstwom krzywdzącym naród polski.

W związku z antypolską kampania prowadzoną za granicą, zwłaszcza w USA i Izraelu, coraz więcej Polaków oburza się na niewdzięczność Żydów. Szczególnie haniebne są ataki ze strony tych Żydów, których Polacy ukrywali w czasie wojny i ratowali im życie. Po ostatnich atakach na Polskę Jan Tomasza Grossa coraz więcej Polaków, którzy z narażeniem własnego życia, swoich najbliższych i sąsiadów, pomagali Żydom przeżyć hitlerowską okupację zaczyna żałować tego i gotowa wyrazić swoją postawę publicznie. Niektórzy gotowi są nawet zwrócić medale „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” i inne wyróżnienia po rozpętanej przeciw Polsce i Polakom kampanii oszczerstw. Zaczynają też rozumieć dlaczego faszyści tak bardzo nienawidzili Żydów, że postanowili pozbyć się ich, nie tylko z Niemiec, ale z całej okupowanej Europy. Po wybuchu wojny faszyści niemieccy rozważali, co prawda, możliwość przesiedlenia Żydów na Madagaskar, o czym pisze w swoich pamiętnikach gubernator Generalnej Guberni w Polsce Hans Frank, ale z różnych powodów zrezygnowali z tego pomysłu.

Jedno wszelako nie podlegało żadnej wątpliwości – pozbycia się Żydów, których cały otumaniony naród niemiecki uważał za największe zło, i którego trzeba się różnymi sposobami pozbyć raz na zawsze. Stąd każdego, kto uważał inaczej, kto próbował sprzeciwić się temu, faszyści traktowali jako „wroga III Rzeszy”. Niemców i inne nacje umieszczano w obozach koncentracyjnych, a Polaków, tylko Polaków za pomaganie Żydom i ukrywanie ich skazywano na karę śmierci. Kary takie dotyczyła także najbliższych, a nawet sąsiadów za to np. , że nie donieśli o ukrywających się Żydach. Tysiące Polaków zostało skazanych na śmierć za ratowanie im życia . Teraz, gdy są świadkami tak podłej niewdzięczności wobec narodu polskiego zastanawiają się czy warto było ratować życie Żydom narażając własne i swoich najbliższych?. W sumie Polacy uratowali życie około 100 tys. Żydów. Pojawiają się tez coraz częstsze głosy nawołujące by Polacy wyróżnieni medalem „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” za ratowanie życia Żydom, zwrócili je. Również Europa Zachodnia nie lubi Żydów:

WAŁĘSA TEŻ PROTESTOWAŁ PRZECIW SZKALOWANIU POLAKÓW

Nawet Lech Wałęsa, znany ze swego serwilizmu wobec Żydów wypowiadał się z oburzeniem

A oto fragment jego wypowiedzi:”Ja przepraszałem jako prezydent, wiele razy to robiliśmy, a jeszcze ani jeden Żyd nie przeprosił Polaków, a tu też działy się różne ciekawe rzeczy i też byli zbrodniarze po stronie żydowskiej”.
Według niego, „są nieudacznicy żydowscy i inni, którzy rozdrapują rany,
którzy tylko żyją z tego pisząc książki, podburzając te narody, które  tyle ucierpiały”.(…) „To jest ohydne i z tym powinniśmy dawno już skończyć” – powiedział Wałęsa nie kryjąc wzburzenia. „Narody, które tyle zapłaciły, muszą być wyrozumiałe dla siebie, muszą zrozumieć, że
łajdacy byli po obu stronach”.
„Narody takie jak USA czy Francja czy Wielka Brytania nie przeprosiły nas za to, że nie wywiązano się z umów i porozumień, że dopuszczono do tej sytuacji, dlatego możemy w absurdach posunąć się bardzo daleko” (…) L.S, Cyt. za PAP)
Antysemityzm w Europie

Żydzi tylko Polakom przypisują antysemityzm, a ne dostrzegają tego zjawiska na świecie, zwłaszcza w Europie Zachodniej. Prawie połowa mieszkańców Europy Zachodniej uważa, że Żydzi mieszkający na tym kontynencie są bardziej lojalni wobec Izraela niż wobec państw, w których żyją na co dzień – wynika z opublikowanego sondażu.  Badania wykonała firma Taylor Nelson Sofres na zlecenie amerykańskiej organizacji żydowskiej Liga Przeciw Zniesławianiu (ADL), która od 1913 roku walczy z antysemityzmem. Sondaż przeprowadzono w Belgii, Danii, Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii pomiędzy 16 maja a 4 czerwca. Przeankietowano 2.500 osób. Wyniki opublikował francuski dziennik „Le Monde”.

Wyniki badań ogłosił Abraham Foxman, dyrektor ADL. Wyraził swe ubolewanie nad „trwaniem antysemityzmu” w Europie mimo doświadczeń holokaustu z okresu II wojny światowej.

Foxman przekazał, że w pięciu badanych krajach żyje łącznie milion Żydów. 45 procent ankietowanych uznało, że są oni bardziej lojalni wobec Izraela niż wobec krajów, w których mają swe domy. W Niemczech w ten sposób myśli 55 procent osób, a we Francji 42 procent. Dla porównania podobnie uważa 33 procent Amerykanów.

30 procent Europejczyków sądzi, że „Żydzi mają zbyt dużo władzy na świecie”. W ten sposób uważa 42 procent Francuzów oraz 44 procent Belgów. W Stanach Zjednoczonych ten pogląd podziela 24 procent ankietowanych.

ADL przeprowadził podobny sondaż w USA na początku tego roku. Pokazał on wzrost poziomu antysemityzmu w tym kraju. Obecnie 48 procent Amerykanów nie ma uprzedzeń antysemickich, podczas gdy w 1998 roku nie miało ich 53 procent. Z kolei 17 procent ankietowanych żywi silne uczucia antysemickie, co oznacza wzrost o pięć procent w porównaniu z sondażem sprzed czterech lat.

Napisał: dr. Leszek Skonka

(Cyt. Za “Bezpłatny Dziennik Internetowy” PAP, 2.07.2002)

Koronawirus po raz ostatni

Co jeszcze można rzec na temat koronawirusa? Na samym początku media, nie wiadomo nawet czyje, zwalały istnienie tego czegoś na łuskowca, dość niemrawego i niezwykle rzadkiego zwierzęcia. Potem chińskie środki masowego przekazu stwierdziły, że to pewnikiem Ameryka jakimś cudem zaplantowała tego wirusa w Chinach, żeby w razie czego nie było na nich, jak się rozniesie. 

Inne media podały, że wszystko zaczęło się od pewnego chińskiego smakosza, który przyrządził sobie rosołek z nietoperza i sałatkę z tasiemca nieuzbrojonego. Co by nie było w podejrzeniach, że jest to specjalnie stworzony produkt przez jakieś wraże laboratorium jest sens o tyle, że koronawirus to wspaniałe narzędzie mordu. Wybiera nawet ofiary, czyli ludzi starych, biednych, schorowanych i takich którzy nie mają dostępu do pomocy lekarskiej. Czyli, jakby na to nie spojrzeć, można się liczyć że obywatele krajów objętych działaniami wojennymi, uciekinierzy i mieszkańcy krain, gdzie nie ma szans na jakąkolwiek pomoc medyczną, są pierwsi w kolejce na tamten świat. Europa jakoś da sobie radę, mamy w porównaniu z taką n.p. Rwandą, niezłą opiekę medyczną, uszyjemy sobie maski, wyprodukujemy hektolitry spirytusu na odkażanie, zewnątrz i wewnątrz i jakoś wytrwamy do końca epidemii. Bo musi być jej koniec, ludzie przestali już latać samolotami, kupować wczasy na statkach i roznosić zarazę po całym Świecie, ci co powrócili z krajów objętych dużą ilością zachorowań są odizolowani, reszta narodu siedzi w domach i się odkaża, tak że nie jest źle. Z wyjątkiem jednego problemu, o którym jakoś media solidarnie milczą, a mianowicie, co z uciekinierami, którzy w liczbie kilkudziesięciu tysięcy szturmowali płot na grecko-tureckiej granicy? Co ze ściśniętymi jak śledzie w beczce emigrantami w obozach dla uchodźców na wyspie Lesbos, co z tymi, którzy rok temu, wykorzystując miękkie serce kanclerzycy Merkel, bez żadnej kontroli przedarli się do Niemiec, Francji, Belgii i innych zbyt liberalnie rządzonych członków Zjednoczonej Europy? Czy taki ‘nielegalny’ nie znający języka, jak poczuje się źle, zgłosi się do szpitala? Czy ktoś po niego wyśle karetkę z ubranymi w kombinezony ochronne sanitariuszami, jeżeli on nie ma nawet adresu i mieszka w namiocie na trawniku przy jakiejś tam ulicy w Paryżu? Oj! Chyba nie. Obawiam się, że Europa zapłaci wysoką cenę za próbę pomocy całej reszcie poszkodowanego przez zły los Świata. Obym nie miał racji. A Ty Panie Boże jak nie możesz już pomóc wszystkim, to chociaż nie zapominaj o nas Polakach, bo jak historia długa to nas zawsze jakiś zły los doświadczał, może teraz na innych kolej. Ot co!

MV QUEEN OF THE NORTH

MV QUEEN OF THE NORTH
Official No: 0368854
Place Built: Bremerhaven, Germany
Builder: A/G Weser Werk Seebeck
Year Built: 1969
Vehicles: 115
Passengers: 480-650
Crew: 60-65
Overall Length: 125 m
Breadth: 19.2 m
Gross Tons: 8,806
Service Speed: 20 knots
Horsepower: 15,600

At around 0025, Wednesday March 22, 2006, the Queen of the North apparently hit Gill Island and sank in Wright Sound about an hour and 15 minutes later. The ferry was southbound, about 130 km south of Prince Rupert. As of Thursday evening, there are still two passengers missing. The other 99 passengers and crew made it safely onto lifeboats and life rafts. Passengers were quickly picked up by boats from nearby Hartley Bay and by the Canadian Coast Guard Vessel Sir Wilfred Laurier.

Overview

T he Queen of the North is one of two cruise-type ferries operated by BC Ferries on its northern routes. The newer of the two, the Queen of the North mainly operates from late spring to early fall on the Inside Passage route, and when needed on the Prince Rupert to Skidegate (Queen Charlotte Islands) route. The summer day-cruise Inside Passage trip is especially popular with tourists; 274 nautical miles and approximately 15 hours of spectacular coastal scenery.

Today

Once the flagship of the fleet, travelling on the Queen of the North is still a luxury compared to most of the other ferries on the coast. The ferry features many amenities: the Evergreen Buffet, Dogwood Bar, Passages Gift Shop, Medical Room, Lighthouse Cafe, several lounges including a pay lounge, a video arcade, a kids room, and 46 staterooms. The ship is accessible to people with disabilities. There are three passenger decks and plenty of room on the outside as well to enjoy the beautiful scenery pass by.

To enable the ferry to hold additional cars, it is equipped with a raise-able platform deck on the vehicle level. The Queen of the North along with the Queen of Prince Rupert have bows that raise while docked bow-first to allow traffic to load and unload via the front of the vessel.

The Queen of the North (and all the other northern vessels) is a so-called „single compartment ship,” that is if only one of the hull’s several watertight compartments is flooded the ferry should stay afloat. This is now considered unsafe and the ferry was due to be replaced before 2012 when Transport Canada plans to enforce new regulations.

The Queen of the North is powered by two 7,800 horsepower diesel engines which turn two variable pitch propellers. The ship is the fastest in the BC Ferry fleet, with a service speed of 19 knots and a maximum speed of 23 knots. In the event of a serious emergency, evacuation would be through a Jacobs Ladder system to access life rafts at water level. The Queen of the North has four evacuation systems, which have a combined capacity of 750 people. In addition to the life rafts, there are two 53-person life boats, and a 5-person rescue boat.

Unlike ferries on the south coast, the Queen of the North’s crew live on board the vessel. Each crew group is divided into two 12-hour shifts. There are two complete crews, each one working 14 days on, 14 days off. With a crew ranging from 60-65, the Queen of the North has the largest crew of any ferry in the fleet.

History

T he Stena Danica was built in 1969 in Bremerhaven, Germany. Built for Stena Lines (Sweden), the ferry was put into service between Stockholm, Sweden and Copenhagen, Denmark. There is a postcard showing the Stena Danica in G?org, Sweden as well, so it is likely that she was used on other routes as well.

The Stena Danica was purchased by BC Ferries in 1974 for $13.8 million because of a shortage in ships and capacity. She was immediately renamed Queen of Surrey and put into service between Horseshoe Bay and Departure Bay. The single-ended ship was found unsuitable for the short routes on the south coast. For several years the Queen of Surrey was parked at the Deas Dock maintenance facility. In 1980 the ferry underwent a major overhaul to prepare her for the northern routes and she was renamed the Queen of the North. Her first trip between Prince Rupert and Port Hardy was on May 29th, 1980.

As the flagship of the fleet, the Queen of the North was sometimes pressed into special duty in the 1980’s. On May 1, 1986, the ferry took Prince Charles and Princess Diana from Nanaimo to Vancouver to open the Expo ’86 world fair. On ‚Port Day’ in 1988, the Queen of the North was open for public tours at Ballantyne Pier.

The Queen of the North was pulled out of service in mid-October 1994 following the findings into the causes of the sinking of the Estonia in the Baltic Sea. On September 28, 1994, the Estonia ferry sank between Estonia and Sweden, killing 852 of the 989 passengers on board. The cause was found to be a fault in the bow visor of the vessel which broke off in heavy seas allowing water to enter the car deck. Since the Queen of the North and Queen of Prince Rupert have similar designs, both ferries were pulled from service on the Friday before the Thanksgiving long weekend to have their bow doors welded shut. In the process, passengers and freight were stranded on the Queen Charlotte Islands. The ferries returned to service less than a week later. This emergency safety precaution was later undone and additional safety measures were put in place to compensate.

On the morning of September 16th, 2000, the Queen of the North played a role in a tragic story that took place on the waters off Prince Rupert. In the early hours of the morning, seven teens left Dodge Cove in an open boat to cross Prince Rupert harbour. In heavy seas, the boat was swamped and overturned. When word went out later that morning that the seven were missing, the Canadian Coast Guard organized a search effort. Three crew members from the Queen of the North, which was at dock in Prince Rupert, were sent out on the ferry’s rescue boat. They rescued one member of the group who hanging onto a buoy in the middle of the harbour. They also picked up three others who had made it to shore on a nearby island. Sadly, three members of the group perished.

In October, 2000, the Queen of the North underwent a major refit that saw the interior of the vessel refurbished, the cafeteria redesigned, and the emergency equipment updated.

The ferry played the role of ambulance on July 15, 2005. A man at Hartley Bay (a small outpost along the Inside Passage south of Prince Rupert) suffered what was believed to be a heart attack. Due to bad weather and low clouds, an air ambulance evacuation was impossible. The nearby Queen of the North was diverted to pick the man up and take him to Prince Rupert. With the help of the ferry and two doctors and two nurses on board at the time, the man made it safely to a hospital.

Sex may have sunk B.C. ferry

Canadian Press

Published: Thursday, February 08, 2008

TORONTO – The federal Transportation Safety Board says it looked into whether sex was taking place on the bridge of the B.C. ferry Queen of the North when it sank last year. A board spokesman tells the Toronto Star that scenario was part of its investigation.

A B.C. Ferries spokesperson acknowledges there has been speculation about sex playing a role in the sinking but wouldn’t comment further. A draft report on the sinking — in which two of the 101 passengers are missing and presumed dead — is to be delivered to the board within days. The draft report goes next to interested parties for comment and a final report is expected in three to six months.

© The Edmonton Journal 2007

Canadian Press

Published: Wednesday, March 22, 2006

VANCOUVER (CP) – Rescuers plucked dozens of people from lifeboats off B.C.’s north coast early Wednesday after a large ferry hit a rock and sank in choppy seas and high winds. All of the 101 people aboard were rescued and accounted for, B.C. Ferries said in a statement released several hours after the incident. Most of them were taken to a community centre in Hartley Bay where workers there had given them blankets and coffee. None were immediately available to speak to the media. The Queen of the North was sailing south to Port Hardy from Prince Rupert, a 450-kilometre trip along what’s known as B.C.’s Inside Passage, a series of islands just off the north coast of the province.

The 125-metre-long vessel was reported to be completely submerged about 135 kilometres from Prince Rupert after hitting the rock, listing to one side and then sinking. Nicole Robinson, a receptionist at the nursing station in Hartley Bay, said she talked to several members of the ferry’s crew who were sleeping when the ship began to take on water. „They heard a loud bang like it grinded a bit and they said the cabin started filling with water,” she said. Some people were hurt, but not seriously, said Robinson. Many were „stunned.” „We’ve just had a few patients come and go, minor injuries. The community all got together with blankets; everybody’s pretty cold but they’re all down at a community hall,” Robinson said. Hartley Bay resident Wally Bolton, helping out at the village cultural centre where the ferry evacuees were taken, said a medivac helicopter was taking some passengers with minor injuries to Prince Rupert. „I know there’s one head injury and I think there’s a sprained wrist and a case of high blood pressure,” Bolton said. „All the rest of the other people are OK.” Bolton said the evacuees were shook up and tired. Rescuers were on the scene soon after the 12:43 a.m. incident, said Capt. Leah Byrne of the Search and Rescue Centre in Victoria. „The joint rescue co-ordination centre dispatched a large number of assets to the scene, including a cormorant helicopter and buffalo aircraft,” she said. Shelby Robinson, 13, said the entire village of Hartley Bay, with about 200 residents, pitched in when the distress call came in. „I stayed here to get ready for them when they came in, get blankets ready and everything,” she said.

Robinson confirmed fishermen from the isolated village rushed out to help evacuate the sinking ferry. „Most of the guys went out and got their boats running right away and they took people in by groups,” she said, adding witness said the ferry was listing to one side. Seas were reported to be choppy and winds were blowing at about 75 kilometres per hour. „From what we hear, it took about an hour for the ship to sink so most of the people did manage to get onto lifeboats,” Byrne said. „There was an orderly evacuation of personnel from the vessel, including passengers and crew.”

The Exxon Valdez Oil Spill

The Exxon Valdez Oil Spill was one of the largest manmade environmental disasters ever to occur at sea, seriously affecting plants and wildlife. Its remote location (accessible only by helicopter and boat) made government and industry response efforts difficult, and severely taxed existing plans for response. The region is a habitat for salmon, sea otters, seals, and sea birds.

On March 24, 1989, the oil tanker Exxon Valdez departed on its 24th voyage from the Valdez oil terminal in Valdez, Alaska, heading south through Prince William Sound, with a full load of 52 million gallons of oil. Captain Joseph Hazelwood radioed to the Coast Guard station that he would be changing course in order to avoid some growlers, or small icebergs, which had drifted into the sound from the Columbia Glacier. The captain received permission to move into the northbound lane. Before retiring to his cabin, Captain Hazelwood instructed his third mate, Gregory Cousins, to “start coming back into the lanes” once the ship was abeam Busby Island Light, some two minutes ahead.

Although Cousins did give the instructions to the helmsman to steer the vessel to starboard, the vessel was not turning sharply enough and at 12:03 a.m. on March 24, it struck Bligh Reef. According to the National Transportation Safety Board report, “he probable cause of the spill was: the failure of the third mate to properly maneuver the vessel because of fatigue and excessive workload. Other contributing factors were one, the failure of the master to provide a proper navigational watch because of impairment from alcohol, two, the failure of the Exxon Shipping Company to provide sufficient crew for the Exxon Valdez, and three, the lack of an effective Vessel Traffic Service because of inadequate equipment and manning levels.”

The spilled oil affected 1,900 km of Alaskan coastline. Some effects are still felt today.

According to official reports, the ship carried 53,094,510 gallons of oil, of which 10.8 million gallons were spilled. This figure has been accepted by the State of Alaska’s Exxon Valdez Oil Spill Trustee Council, and environmental groups such as Green Peace and Sierra Club. However, some groups such as Defenders of Wildlife believe that the spill was much larger than reported and that about 30 million gallons spilled into the ocean, pointing out that oil reclaimed from the damaged tanker (which was the basis for Exxon’s calculations) was later discovered to have a large amount of seawater in it.

$287 million for actual damages and $5 billion for punitive damages was awarded by an Anchorage jury in 1994. The punitive damages amount was based on a single year’s profit by Exxon at that time.

Exxon appealed the ruling and the 9th U.S. Circuit Court of Appeals ordered the original judge Russel Holland to reduce the amount. On December 6, 2002, the judge announced that he had reduced the damages to $4 billion, which he concluded was justified by the facts of the case and not grossly excessive.

Exxon appealed again, sending the case back to court to be considered in regard to a recent Supreme Court ruling in a similar case, which caused Judge Holland to actually increase the punitive damages to $4.5 billion, plus interest.

After more appeals, and oral arguments heard by the 9th Circuit Appellate Court on January 27, 2006, the damages award was cut to $2.5 billion on December 22, 2006. The court cited recent U.S. Supreme Court rulings relative to limits on punitive damages.

Exxon’s official position states that punitive damages greater than $25 million are not justified because the spill resulted from an accident and because Exxon spent an estimated $2 billion cleaning up the spill, and a further $1 billion to settle civil and criminal charges related to the case. However, in court it was argued that allowing a “known drunk” to captain the ship was reprehensible.

Some factors that may be considered in the current ongoing legal battles are:

Exxon subsequently recovered a significant portion of cleanup and legal expenses through insurance claims, tax writeoffs, and by an increase in the price of their products. ExxonMobil’s position remains that since they voluntarily paid out a large amount of money up-front, additional punitive measures are not justified.

Exxon immediately set aside the amount of $5.4 billion, and has been collecting interest on that amount since 1994. By now, the amount of interest earned on that amount may be larger than the original punitive damages were in the first place. (“rule of 72”). If they claimed a capital loss for taxation purposes Exxon paid much less taxes, still collecting an interest from 5.4 billion deposit, therefore real looser is the American people because less revenue means less money for education, health or Iraq war.

Exxon made an agreement with the Seattle Seven, which will result in their recovering around $750 million of any punitive damages they eventually have to pay.

Exxon corporation’s reported disaster response did not effectively remove much of the lost oil that washed onto the shores of coastal Alaska, yet some argue that human efforts to clean the oil spill damage were actually counterproductive.

The Exxon Valdez damages assessment is notably important in the environmental resource in question, an assessment reached with the use of contingent valuation techniques.

In the aftermath of the Exxon Valdez incident the U.S. Congress passed the Oil Pollution Act of 1990, including a clause prohibiting vessels that had caused oil spills of more than 1 million US gallons (3,800 m³). In April 1998 the company argued in a legal action against government that the ship should be allowed back to Valdez, since the regulation was unfairly directed at Exxon alone (no other ships meet this criterion). In addition, requirements were made for a gradual phase in of a double-hull design, providing an additional layer between the oil tanks and the ocean.

Rule is but there is no double hull tankers. Big boys in oil business are not going to built them because they carry much less oil than single hullers, besides still have old ones. I used to carry oil from Persian Gulf to USA in 1998 on 2 millions barrels single hull tanker and never heard that such are positively banned from entering US waters.

At an Athens party for the movers and shakers in world shipping the drinks flow freely. Life is still good…..

One more thing; drinks flow freely not only in Athens, they, I’m sure of that flow in the Exxon headquarters, as well.

By: Globtrotter

The Exxon Valdez supertanker was towed to San Diego, arriving on July 10 and repairs began in July 30, 1989. Approximately 1,600 tons of steel were removed and replaced. In June 1990 the tanker, renamed “SeaRiver Mediterranean”, left harbor after $30 million of repairs.

Wildlife was severely impacted by the oil spill

Both the long and short-term effects of the oil spill have been studied comprehensively. Thousands of animals died immediately; the best estimates include 250,000 – 500,000 sea birds, 2,800 – 5,000 sea otters, approximately 12 river otters, 300 harbor seals, 250 bald eagles, up to 22 orcas, and billions of salmon and herring eggs. Due to a thorough cleanup, little visual evidence of the event remained in areas frequented by humans just one year later, but the effects of the spill continue to be felt today. In the long term, reductions in population have been seen in various ocean animals, including stunted growth in pink salmon populations. Sea otters and ducks also showed higher death rates in following years, partly because they ingested contaminated creatures. The animals also were exposed to oil when they dug up their prey in dirty soil. Researchers said some shoreline habitats, such as contaminated mussel beds, could take up to 30 years to recover. While it will take years for a solid long term study, some interim effects have already been noted.

We humans are lucky that Mother Nature in her wisdom knows the best how to correct stupidity of our race and damaging effect we are constantly bringing to our World.

Colas Bregnon – Nuda Veritas

Death of the Tanker

As an old Sea Captain an the Tankerman who spend a large portion of his professional life transporting crude oil and petroleum products through the sea, as a person who has some experience in a marine litigation, also as a merchant navy officer who worked for Mr. Kiriakou, I feel an urge to express my opinion.

There is perfectly obvious to me that digging graves of 29 men and women who died on Athenian Venture has only one reason – seeking for justice.

That one wasn’t served 20 years ago, there is no doubt in my mind about that.

I’m monitoring a case since very beginning, what means since I’ve read a first article about the catastrophe on a web site www.ostatnirejs.pl

I read everything I was able to put my hands on. There were a lot of articles in late 80-ies in Poland. Very different ones, no one was really objective, I’m sure of it, they were written fuelled either by emotions of some journalists, or money which Intestra SA, company representing Kiriakou’s interest in Poland, decided to pour fighting for it’s good name. I read also the report of the Cyprus Marine Investigation Inspector regarding whole case.

Taking all together I got, so far, a picture that whole case was the largest scum I have ever seen or heard.

Let’s start from beginning:

Mr. Kiriakou had very good relationship with the Polish Marine Industry, specifically with the P.Z.M. (Polish Steamship Co. in Szczecin). They helped him to purchase his first tankers from Russia, I also heard they provided some credits and arranged whole transaction using their own business connections in Soviet Union.

They sold him 8 years old tanker “Karkonosze” built in Swedish shipyard.

The first question appeared why that ship was built under care of two classification societies; Det Norske Veritas of Norway and the Polish Register of Shipping.

Normally that is very unusual, why pay both? Unless… tanker was built originally for different than PZM owner, which resigned from purchase. Such thing is very costly for quitter but in case of some serious technical difficulties is legally acceptable.

Then shipyard owns crippled vessel and must sell it very, very cheap.

The bidder was PZM.

I heard rumours that already during the virgin voyage some cracks on the midsection were observed and reported. In the same time PZM, decided to release DNV from responsibilities and left the vessel with PRS. Till the dead end, in fact.

The Athenian Venture received her last class confirmation in November 1987 from PRS, after repairs in shipyard in Greece. I don’t know if an inspection was done by PRS inspectors, or some local professionals were hired to act on behalf of the PRS.

It is very common practice. Nevertheless, m/t Athenian Venture was declared as a seaworthy and was back in oil trade.

I’ve learned, however, from letters of some crewmembers and from opinions of engineers working on that ship that there were always problems with leaking cargo, holes in the hull, cracks on deck and so on. Crack on deck is a very serious problem, is affecting a watertight integrity of the vessel and must be reported all the time to classification society. Ship is loosing her seaworthiness and repair must be done immediately under supervision of a classification society representative. Then, another inspection and another issue of the safety to navigate certificate is required.

My logic conclusion is that m/t Athenian Venture was experiencing serious technical problems prior to the catastrophe. According to dramatic letters from two seamen the worst was expected. One of the engineers testified that large quantities of steel plates were purchased in French port, welding rods and welding machines, as well. It was done in a presence of the superintendent from office in Piraeus, so there is no doubt that the owner knew a situation. Instead all of that, the order to continue a voyage was issued and the vessel left port of Amsterdam steaming into her grave.

Considering the fact that ship was experiencing with mentioned above technical difficulties when living Amsterdam and the owner knew that, one of the largest criminal act was committed. In a view of the maritime law – sending unseaworthy vessel into the sea is such crime.

Consequences of that are unbearable, if something happened insurance may not be paid, provisions of the charter party are not fulfilled and a responsibility for everything wrong what may happen are lies exclusively on the shipowner.

Including, full responsibility for death of a crew and loss of the vessel.

In my humble and professional opinion Mr. Minos Xenofont Kiriakou the Greek is responsible for both. He should pay.

Tankerman

List z morskiej otchłani

Czytelnicy. Napisałem to jakiś czas temu i myślę, że teraz jest pora, żeby to opublikować. Jest to fikcja. Tak nie było. Przez jakiś czas byłem tak bardzo zafascynowany tragedią tankowca „Athenian Venture”, że poniosła mnie fantazja. Może się spodoba. Katastrofa tego statku nie może być zapomniana albowiem wierzę że krzywda ludzka nie może podlegać przedawnieniu.

Uwaga! Osoby i fakty zawarte w poniższym tekście są częściowo fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób, żyjących lub zmarłych, jak również analogie dotyczące ich postępowania jest spowodowane literacką imaginacją.

List z morskiej otchłani

Dear Captain

I’m writing that letter because I promised that to the man who just died in care of our hospice.

I’m Michelle Eving the Head Nurse of the After Burn Care Unit, Halifax, Nova Scotia.

We have had in our facility a man, who just died after 29 years of our care. He was found on the beach, in 1988 and brought to our hospital by local fisherman. He was in horrible condition, but he survived, I’d say, by miracle. He never spoke a word and we were never able to recover his name, nationality and where he was coming from. He, however, after intensive training, was able to communicate with eyes blinking, so he asked for special computer which is making slow writing with use of stick, kept in his mouth, possible. He demanded that, whatever he wrote will be delivered to any Polish Master Mariner specializing in transportation of Crude Oils and Petroleum Products through the water. Therefore, following his request, I found you. Do with that writing whatever you think is a right thing to do.

Kind Regards

Michelle Eving

Halifax, Nova Scotia

Nazywam się Marek Umięcki – kapitan.

Zdecydowałem się napisać historię moją i tego statku gdyż nie wiem jak potoczą sie moje losy, jak potoczą się losy nas wszystkich. Moim statkiem jest tankowiec Athenian Venture. Jest sztorm 10 w skali Beauforta, stan morza 8. Jesteśmy na Atlantyku Północnym, jest 19 kwiecień 1988. Na burcie 24 członków załogi i pięć żon, które popłynęły z nami. Jesteśmy w drodze z Amsterdamu do Nowego Jorku. Ładunek benzyna, 10 milionów galonów.

Sztormujemy na falę już trzeci dzień, pęka kadłub, jeszcze dzień, może dwa, jak się nie uspokoi, statek może nie wytrzymać. Już nic nie mogę zrobić, jestem bezsilny, pozostało mi tylko czekać. Wszystko w ręku Boga i matki Natury.

Czuję się w obowiązku napisać ten list gdyż może on być ostatnim jaki na tym padole przyszło mi napisać. Opowiem po kolei jak znalazłem się na tym statku i jak to się stało że wszyscy znaleźliśmy się w sytuacji z której może nie być wyjścia.

Mieszkam w Gdańsku i mam żonę i dwoje dzieci. Dnia 10 stycznia 1988 roku otrzymałem polecenie przybycia do biura mego armatora Intestry SA mieszczącego sie w Warszawie w reprezentacyjnym gmachu Intraco. Szef kpt. Romuald Pietraszek powiadomił mnie że mam objąć komendę nad tankowcem należącym do firmy Patron Marine z Pireusu. O statku słyszałem już niejednokrotnie, cieszył się nienajlepszą sławą. Był zbudowany w szwedzkiej stoczni dla Polskiej Żeglugi Morskiej. Otrzymał nazwę Karkonosze, a po 8 latach pływania pod polską banderą sprzedano go, lub może nawet oddano za darmo, greckiemu armatorowi, przemianowano na Athenian Venture i zarejestrowano pod banderą cypryjską. Właścicielem statku jest firma Patron Marine, a ta częscią grupy armatorskiej Athenian Tankers Ltd. z siedzibą na Cyprze i biurem w Pireusie.

Z tymi dwoma przedsiębiorstwami związana jest firma Intestra a jej warszawskie biuro Intestra SA reprezentuje interesy wszystkich firm armatorskich należących do greckiego magnata okrętowego Minosa Xenofonta Kiriakou. Ten mieszkał kiedyś w Polsce. Przybył tu jako dziecko z całą rodziną. Byli uciekinierami z Grecji po przewrocie zwanym puczem Czarnych Pułkowników. Ojciec Minosa dostał pracę w Polskich Liniach Oceanicznych a syn skończył w Polsce szkołe średnią i Państwową Szkołę Morską w Gdyni. W roku 1958 wyjechał z Polski i w Grecji założył firmę armatorską Athenian Tankers Ltd. Kupił przy pomocy P.Ż.M dwa radzieckie tankowce do przewozu olejów roślinnych. W niedługim czasie dokupił kilka innych, tym razem do przewozu paliw płynnych. W niedługim czasie firma posiadała 23 tankowce na których pływali prawie wyłącznie Polacy. Statki Minosa były to stare graty, które utrzymywały się na powierzchni jedynie dlatego że polscy marynarze dokładali wszelkich starań aby nie zatonęły. Ciągle wymieniano na nich cieknące rurociągi, spawano pęknięte płyty poszycia, wymieniano zawory. Athenian Venture cieszył się wyjątkowo złą sławą. Mówiono że kadłub pękał już po odebraniu ze stoczni, w dziewiczym rejsie. Statek jakoś łatany, cudem jakimś, najwidoczniej z pomocą Bożą, dostawał papiery kwalifikujące go do żeglugi i za sprawą czyniących cuda polskich załóg, udawało mu się dotrzeć do portów przeznaczenia.

Dziś widzę że być może przebraliśmy miarkę, tym razem możemy nie dopłynąć, że nie powinniśmy opuszczać portu w Amsterdamie. Wiem i myślę że wiedziałem już wcześniej, że statek ten nie był zdolny na walkę z wiosennymi atlantyckimi sztormami. Ocean Atlantycki jest bardzo zły wiosną, wiatry wieją głównie z Zachodu a fale spiętrzone długim przebiegiem dawały się we znaki już niejednemu. Niejeden też spoczął na dnie.

Potwierdza to regułę że na morzu nie powinno liczyć się na łut szczęścia, powinno liczyć się na siebie i statek którym się dowodzi. Sprawny statek. Jak jest zły to idzie na dno, jak dobry dopłynie do portu przeznaczenia.

W czasie rozmowy z kpt. Pietraszkiem doszło między nami do dość ostrej dyskusji, zwróciłem uwagę że eksploatowanie na pół zniszczonego grata jest ryzykiem jego utraty i utraty załogi, lecz zdaniem Pietraszka nic dalszego od prawdy. Statek ma ważne papiery PRS, wydane kilka miesięcy temu po remoncie w Pireusie, a jak mi się nie podoba to mogę zawsze zrezygnować, on znajdzie 10 kapitanów na moje miejsce. Ja zaś mogę poszukać sobie innego armatora, jak dam radę takiego znaleźć. Bo wiesz pan, Kapitanie, rzekł Pietraszak, o czarnej liście Pan chyba słyszał?

Czarna lista to lista kapitanów i mechaników, którzy z takich czy innych względów, podpadli armatorowi. Znają ją wszystkie kompanie na całym Świecie, kto się na nią dostanie może zmienić zawód. A gdzie pójdzie pracować polski kapitan? Athenian Tankers to jedna z nielicznych firm gdzie może zarobić parę groszy. Powiedziałby kto że możemy pracować w Polsce, gdzie pytam? PŻM? Tam jest 20 kapitanów na jeden statek, w PLO – stu, ta fima już się rozlatuje, niedługo zniknie z listy armatorów. Kiedyś może będzie inaczej, kiedyś być może polski marynarz będzie szanowany tak jak brytyjski, norweski, czy niemiecki, tylko ja już mogę tych czasów nie doczekać.

Jedno co mogę zrobić to wykrzyczeć zza grobu prawdę o bezdusznych prawach rządzących w mrocznym świecie międzynarodowego shippingu.

My nie mamy tak jak Brytyjczycy silnego związku zawodowego, który nas mogłby bronić, Polska nie chce słyszeć o ITF. Nam pozostaje pokornie przyjmować z łaski rzucone ochłapy i służyć wiernie bo na lepszy los nie możemy liczyć. Na tych z Polservice’u też nie. Bywało, żeby u nich dostać kontrakt dawało się, komu trzeba, kluczyki od samochodu. Oni zresztą mają nas tak samo gdzieś jak i armatorzy. Sami bywało negocjowali gorsze warunki kontraktów i ubezpieczeń byle tylko upchnąć marynarzy za granicę, byle dostali kontrakt, bo od tego biorą od armatorów prowizje. A pieniądz nie śmierdzi, pecunia non olet – to prawo wynaleźli już Rzymianie.

To co miałem robić, mam żonę i dzieci, muszę zapewnić im środki do życia, zgodziłem się na dowództwo. Tyle dobrego że Pietraszek zgodził się na mojego kucharza. Ten jeździ ze mną już trzeci kontrakt. O, kucharz to ważna osoba na statku, czasami myślę że ważniejsza od kapitana. Jak Polak dostanie dobrze zjeść i wypić to wszystko przetrzyma. A mój „Buła” jest naprawdę dobry, nie kombinuje za dużo, w miarę uczciwy i gotuje jak anioł. A nic tak nie poprawia morale załogi jak dobry wikt.

Mechanik też jest OK, ci z Intestry wiedzą że jak dają nam lipny statek to załoga przynajmniej, musi być pierwsza klasa. Dobre i to.

Statek objąłem w porcie Amsterdam, tam też przyjechały wszystkie żony, razem 5. Jest to niby miły gest armatora, marynarze czują się lepiej, jest weselej i zapomina się przy nich o troskach i problemach. Nie ma też kłopotu z bondem, mamy zgodę na wzięcie tyle gorzały ile nam się podoba. W pijanym widzie zapomina się o codziennych troskach. Tyle że baby i wóda na statku to wybuchowa kombinacja. Stara to prawda że morskie powietrze działa dziwnie na płeć piękną, czasami robią rzeczy o których by im się na lądzie nie śniło. Dla mnie zaś to jeden kłopot więcej. Ale coż, taka to kapitańska dola, on musi być wszystkim, dowódcą statku, księdzem, spowiednikiem, psychiatrą, psychologiem, policjantem, sędzią, negocjatorem w sporach małżeńskich, słowem tym wszystkim co reprezentuje władzę i zapewnia porządek w każdym społeczeństwie. Bo my marynarze to wysublimowana, odcięta od świata społeczność rządząca się takimi samymi prawami jak i normalne społeczeństwo, lub takimi jakie sobie sami stworzymy i zakceptujemy. Wszystko jest dobre co pomoże spełnić nasz jedyny obowiązek; dopłynąć do portu przeznaczenia i przynieść dochód właścicielowi statku. A jak to zrobimy, to już nikogo nie obchodzi. To nasza sprawa. Wyłącznie nasza sprawa.

W Amsterdamie był już grecki Superintendent z Pireusu. Zakupił blachy, rury, aparat spawalniczy słowem to co trzeba żeby połatać tego grata jak coś mu się coś w drodze stanie. Na Athenian Venture to normalka, zawsze tak było. Fitter i magazynier są dużej klasy spawaczami, będą na pewno potrzebni.

Miałem tam nieprzyjemną historię, nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Jest w zwyczaju że takiego Superintendenta zaprasza się na posiłki i daje kabinę na statku, chociaż ten i tak bierze diety za hotele i wyżywienie w restauracjach. Dodatkowy zarobek, niech mu tam, nie moja sprawa.

Posadzili go przy moim stoliku w messie oficerskiej steward przyniósł mu zupę, ten posmakował skrzywił się z zaznaczył że mało słona. Steward chciał mu dosolić ale odleciał kapsel z solniczki i cały ładunek soli wpadł do talerza z zupą. Super sczerwieniał na pysku i zrzucił talerz na ziemię mówiąc; UPS, sorry, niby że przez przypadek. Stewarda mało szlag nie trafił, złapał za krzesło i o mały figiel nie rozwaliłby go na greckim łbie. Szęściem Buła zauważył w porę i ryknął; Gienek do kuchni!!

Sam podszedł do Supera i z szerokim uśmiechem powiedział, Sorry Sir, I’ll just bring you another bowl of sup. Poszedł do kuchni nalał nowy talerz zupy potem rozpiął portki i w ten talerz nasikał. Dobrze zamieszał łyżką i wrzucił ją do kibla na śmieci.

Sam zaniósł talerz do messy i z najszerszym na jaki go było stać uśmiechem podał Suprowi mówiąc, This time Sir it’s gonna be salty enough, for sure.

Grek posmakował i rzekł; It’s delicious, you are very good cook, Chef. You bet I am, odpowiedział Buła. A w pentrze dodał; Nie zapomnij Gieniu wypieprzyć tego talerza i posprzątaj ten bajzel w messie. Geniu płakał ze śmiechu. Od tego czasu patrzał w kucharza jak w obraz.

Załadunek benzyny przeszedł bez problemów. W tankach mieliśmy na dnie od cholery wody, bo to pudło ciekło jak rzeszoto ale od czego polski ‘pumpmen’ po greckiej szkole. Zanim bierze się ładunek na statek przychodzi inspektor, przedstawiciel załadowcy, żeby sprawdzić czy nie ma wody w tankach. Oczywiście była, ale jest na to sposób.

Wyobraźmy sobie następującą scenę: Na pokładzie stoi „surveyor” czyli inspektor mający określić czystość tanków. Do tego celu służy plastikowa taśma miernicza zakończona miedzianym ciężarkiem o ksywie „bob”. Taśmę spuszcza się przez mały otwór zwany „peep hole” do tanku i słucha aż stuknie w dno, tyle że pierw smaruje się go specjalną „waser pastą”, która wykrywa wodę. Robi to ‘pumpman’ a ‘surveyor’ stoi i patrzy. ‘Pumpman’ zawsze przynosi z sobą puszkę z wodą, smaruje „boba” pastą i wkłada go do wody, wyciąga i pokazuje, że pasta zabarwiła się na czerwono. ‘Surveyor’ z zadowoleniem kiwa głową. ‘Pumpman’ starannie czystą szmatką wyciera „boba”, wyciąga z kieszeni pastę smaruje go i spuszcza do ładowni. Obaj słuchają aż stuknie w dno, potem ‘Pumpi’ „boba” wyciąga i pokazuje ze jest czysty jak łza. Inspektor jest zadowolony i podpisuje protokół inspekcji tanków.

W całym tym pomiarze jest jedna mała subtelna różnica, że pasta, którą posmarowany był „bob” przed spuszczeniem do tanku zrobiona jest z pasty do zębów Colgate (ta najlepsza) pomieszanej z różową kredą, bo „waser pasta” jest lekko różowa. Wizualnie jest od oryginalnej nie do odróżnienia. I potem już wszystko jest OK, „bob” obecności wody nie wykazuje, ‘surveyor’ podpisuje protokół i można zaczynać załadunek. Taki sam cyrk przy wyładunku. Zawsze robi, pod warunkiem, że ‘Pumpi’ wygląda profesjonalnie, ubrany w czyściutki elegancki kombinezon, w kasku na łbie i w ogóle jego wygląd jest doskonałym dowodem na prawdziwość mądrości ludowej brzmiącej „jak cię widzą, tak cię piszą”. To święta prawda. Kto powiedział; „nie szata zdobi człowieka” to cymbał.

Po wyjściu z portu zgodnie z przepisami należy zrobić alarm „opuszczenia statku” i jak są na burcie pasażerki to może z tego być niezłe kino. Na dzwonek z mostka całe towarzystwo leci, ile sił w nogach na pokład szalupowy, bo tam trzeba wszystkich załadować do łodzi ratunkowej i spuścić ją do pokładu. Zanim wsadzi się pasażerki do szalupy robi się pokazową lekcję zakładania kamizelek ratunkowych. Kamizelkę taką zakłada się przez głowę i specjalnymi trokami zawiązuje pod kroczem, żeby w razie skoku do wody, jak zajdzie taka potrzeba, delikwent nie wypsnął się z kamizelki i nie utonął. Biada niewieście która nieopatrznie przyjdzie na alarm w spódnicy, bo po zawiązaniu troków cała kiecka idzie do góry pokazując nogi a czasami i więcej.

Kucharzowa żoneczka była jedyną, która przyleciała w kiecce. Buła łobuz, wiedział co może być grane, ale swojej nie bąknął ani słowa. Jak mu szeptem zwróciłem uwagę czy wie co robi powiedział, „że on tak naprawdę swojej najmilszej „Biedronci” w rejs nie chciał zabierać, ale go przymusiła, to niech tera ma za swoje i uczy się marynarskiego żywota”. Do zawiązywania ‘Biedronci’ bosman wyznaczył najmłodszego matrosa, którego podejrzewano po cichu że jest „lilijka”, czyli dziewicą w męskim wydaniu. Zawsze sprawiał wrażenie, że jakby ciutkę bał się kobiet. Bosman przypominał tylko żeby „mocno wiązał coby kucharzowa żadną miarą nam się z pasa ratunkowego nie wymskła”.

No i wszystko poszło jak po maśle, ‘Biedroncia’ pokazała całej załodze jakie nosi gatki i na dodatek dość pokaźną tylną część ciała. Było co pokazywać, bo niewiasta kształtów była takich więcej Tycjanowskich, ale wytrzymała do końca nawet się czasami uśmiechnęła. Wieczorem tylko spotkałem Bułę siedzącego samotnie w kuchni i kurzącego jednego za drugim. „A tobie co, domu nie masz?” Zapytałem. Oj, powiedział „Moja” zrobiła mi ciche dni za to, że jej nie ostrzegłem, kołki mi na łbie ciosa i zaklina, że do końca życia mi tego nie zapomni. A pamiętliwa jest, do dziś mi wypomina jak na ślubie sobie ciutkie za dużo podchromoliłem i bez pomyłkie teściowej do łóżka wlazłem, czy jom zużytkowałem do dziś nie wiem, bo nie pamiętam. Tyle tylko że mamuśka żony od tego czasu miluśka dla mnie była jak nigdy dotąd”.

Morze Północne przywitało nas ładną słoneczną pogodą i był czas, żeby dokładnie przyjrzeć się statkowi. Kobiety zostawiłem pod opieką Buły, który zgłosił się na ochotnika, pewnikiem żeby odegrać się na swojej ‘Biedronci’ a steward Genek bez szemrania tyrał za niego w kuchni. Od czasu historii z greckim superintendentem Chef był dla niego jak Mahomet dla muzułmanina, Geniu wielbił go bez ograniczeń.

Trochę się moje matrosy przymilali żebym im wydał ‘bond’, czyli napoje wyskokowe, które, póki co ze względu na przepisy celne i moje własne, miałem pod kluczem. Jak dotąd odmawiałem, bo chciałem dobrą pogodę i spokojne morze wykorzystać na sprawdzenie czy wszystko jest OK, i na przygotowanie łajby do przejścia przez Atlantyk.

Musiałem ciutkę obsztorcować II oficera, bo ten jako odpowiedzialny za nawigację i wyznaczenie trasy sugerował przejście przez cieśninę Petland. Jest to cieśnina między Szkocją a Szetlandami i ta droga jest, licząc po tzw. Ortodromie najkrótsza. Wyjaśniłem Drugiemu, że zrobiłem ten błąd tylko raz w życiu. Po pierwsze dymało tak przez całą drogę ze zamiast 14 dni ‘przysztormowałem’ na redę Nowego Jorku w 27, na dodatek gdy znalazłem się w pobliżu Nowej Fundlandii przyszła taka mgła że własnego dziobu nie mogłem zobaczyć. Co więcej kanadyjski ‘Coast Guard’ meldował w obszarze, w którym się znajdowałem 200 gór lodowych i tak zwanych ‘growlersów’, czyli kompletnie zanurzonych brył lodu (tyle że taka bryłka mogłaby łatwo zatopić nawet Tytanika). Mają to do siebie, że ich nie da rady zobaczyć na radarze.

Jak mi „Radio” (czyli Radiooficer) przyniósł tą wiadomość pierw rzuciłem czapkę na ziemię i zacząłem po niej skakać a potem odmówiłem modlitwę do Świętego Antoniego, który jest patronem podróżników i złodziei. Od pogody też, bo moja świętej pamięci Babcia, ile razy robiła wielkie pranie to modliła się do Świętego Antoniego o słoneczny dzień.

Jakoś do Ameryki dopłynąłem i przysiągłem sobie, że szlakiem Wikingów (czyli drogą przez Petland) za cholerę więcej na wiosnę nie popłynę, choćby nie wiem co.

Jednego dnia na mostek przyszli do mnie Buła z Bosmanem. Buła przyniósł mi paczkę amerykanów marki Pall Mall i duży kubas kawy z wkładką. Wkładka to był irlandzki likier marki Bailey, który doskonale poprawiał jej smak. I miał promile. Już myślałem, że Szefowi znowu coś z magazynku „wyparowało” ale nie o to chodziło bo obydwoje zaznaczyli że już najwyższy czas żeby zacząć robić „jaja”. Oznaczało to, że mieli na myśli żeby pokazać będącym na burcie przedstawicielkom płci pięknej jakie trudne i niebezpieczne jest marynarskie życie.

Już chciałem ich obsztorcować, ale „jaja” zjawiły się same. Nie dokończyłem jeszcze rozmowy z Bułą i Bosmanem, który z jakiś powodów jak zobaczył wszystkie pięć niewiast rządkiem wchodzących na mostek, uciekł na pokład przez drzwi na skrzydło mostku. Jedna z nich z bardzo poważną miną zadała mi zaskakujące pytanie.

Tak się na ogół składa, że niewiasty są organizmami lubiącymi życie stadne i zawsze w grupie znajdzie się jedna bardziej zaborcza, która obarcza się sama rolą przewodniczki. W tym wypadku była nią żona IV Mechanika. Powiedziała tak: „Panie Kapitanie na pańskim statku macie jakieś dziwne i niehumanitarne praktyki, zapewne niedozwolone i pozbawione elementarnych zasad współżycia między ludźmi, marynarzami nawet”. Szybko przeleciałem pamięcią po ostatnich dniach, ale nic niehumanitarnego mi w niej nie utkwiło, w związku z czym zapytałem słodko: „A może mi Pani Droga wyjaśnić co ma Pani na myśli?” „Otóż Panie Kapitanie same słyszałyśmy jak Drugi kazał panu Jasiowi wziąć farbę i pomalować Panu Bosmanowi”, i tu ściszyła głos do jadowitego szeptu, „jaja”. Zbaraniałem i drżącym głosem wydukałem: „Chwileczkę czy może Pani dokładnie przytoczyć co Drugi powiedział?” Powiedział że pan Janek ma iść i pomalować „bosmańskie jaja”. Ulga moja była niewypowiedziana. Odpaliłem; „Rozumiem i zapraszam Panie ze mną a będziecie miały szanse być tego świadkami”.

A gdzie, jeżeli można wiedzieć, gdzie to Pan Kapitan nas zaprasza?” Jeszcze bardziej jadowitym szeptem zapytała przewodniczka stada.

A na „monkey Island” czyli na małpią wyspę. Proszę za mną.

Wtedy ta z wyraźną już złością odpaliła: „Ja proszę Pana sobie wypraszam takie żarty, ja jestem mężatka i matka dzieciom i w ogóle zaraz zadzwonię po męża”. I zadzwoniła.

Mechanik przyszedł na mostek dzierżąc w ręku pokaźny kubas z kawą. Gdy podekscytowana małżonka zdała mu relację z całego zdarzenia, sczerwieniał na twarzy, oczy mu wyszły na wierzch a potem parsknął kawą na całe stadko, które jakby szukając obrony skupiło się ciasno wokół niego. Spowodowało to chwilową konsternację, lecz zaraz potem mechanik otarł łzy i z bardzo poważną miną wydukał: „No cóż, to chodźmy razem na ten ‘monkey island’ zobaczyć jak maluje się bosmańskie jaja”. Niewiasty uwierzyły i poszliśmy.

Była z tego potem kupa śmiechu. (Wyjaśniam, że „monkey island” to tzw. pokład namiarowy – inaczej w morskim języku zwany pokładem pelengowym a bosmańskie jaja to gwarowa nazwa kul kompensacyjnych, które tkwią po obu stronach kolumienki kompasu magnetycznego. Są ta kule stalowe ok. 20 cm średnicy, służą do kompensacji dewiacji i przedsiębiorczy drudzy oficerowie, mający kompasy magnetyczne pod swoją opieką, zwykle je malują, żeby ładnie wyglądały, lewa na czerwono, prawa na zielono).

To stopiło lody i zdecydowałem się, że czas nastąpił abyśmy naszemu żeńskiemu stadku umilili nieco życie. Powiedziałem Szefowi żeby coś dobrego upiekł, Radzikowi żeby nastroił się muzycznie, co oznaczało przygotowanie nagrań z piosenkami i zamontowanie odbiornika w messie oficerskiej.

Organizację pozostawiłem oczywiście w rękach niezastąpionego Ochmistrza jak również poleciłem mu otworzyć kantynę i wydać po pół butelki czegoś mocniejszego na twarz.

Party miało być zorganizowane dnia następnego, jako że szczęśliwym zrządzeniem losu była to właśnie sobota a potem niedziela, dzień wolny od pracy, co dawało możliwość zrelaksowania się po, być może uciążliwym, przynajmniej dla szczęśliwych posiadaczy swych ‘lepszych połówek’, wieczorze. Tym razem im trochę zazdrościłem.

Pogoda, póki co, była taka, że pozazdrościć, przelot przez Atlantyk w takich warunkach szykował się na około dwóch tygodni i żeby zabić monotonię podróży pomyślałem sobie, żeby wynaleźć Chrzest Zwrotnikowy. Wszyscy, nawet lądowe szczury, słyszeli o Chrzcie Równikowym, ale Zwrotnikowego jeszcze nie było. Był za to Podbiegunowy, sam go wymyśliłem, jak okrążaliśmy od Północy Islandię. Załoga dostała potem po kielichu, certyfikaty chrztu i była dobra zabawa.

Panem et Circenses’, „Chleba i Igrzysk” to już przez Rzymian wymyślona recepta na spokój i pokój w każdym większym czy mniejszym zgromadzeniu przedstawicieli ludzkiej rasy. Wiadomo, że z nudów zaczynają się gryźć, a do tego nie wolno dopuścić.

Statek to sztuczny twór, ludzie stłoczeni, jak sardynki w puszce, na małej powierzchni nie mają zbyt dużo prywatności, rodzą się konflikty, animozje, czasami nawet nienawiści i akty agresji. Na to pomagają tylko dwie rzeczy „chleb i igrzyska”. Na to pierwsze miałem mojego kucharza, o drugie musiałem zadbać sam. Czasu na przygotowanie nie było dużo, w Sobotę i tak już mieliśmy zaplanowane party a następny dzień byłby idealny. Wolny od pracy, pogoda dobra a potem nigdy nie wiadomo. Atlantyk Północny lubi przynosić niespodzianki, szczególnie wiosną.

Musiałem zmobilizować sztab Neptuna. Sobota na statku jest dniem roboczym, ale tylko do południa, resztę dnia przeznacza się z reguły na porządki. No ale mając na burcie nasze „stadko” statek lśnił czystością okrągły tydzień. Składało się też szczęśliwie, że statek ten już kiedyś przechodził równik i w magazynku Ochmistrza pozostały wszystkie utensylia potrzebne do zorganizowania chrztu równikowego jak broda Neptuna, korona, trójząb, ogony diabłów morskich i co tam jeszcze.

Tak że już w sobotę od samego rana Bosman, Ochmistrz, oczywiście z nieodłącznym Bułą zabrali się do roboty. Wygoniłem z mostku III Oficera do pomocy a sam za niego wziąłem wachtę. Nawet Drugi kazał się obudzić o 8 rano, żeby pomóc. Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że Buła będzie Neptunem, tuszą dorównywał małżonce, mordę miał wielką jak ceber a dłonie każda jak dekiel od sracza. Idealny król Mórz i Oceanów. U Ochmistrza zachował się tekst przysięgi morskiej, Bosman z IV Mechanikiem przygotowali smarowidła będące mieszanką towotu, zużytego oleju silnikowego i czegoś tam jeszcze, steward Geniu wysilał intelekt tworząc napój miłosny, którego kielich podawany był każdej nowicjuszce. Była to mieszanka ketchupu, musztardy sarepskiej, oleju rzepakowego a Drugi poleciał do apteczki i z diabolicznym uśmieszkiem przyniósł butelkę oleju rycynowego (wyjaśniam że na buteleczce jest nazwa ‘Castor Oil’. Miał tego spory zapas, a jak mu zwróciłem uwagę, żeby zachował coś dla marynarzy to odrzekł z uśmiechem: „Nie warto ten i tak przedawniony, mam tego więcej”.

Nie byłem pewien czy to dobry pomysł, alem zaznaczył, żeby nie wlewał za dużo.

Sobotnie party było bardzo udane. Nikt się nie kłócił, nikt nie spierał, nie było niewieścich uwag w rodzaju; „nie pij tyle bo ci szkodzi”, „nie chuchaj na mnie” czy „spać to dziś będziesz na kanapce” i temuż podobnież.

Najwyraźniej nasze stadko po wczorajszym lapsusie z bosmańskimi jajami czuło się nieco winne i dlatego zachowywało się niezwykle przyzwoicie. Nawet kucharzowa „Biedrońcia” dała z siebie wszystko, jej to podobno dziełem była wspaniała szarlotka z jabłkami, którą uraczył nas dział hotelowy. Trunków było w sam raz, żeby mieć dobry humor, ale zdecydowanie za mało, żeby zacząć czuć „blusa”.

Niektórzy usiłowali molestować Ochmistrza, żeby im wydał jeszcze jedną butelczynę ale ten odmawiał gdyż kategorycznie tego zabroniłem.

Zresztą, zaraz po wyjściu w morze na zebraniu załogi poruszyłem ten temat a zasadę mam prostą: pić wolno, pijanym być nie. Tak już mówiłem od lat i generalnie nie miałem większych problemów. Zdarzali się tacy którzy argumentowali, że wódka jest dla ludzi, na co odpowiadałem: „Panowie ten argument słyszałem już setki razy i oczywiście w stu procentach się z nim zgadzam, niefortunnie przestałem w niego wierzyć, bo ci co go najczęściej używali po wypiciu zbyt często ludzi mi nie przypominali. A to że tak myślę to nie jest moja wina tylko wasza, w związku z tym jeszcze raz powtarzam zgadzam się że wódka jest dla ludzi tylko pierw muszę być absolutnie pewien że ten któremu ją daję zasługuje na to miano”.

I co? zaczęto klaskać, tyle że tylko panie, marynarze nie. Z wyjątkiem kucharza, ale ten mi zawsze robił klakę.

Niedzielny ranek był piękny, niebo jak kryształ a morze tylko ciutkę pofalowane. W messie znalazłem o 7 rano Gienia Stewarda, a jak go zacząłem wypytywać co tu robi to pod pewnym przymusem wyznał że w swojej kabinie nie mógł spać. Dlaczego? zapytałem. Ano szef pogodził się z panią „Biedrońcią” i pewnikiem nadrabiał zaległości. Cóż, rzeczywiście, ściany na statkach są niezwykle akustyczne.

Imprezę Chrztu Zwrotnikowego wyznaczyliśmy na godzinę 1400. Na pokładzie położono parę siatek ładunkowych, wystawiona bom żeby na nim „suszyć” krnąbrnych neofitów, przygotowaliśmy dwie „stacje obsługi klientów” jedna do smarowania delikwenta różnymi dziwnymi ingrediencjami, druga do poczęstowania eliksirem miłości Neptuna i brezentowy rękaw przez który musiały przejść neofitki aby doczołgać się do stóp Jego Wysokości pana Mórz i Oceanów. Obok Ochmistrz przygrywał na akordeonie a Chief Mechanik zrobił sobie perkusję z pokrywek na garnki co spowodowało, że Neptun zerkał na perkusistę surowym wzrokiem gdy ten zbyt mocno walił w pokrywki w obawie żeby mu ich nie powyginał.

Tym razem Buła poinstruował małżonkę, żeby broń Boże nie zakładała biustonosza bo prąd wody w rękawie i tak go zerwie, a zamiast tego włożyła zapiętą pod szyję mężowską koszulę. Co i tak niezbyt jej pomogło bo Bosman robiący za diabła był starym wyjadaczem i jak „Biedrońcia” raczkowała w rękawie puścił strumień wody z drugiej strony co spowodowało że koszula zjechała jej na głowę tak że wylazła z rękawa świecąc niezwykłych rozmiarów biustem. I nie tylko, sempiterną też. Tyle że tym razem nawet się nie zezłościła.

W tym coś musi być, najwyraźniej płeć piękna lubi obnażać się w obecności samców. Często, zresztą, bez względu na wiek, czy nadwagę. O ile się nie mylę nazywa się to instynktem prokreacji. Wygląda na to że kucharzowa „Biedrońcia”, po ostatniej nocy, jeszcze takowy odczuwała.

Wszystko skończyło się szczęśliwie, radości było co niemiara a na kolację była prawdziwa peklowana polska golonka a Ochmistrz dostał polecenie, żeby wyciągnąć z magazynku parę kartonów piwa.

Towarzystwo w szampańskich humorach, krótko przed północą rozeszło się to kajut.

Następnego dnia rano na kanapce w messie znalazłem nie Gienia, a śpiącego kucharza. Zły był jak pies, niewyspany i przeklinał z cicha pod nosem.

Rany, mówię co się stało, znowu podpadłeś Biedrońci?”

Nie, tym razem cosik jej zaszkodziło i całom kabinę mnie zafajadała. Bez przerywania snu. Śmierdzi jak wszyscy diabli”.

Te, (Szef mówił mi Ty, jak inni nie słyszeli) a na co tak faktycznie jest ten Kastor Oil?”

To nie wiesz?” Odparłem. „Na przeczyszczenie, to po ichniemu olejek rycynowy”.

Panienko Przenajświętsza”, wyjęczał Szef, „a Drugi mi powiedział że to afrodyzjak, a ja nie kapłem się i sam, idiota, całom butelkie jej ekstra do komputu dolałem, zabiję drania. Jak Bóg w niebie, zabiję”

Poleciałem na mostek zapowiedzieć Trzeciemu, żeby jak będzie budził Drugiego na wachtę to niech mu poradzi, że jak chce żyć to nich nie idzie na lunch. Przynajmniej jak ‘Chefe’ będzie w pobliżu. Na pewno Drugi zrozumie i posłucha.

Atlantyk, póki co jeszcze łagodny, ale gdzieś tam daleko, na Biskaju pewnie, dymało, bo martwa fala kołysze statkiem. Czasami to jest gorsze od sztormu, bo wiatr niejako przytrzymuje statek, na martwej fali zaś ta skorupa kiwa się jak Żyd w bóżnicy.

Co rano robię inspekcje pokładu, nie wiem czego szukam, ale patrzę, dotykam ręką kadłuba, staram się wyczuć wibracje, szukam odkształceń, pęknięć wszystkiego, każda maleńka rysa może mieć znaczenie. Słucham, też. Mało kto wie, że statek wydaje głosy, stęka, jęczy, słychać trzaski, chrapanie, szum przelewającego się z burty na burtę ładunku. Czasami też słychać grzechotnika. Jak coś co się urwało, odłamało to poddawane wibracjom wydaje często dźwięk przypominający grzechotanie.

Coś mi siedzi w środku, zaczynam się bać. Przez lata pracując u Kiriakou pogrywałem z Neptunem, oszukiwałem jak mogłem i dotąd się udawało.

Tylko jak długo tak można, kiedyś Pan Mórz i Oceanów się wkurzy i pokaże mi swe gniewne oblicze. Wtedy zaś nie tylko ja mogę zostać ukarany, lecz mogę pociągnąć za sobą wielu niewinnych ludzi. Cholera to już ostatni raz, jak wrócę do domu to pies tańcował z Kiriakiem i jego pieprzonymi dolarami, za złotówki też można żyć.

A może poszukam szczęścia gdzie indziej. Słyszałem, że jeden taki pojechał do Hamburga i tam tak długo łaził po statkach aż go zatrudnił jakiś Panamczyk. Chwalił sobie jak cholera, mówił, że Grek w porównaniu z Panamczykiem to świnia i sadysta.

I tak pływał latami, tyle że do Polski nie mógł wrócić, bo by mu nie wydali nowego paszportu, ale jak długo był za granicą to musieli, bo to ich obowiązek wydawać, jak obywatelowi się skończy. Jak go straszyli, że następnym razem mu już nie przedłużą, to gadał; „Nie dacie, to poproszę o azyl, jak chcecie”. I wydawali, tyle że on do Ojczyzny kochanej nie wracał, a ze starą i dzieciakami spotykał się w Czechosłowacji.

Ale i to może się skończyć, patrzy, że w Polsce idą zmiany, może za rok czy dwa, nie trzeba będzie dawać tym „krwiopijcom z Polserwisu” kluczyków od samochodu za załatwienie kontraktu. I nie będzie trzeba całować w dupę tego greckiego armatora żeby ci dał robotę.

I wykrakałem, na wspominki mi się zebrało, psia krew. Zaraz po przerwie obiadowej zaczął się rejwach jak diabli, marynarze znaleźli „krak” (pęknięcie) w pokładzie zaraz przy ‘manifoldzie’ (to jest miejsce na śródokręciu gdzie wszystkie rury mają połączenie z tymi które pompują ładunek), jeden z moich poślizgnął się na pokrytym benzyną deku, bo wychlapywało z tanku i wleciał do dziury. Dobrze, że się zaklinował, bo był nieco tłusty, to wyciągnęliśmy. Cały był w benzynie i zanim go wzięliśmy do ambulatorium trzeba było wszystko z niego zdjąć i zostawić na pokładzie. No i go szlauchem opłukać.

Kiepsko wyglądał, obmacałem go ze wszystkich stron, był mocno podrapany ale żywy, nałykał się trochę oparów benzyny i wyglądało na to że się może zaraz porzygać no i chyba mu „poszło” parę żeber. Na to jest tylko jedna rada, obwinąć delikwenta ciasno i ma spokojnie leżeć. Pierwsze trzy doby to nawet sikać ma przez rurkę. Dostał Pyralgin, opatrunek i do wyra. Bogu dzięki że tylko tyle mu się stało, jak by była większa dziura to by wleciał do tanku a wtedy ‘kaplica’.

Palanty z Pireusu zabronili robić protokół powypadkowy, żeby się nie wydało że były pęknięcia w kadłubie. No to jak tak, to powinni płacić za leczenie sami, ale nie płacili, chłop nie pracował, nie zarabiał to nie miał płacone, jego wina powiadali, mógł nie wpadać w dziurę.

Supervisor’ z Pireusu sugerował żeby go jeszcze liczyć dychę za jedzenie, tak jak żony. Wtedy mnie jasny szlag trafił i mu powiedziałem żeby mnie nie denerwował bo mam problemy ze statkiem a jak koniecznie musi, to następnym razem Buła mu nasra do gulaszu, a on i tak nie pozna bo jak jego greckiemu podniebieniu smakowała zupka z polskich szczyn, to gulasz z kucharzowym łajnem, też obleci.

Nie wiem czy mi na to odpowiedział czy nie, bo łączność została przerwana. ‘Zemgliło’ go może.

Cholera z nimi, wszystko ma swoje granice, niechby już ta Solidarność wreszcie zwyciężyła i dalibyśmy se spokój z draniami typu Kiriaka i jego przydupasami. Dziwne tylko że Pasek i Pietraszek chociaż Polacy, dla niego pracują, cóż wszystko w życiu ma swoją cenę, dla nich widocznie byle robić kasę, reszta się nie liczy. Nawet za koszt ludzkiego życia, tak jak w wielu przypadkach w tej firmie. Nawet i w naszym przypadku, myśmy wypłynęli w ten rejs wiedząc, że bez łutu szczęścia nie dopłyniemy, ale tak uczciwie to nie byłem pewny, że ono przyjdzie.

Neptuna nie powinno się lekceważyć. Można stracić życie.

Mało, że mamy przeciek na pokładzie to Bosman zauważył następnego dnia że za statkiem ciągnie się tęczowa strużka. Poleciałem na dek (pokład), myśląc że to może cieknie z pokładu, ale nie, jak fala była nisko to widać strumyczek cienki jak palec metr powyżej linii wodnej, trzeba obrócić się żeby przeciek był na zawietrznej i zatkać.

Trzeba powiedzieć Bule żeby siedział na pokrywce bo może kiwać jak diabli, a „stokrotkom” zapodać że niech lepiej nie odchodzą daleko od toalety bo je może zebrać na rzyganie. A Buła niech swojej raczej do kuchni nie wpuszcza, na kolacje fasolka po bretońsku.

Wstałem o 0400 wygnałem Chiefa z mostku a ten poleciał do CCR (Cargo Control Room) żeby odbalastować dziurawą burtę i coś z tym fantem zrobić. Żadne spawanie nie wchodziło w rachubę, to chyba pozostaje zrobić kołek z kija od szczotki do zamiatania, potem spuści się faceta z młotkiem co zabije tą cholerną dziurę tym wystruganym kołkiem. Potem utniemy, żeby nie wystawał przykleimy na ‘Crazy Glue’ (to taki uniwersalny klej) kawał starej mapy, bo papier dobry, zamaluje się i statek będzie jak nowy, no po grecku nowy.

Oni tak zawsze, tyle numerów co u nich, to jeszcze jak długo żyję, nie widziałem.

No ale być może kiedyś ktoś inny o tym napisze, ja mogę, najwyżej opowiedzieć greckie przekręty Świętemu Piotrowi.

Cholera, radio przyniósł mi ‘Forecast’ (Serwis Pogodowy), czyli prognozę pogody; duży niż w okolicach Azorów, a blisko wyż prawie tam gdzie jesteśmy. Jak się te dwa szybko przesuną, będzie dymało jak wszyscy diabli. Wieczorem mamy już wszystkie symptomy przyszłego sztormu. Niebo w chmurach, Eol na razie z cichutka pogwizduje w antenach, a mnie ciarki po pierwszej krzyżowej latają.

I tak pływał latami, tyle że do Polski nie mógł wrócić, bo by mu nie wydali nowego paszportu, ale jak długo był za granicą to musieli, bo to ich obowiązek wydawać, jak obywatelowi się skończy. Jak go straszyli, że następnym razem mu już nie przedłużą, to gadał; „Nie dacie, to poproszę o azyl, jak chcecie”. I wydawali, tyle że on do Ojczyzny kochanej nie wracał, a ze starą i dzieciakami spotykał się w Czechosłowacji.

Ale i to może się skończyć, patrzy, że w Polsce idą zmiany, może za rok czy dwa, nie trzeba będzie dawać tym „krwiopijcom z Polserwisu” kluczyków od samochodu za załatwienie kontraktu. I nie będzie trzeba całować w dupę tego greckiego armatora żeby ci dał robotę.

I wykrakałem, na wspominki mi się zebrało, psia krew. Zaraz po przerwie obiadowej zaczął się rejwach jak diabli, marynarze znaleźli „krak” (pęknięcie) w pokładzie zaraz przy ‘manifoldzie’ (to jest miejsce na śródokręciu gdzie wszystkie rury mają połączenie z tymi które pompują ładunek), jeden z moich poślizgnął się na pokrytym benzyną deku, bo wychlapywało z tanku i wleciał do dziury. Dobrze, że się zaklinował, bo był nieco tłusty, to wyciągnęliśmy. Cały był w benzynie i zanim go wzięliśmy do ambulatorium trzeba było wszystko z niego zdjąć i zostawić na pokładzie. No i go szlauchem opłukać.

Kiepsko wyglądał, obmacałem go ze wszystkich stron, był mocno podrapany ale żywy, nałykał się trochę oparów benzyny i wyglądało na to że się może zaraz porzygać no i chyba mu „poszło” parę żeber. Na to jest tylko jedna rada, obwinąć delikwenta ciasno i ma spokojnie leżeć. Pierwsze trzy doby to nawet sikać ma przez rurkę. Dostał Pyralgin, opatrunek i do wyra. Bogu dzięki że tylko tyle mu się stało, jak by była większa dziura to by wleciał do tanku a wtedy ‘kaplica’.

Palanty z Pireusu zabronili robić protokół powypadkowy, żeby się nie wydało że były pęknięcia w kadłubie. No to jak tak, to powinni płacić za leczenie sami, ale nie płacili, chłop nie pracował, nie zarabiał to nie miał płacone, jego wina powiadali, mógł nie wpadać w dziurę.

Supervisor’ z Pireusu sugerował żeby go jeszcze liczyć dychę za jedzenie, tak jak żony. Wtedy mnie jasny szlag trafił i mu powiedziałem żeby mnie nie denerwował bo mam problemy ze statkiem a jak koniecznie musi, to następnym razem Buła mu nasra do gulaszu, a on i tak nie pozna bo jak jego greckiemu podniebieniu smakowała zupka z polskich szczyn, to gulasz z kucharzowym łajnem, też obleci.

Nie wiem czy mi na to odpowiedział czy nie, bo łączność została przerwana. ‘Zemgliło’ go może.

Cholera z nimi, wszystko ma swoje granice, niechby już ta Solidarność wreszcie zwyciężyła i dalibyśmy se spokój z draniami typu Kiriaka i jego przydupasami. Dziwne tylko że Pasek i Pietraszek chociaż Polacy, dla niego pracują, cóż wszystko w życiu ma swoją cenę, dla nich widocznie byle robić kasę, reszta się nie liczy. Nawet za koszt ludzkiego życia, tak jak w wielu przypadkach w tej firmie. Nawet i w naszym przypadku, myśmy wypłynęli w ten rejs wiedząc, że bez łutu szczęścia nie dopłyniemy, ale tak uczciwie to nie byłem pewny, że ono przyjdzie.

Neptuna nie powinno się lekceważyć. Można stracić życie.

Mało, że mamy przeciek na pokładzie to Bosman zauważył następnego dnia że za statkiem ciągnie się tęczowa strużka. Poleciałem na dek (pokład), myśląc że to może cieknie z pokładu, ale nie, jak fala była nisko to widać strumyczek cienki jak palec metr powyżej linii wodnej, trzeba obrócić się żeby przeciek był na zawietrznej i zatkać.

Trzeba powiedzieć Bule żeby siedział na pokrywce bo może kiwać jak diabli, a „stokrotkom” zapodać że niech lepiej nie odchodzą daleko od toalety bo je może zebrać na rzyganie. A Buła niech swojej raczej do kuchni nie wpuszcza, na kolacje fasolka po bretońsku.

Wstałem o 0400 wygnałem Chiefa z mostku a ten poleciał do CCR (Cargo Control Room) żeby odbalastować dziurawą burtę i coś z tym fantem zrobić. Żadne spawanie nie wchodziło w rachubę, to chyba pozostaje zrobić kołek z kija od szczotki do zamiatania, potem spuści się faceta z młotkiem co zabije tą cholerną dziurę tym wystruganym kołkiem. Potem utniemy, żeby nie wystawał przykleimy na ‘Crazy Glue’ (to taki uniwersalny klej) kawał starej mapy, bo papier dobry, zamaluje się i statek będzie jak nowy, no po grecku nowy.

Oni tak zawsze, tyle numerów co u nich, to jeszcze jak długo żyję, nie widziałem.

No ale być może kiedyś ktoś inny o tym napisze, ja mogę, najwyżej opowiedzieć greckie przekręty Świętemu Piotrowi.

Cholera, radio przyniósł mi ‘Forecast’ (Serwis Pogodowy), czyli prognozę pogody; duży niż w okolicach Azorów, a blisko wyż prawie tam gdzie jesteśmy. Jak się te dwa szybko przesuną, będzie dymało jak wszyscy diabli. Wieczorem mamy już wszystkie symptomy przyszłego sztormu. Niebo w chmurach, Eol na razie z cichutka pogwizduje w antenach, a mnie ciarki po pierwszej krzyżowej latają.

No i wykrakałem, dobrze, że dziura załatana i nic już nie cieknie.

Północ, Eol – rzymski bożek wiatru, już nie pogwizduje, a ryczy. „Cholera, Panie Boże ratuj, ja tak znowu mocno w życiu nie grzeszyłem a na dodatek, co te biedne niewiasty winne, dzieci mają, do jasnej Anielki”.

No, udało się. Dwa dni i po sztormie, jakoś jeszcze się unosimy na wodzie. „Stokrotki” już odżyły, niejedna swoje odrzygała, jeszcze bladziutkie, ale pierwsze objawy wracającej werwy już czuje się w powietrzu. Ciekawe co nowego teraz wymyślą?

Stara’ IV-ego Smarowoza (tak subtelnie my Nawigatorzy nazywamy mechaników) jest, w cywilu, bodajże, przedszkolanką, no to jest nadopiekuńcza, ale i wie doskonale, że nuda jest najbliższą kuzynką rozróby. Coś nowego wymyślą, to pewne. Może zaproponować przyśpieszony kurs angielskiego, w końcu płyniemy do USA.

Na ‘oko’ niby wszystko, jak mówią Górale „gro a bucy” ale została jeszcze potężna „martwa fala”. Kiwa tylko jak wszyscy diabli, ale póki co, jeszcze żyjemy.

Po północy marynarz wachtowy załomotał do mojej kabiny; „Panie Kapitanie Drugi prosi na mostek i to asap (to gwarowe, pochodzi od ‘as soon as possible’).

Wyleciałem w gaciach, a na mostku drugi kręci „kubłem” (kubeł to silny reflektor, którym można obracać z mostku, a jest na ‘pelengowym’, czyli ‘monkey island’), starając skierować toto na dziób. ‘Skipper” (to w marynarskim ‘slangu’ – kapitan) zaryczał; „dziób nam chyba, kurwa, odleciał”. Złapałem za lornetkę i faktycznie DZIOBU NIE MA!! Co zobaczyłem? Fale wchodzące na pokład od dziobu miały dziwna tęczową barwę. Już wiedziałem, zaryczałem: „wachtowy budzić Radzika a Ty, drugi dzwoń na alarm „Opuszczenia Statku”. Aby dać świadectwo prawdzie, czy należy opuścić statek, jeszcze nie wiedziałem, ale na taki alarm cała załoga ubiera pasy ratunkowe, no i w razie czego mogłoby nie być czasu, żeby lecieć do kabin po pasy, w wypadku, gdyby nie wzięli ich z sobą. Kazałem tylko ogłosić przez intercom, żeby Broń Boże nikt nie wychodził na pokład szalupowy, ale żeby wszyscy siedzieli w środku. Na mostek przyleciał Radzik a za nim Buła i Gieniu (ten miał w obowiązkach zabierać szalupową radiostację z radiokabiny). Jak zerknął co się święci zobaczyłem, że wargi mu latały. Radzik rozgrzał „katarynę” czyli ‘duże radio’ i zaczął ryczeć do mikrofony ‘Mayday, Mayday, this is polish tanker Athenian Ventu…

Wtedy „pieprznęło” zobaczyłem morze ognia, poszły szyby na mostku a do środka zaczął wdzierać się gorący dym. Genio ryknął jak zarzynany i przytulił się do mnie, jak mały dzieciak, a takim przecież tak na prawdę był. Przytuliłem go mocno tak żeby nie mógł już patrzeć i zacząłem: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…..’ A potem była już czarna, śmierdząca pustka. Poczułem że tli się na mnie ubranie.

To już koniec, przez moment zobaczyłem twarze żony i dzieci i z tym obrazem w oczach umarłem…….

TAK OTO Z WINY OSZCZĘDZAJĄCEGO NA WYDATKACH ARMATORA 29-CIU OBYWATELI RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ PRZENIOSŁO SIĘ DO WIECZNOŚCI.

Niech im morska otchłań lekką będzie. Chwała ich pamięci.

Dies levat luctum

(Czas przynosi ulgę w smutku)

Napisał:

Kapitan Żeglugi Wielkiej Zbigniew Wojciech Gamski (Emeritus)

Master Mariner / member of the Nautical Institute of London United Kingdom

Wejście Smoga

Mieszkasz w zanieczyszczonym środowisku? Będziesz żyć o 20 proc. krócej!

Przez natężenie zawieszonych w pyle związków siarki, azotu, amoniaków a także sadzy i innych związków organicznych, prawie 40% Polaków skarży się na alergie. Już w ciągu minuty od wdechu szkodliwych cząsteczek są one w stanie przeniknąć nawet do najdalszych narządów (mózgu, serca, wątroby czy nerek). Polska plasuje się w europejskiej czołówce krajów, w których oddycha się najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Jaki wpływ na zdrowie ma benzopiren, którego w żadnym kraju UE nie ma tyle, co u nas? Według Światowej Organizacji Zdrowia przez smog przeciętny mieszkaniec Unii Europejskiej żyje o 8 miesięcy krócej niż wynosi jego statystyczna oczekiwana długość życia. Polacy żyją przez niego o kolejne 2 miesiące mniej niż powinni. W sumie przez zatrute powietrze nasze życie jest około 20 proc. krótsze. Nie można zapominać też o tym, że toksyny mają również niebagatelny wpływ na roślinność, glebę i wodę przyczyniając się do znacznego obniżenia naszej jakości życia. Z powodu szkodliwego wpływu zanieczyszczeń powietrza na zdrowie każdego roku umiera 43 tysiące Polaków.

Trzeźwymi Bądźmy

Zagrożenia XXI wieku mają zasięg globalny. Są one wynikiem nieprzemyślanej działalności człowieka, który tym samym staje się odpowiedzialny za swe własne losy, walkę o przetrwanie, a także kierunek rozwoju. Do takich zagrożeń dziś zaliczyć np. należy: nieprzestrzeganie praw człowieka, konflikty zbrojne, ataki terrorystyczne, ochrona życia, niesprawiedliwy podział dóbr, bezrobocie, uzależnienia, przestępczość, homoseksualizm i prostytucja, choroby, brak ochrony środowiska naturalnego. Lista zagrożeń cywilizacyjnych jest o wiele dłuższa. Ograniczyłem się do wymienienia najważniejszych. Naiwne byłoby przekonanie, że wystarczy o tych problemach głośno mówić, aby je rozwiązać. Najważniejsze jest przemyślane i zorganizowane działanie. Uważam, że każdy człowiek powinien zdać sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie mogą wyniknąć z lekceważenia zagrożeń naszej cywilizacji. Niniejszym nawiązuję do ostatniego z wymienionych powyżej zagrożeń, jakim jest ochrona środowiska naturalnego. Jego stopniowa degradacja może skutecznie przyczynić się do unicestwienia naszego gatunku i to z naszej własnej winy. We współczesnej cywilizacji wielkich ośrodków miejskich i przemysłowych, po wielu rewolucjach technologicznych, wynikiem nieudolnej gospodarki surowcami wtórnymi jest zatrważająca ilość odpadów, trujących ścieków, związków chemicznych, z których neutralizacją przyroda powoli przestaje sobie radzić. Anomalia klimatyczne związane z zanieczyszczeniem środowiska naturalnego są odczuwane przez mieszkańców naszej planety nie od dziś. Bardziej uświadomione na temat zagrożeń osoby, na pewno słyszały o efekcie cieplarnianym (spowodowanym niszczeniem powłoki ozonowej atmosfery, w wyniku czego powstaje tzw. dziura ozonowa) i idącymi w ślad za tym zmianami klimatycznymi. Globalne ocieplenie klimatu może prowadzić do podwyższenia się poziomu wód powierzchniowych, w związku z czym istnieje realne niebezpieczeństwo zatopienia siedlisk ludzkich (co już się dzieje, Seszele, Hawaje i inne wyspy Melanezji i Mikronezji odczuwają już problem podniesienia się poziomu morza). Poza tym ingerencja w przyrodę jest powodem częstych kataklizmów, np. trzęsień ziemi, powodzi, susz. Wizja przyszłości świata jest bardzo nieciekawa. Człowiek coraz częściej odcina się od kontaktu z naturą, przez co pogarsza się jego samopoczucie, staje się rozdrażniony, przytłoczony, trudno mu się porozumieć z otoczeniem, czego wynikiem są liczne konflikty w domu, w pracy i inne. Moim zdaniem częste przebywanie na łonie natury poprawia nasze samopoczucie, sprawia, że jesteśmy odprężeni i pozytywnie nastawieni do świata. Dlatego też ochrona środowiska naturalnego powinna się stać obowiązkiem każdego z nas.

W związku z powyższą intencją i prawem statutowym naszej organizacji: Towarzystwo Miłośników Natury, chcemy wziąć aktywny udział w akcji oczyszczania naszego Globu ze wszystkiego co może spowodować jego zniszczenie. Promujemy kulturę fizyczną oraz racjonalną organizację czynnego wypoczynku na łonie natury. Czujemy się, jak każdy obywatel Matki Ziemi, zobligowani do kształtowanie obrazu Świata. Popieramy działania, które zmniejszą zagrożenie zaśmiecania środowiska naturalnego. Jest coś co noe tylko pomoże zachować czystości środowiska naturalnego ale pomoże potrzebującym, a takich jest zawsze wielu. Wiemy że ogrom sklepów małych i supermarketów, w szczególności spożywczych, wyrzuca produkty nie sprzedane w terminie bezpośrednio do śmietników, skąd przewożone są na śmietniska jako odpady. Z obserwacji wynika, że zaledwie około 50% tych odpadów podlega utylizacji. Jako dobry obserwator miasta Świnoujście, dysponujący czasem i doświadczeniem, mogę stwierdzić co znajduje się w śmietnikach ustawionych w obrębie dużych sklepów typu: Biedronka, Żabka, Polo, Netto i innych, a także w Dzielnicy Nadmorskiej miasta Świnoujścia, przy ośrodkach wczasowych i hotelach. Otóż można tam znaleźć całkiem pokaźne ilości jadalnej żywności. I tu pozwalam sobie nadmienić, że jest wiele osób w naszym kraju, które zmuszone są ze względu na straszliwie niskie emerytury i zasiłki, bardzo chętnie by skorzystało z możliwości wykorzystania nadających się do konsumpcji artykułów do swych własnych celów. W innym przypadku produkty usunięte z półek sklepowych zanieczyszczą środowisko, zmarnują się, a przecież mogłyby posłużyć do nakarmienia dziesiątek głodnych rodzin. Uczmy się od naszych zachodnich sąsiadów, tam pozostałe jedzenie wystawiane jest w pobliżu sklepów, żeby było dostępne dla potrzebujących (u nich być w potrzebie to nie żadna hańba) a gdy coś z tego zostanie, dopiero wtedy przechodzi do kolejnego etapu – utylizacji. Sa też organizacje, złożone z płatnych pracowników, ale i armii wolontariuszy, którzy kolekcjonują usunięte z półek sklepowych produkty i dostarczają je bezpośrednio do potrzebujących, albowiem jest wielu takich, którzy już nie są w stanie zadbać o siebie bez pomocy. Społeczeństwo polskie starzeje się, zasiłki i emerytury nie rosną, a jedzenia na zbyciu jest zawsze pod dostatkiem.

I tym akcentem kończę swój referat odnosząc się do Administracji Państwowej i Odpowiedzialnych Służb, – Myślmy trzeźwo, pomagajmy sobie nawzajem i dbajmy, żeby nasze plany pomogły chociaż trochę poprawić nasze dość ‘zabagnione’ stosunki z Naturą. Jeżeli tego nie zrobimy na czas to Natura zastąpi nas innymi bardziej dbającymi o jej potrzeby organizmami. Pomóżmy też sobie samym.

Prezes Andrzej Kondracki

ZARZĄD: Towarzystwo Miłośników Natury

www.sosvoxpopuli.pl