List z morskiej otchłani

Czytelnicy. Napisałem to jakiś czas temu i myślę, że teraz jest pora, żeby to opublikować. Jest to fikcja. Tak nie było. Przez jakiś czas byłem tak bardzo zafascynowany tragedią tankowca „Athenian Venture”, że poniosła mnie fantazja. Może się spodoba. Katastrofa tego statku nie może być zapomniana albowiem wierzę że krzywda ludzka nie może podlegać przedawnieniu.

Uwaga! Osoby i fakty zawarte w poniższym tekście są częściowo fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób, żyjących lub zmarłych, jak również analogie dotyczące ich postępowania jest spowodowane literacką imaginacją.

List z morskiej otchłani

Dear Captain

I’m writing that letter because I promised that to the man who just died in care of our hospice.

I’m Michelle Eving the Head Nurse of the After Burn Care Unit, Halifax, Nova Scotia.

We have had in our facility a man, who just died after 29 years of our care. He was found on the beach, in 1988 and brought to our hospital by local fisherman. He was in horrible condition, but he survived, I’d say, by miracle. He never spoke a word and we were never able to recover his name, nationality and where he was coming from. He, however, after intensive training, was able to communicate with eyes blinking, so he asked for special computer which is making slow writing with use of stick, kept in his mouth, possible. He demanded that, whatever he wrote will be delivered to any Polish Master Mariner specializing in transportation of Crude Oils and Petroleum Products through the water. Therefore, following his request, I found you. Do with that writing whatever you think is a right thing to do.

Kind Regards

Michelle Eving

Halifax, Nova Scotia

Nazywam się Marek Umięcki – kapitan.

Zdecydowałem się napisać historię moją i tego statku gdyż nie wiem jak potoczą sie moje losy, jak potoczą się losy nas wszystkich. Moim statkiem jest tankowiec Athenian Venture. Jest sztorm 10 w skali Beauforta, stan morza 8. Jesteśmy na Atlantyku Północnym, jest 19 kwiecień 1988. Na burcie 24 członków załogi i pięć żon, które popłynęły z nami. Jesteśmy w drodze z Amsterdamu do Nowego Jorku. Ładunek benzyna, 10 milionów galonów.

Sztormujemy na falę już trzeci dzień, pęka kadłub, jeszcze dzień, może dwa, jak się nie uspokoi, statek może nie wytrzymać. Już nic nie mogę zrobić, jestem bezsilny, pozostało mi tylko czekać. Wszystko w ręku Boga i matki Natury.

Czuję się w obowiązku napisać ten list gdyż może on być ostatnim jaki na tym padole przyszło mi napisać. Opowiem po kolei jak znalazłem się na tym statku i jak to się stało że wszyscy znaleźliśmy się w sytuacji z której może nie być wyjścia.

Mieszkam w Gdańsku i mam żonę i dwoje dzieci. Dnia 10 stycznia 1988 roku otrzymałem polecenie przybycia do biura mego armatora Intestry SA mieszczącego sie w Warszawie w reprezentacyjnym gmachu Intraco. Szef kpt. Romuald Pietraszek powiadomił mnie że mam objąć komendę nad tankowcem należącym do firmy Patron Marine z Pireusu. O statku słyszałem już niejednokrotnie, cieszył się nienajlepszą sławą. Był zbudowany w szwedzkiej stoczni dla Polskiej Żeglugi Morskiej. Otrzymał nazwę Karkonosze, a po 8 latach pływania pod polską banderą sprzedano go, lub może nawet oddano za darmo, greckiemu armatorowi, przemianowano na Athenian Venture i zarejestrowano pod banderą cypryjską. Właścicielem statku jest firma Patron Marine, a ta częscią grupy armatorskiej Athenian Tankers Ltd. z siedzibą na Cyprze i biurem w Pireusie.

Z tymi dwoma przedsiębiorstwami związana jest firma Intestra a jej warszawskie biuro Intestra SA reprezentuje interesy wszystkich firm armatorskich należących do greckiego magnata okrętowego Minosa Xenofonta Kiriakou. Ten mieszkał kiedyś w Polsce. Przybył tu jako dziecko z całą rodziną. Byli uciekinierami z Grecji po przewrocie zwanym puczem Czarnych Pułkowników. Ojciec Minosa dostał pracę w Polskich Liniach Oceanicznych a syn skończył w Polsce szkołe średnią i Państwową Szkołę Morską w Gdyni. W roku 1958 wyjechał z Polski i w Grecji założył firmę armatorską Athenian Tankers Ltd. Kupił przy pomocy P.Ż.M dwa radzieckie tankowce do przewozu olejów roślinnych. W niedługim czasie dokupił kilka innych, tym razem do przewozu paliw płynnych. W niedługim czasie firma posiadała 23 tankowce na których pływali prawie wyłącznie Polacy. Statki Minosa były to stare graty, które utrzymywały się na powierzchni jedynie dlatego że polscy marynarze dokładali wszelkich starań aby nie zatonęły. Ciągle wymieniano na nich cieknące rurociągi, spawano pęknięte płyty poszycia, wymieniano zawory. Athenian Venture cieszył się wyjątkowo złą sławą. Mówiono że kadłub pękał już po odebraniu ze stoczni, w dziewiczym rejsie. Statek jakoś łatany, cudem jakimś, najwidoczniej z pomocą Bożą, dostawał papiery kwalifikujące go do żeglugi i za sprawą czyniących cuda polskich załóg, udawało mu się dotrzeć do portów przeznaczenia.

Dziś widzę że być może przebraliśmy miarkę, tym razem możemy nie dopłynąć, że nie powinniśmy opuszczać portu w Amsterdamie. Wiem i myślę że wiedziałem już wcześniej, że statek ten nie był zdolny na walkę z wiosennymi atlantyckimi sztormami. Ocean Atlantycki jest bardzo zły wiosną, wiatry wieją głównie z Zachodu a fale spiętrzone długim przebiegiem dawały się we znaki już niejednemu. Niejeden też spoczął na dnie.

Potwierdza to regułę że na morzu nie powinno liczyć się na łut szczęścia, powinno liczyć się na siebie i statek którym się dowodzi. Sprawny statek. Jak jest zły to idzie na dno, jak dobry dopłynie do portu przeznaczenia.

W czasie rozmowy z kpt. Pietraszkiem doszło między nami do dość ostrej dyskusji, zwróciłem uwagę że eksploatowanie na pół zniszczonego grata jest ryzykiem jego utraty i utraty załogi, lecz zdaniem Pietraszka nic dalszego od prawdy. Statek ma ważne papiery PRS, wydane kilka miesięcy temu po remoncie w Pireusie, a jak mi się nie podoba to mogę zawsze zrezygnować, on znajdzie 10 kapitanów na moje miejsce. Ja zaś mogę poszukać sobie innego armatora, jak dam radę takiego znaleźć. Bo wiesz pan, Kapitanie, rzekł Pietraszak, o czarnej liście Pan chyba słyszał?

Czarna lista to lista kapitanów i mechaników, którzy z takich czy innych względów, podpadli armatorowi. Znają ją wszystkie kompanie na całym Świecie, kto się na nią dostanie może zmienić zawód. A gdzie pójdzie pracować polski kapitan? Athenian Tankers to jedna z nielicznych firm gdzie może zarobić parę groszy. Powiedziałby kto że możemy pracować w Polsce, gdzie pytam? PŻM? Tam jest 20 kapitanów na jeden statek, w PLO – stu, ta fima już się rozlatuje, niedługo zniknie z listy armatorów. Kiedyś może będzie inaczej, kiedyś być może polski marynarz będzie szanowany tak jak brytyjski, norweski, czy niemiecki, tylko ja już mogę tych czasów nie doczekać.

Jedno co mogę zrobić to wykrzyczeć zza grobu prawdę o bezdusznych prawach rządzących w mrocznym świecie międzynarodowego shippingu.

My nie mamy tak jak Brytyjczycy silnego związku zawodowego, który nas mogłby bronić, Polska nie chce słyszeć o ITF. Nam pozostaje pokornie przyjmować z łaski rzucone ochłapy i służyć wiernie bo na lepszy los nie możemy liczyć. Na tych z Polservice’u też nie. Bywało, żeby u nich dostać kontrakt dawało się, komu trzeba, kluczyki od samochodu. Oni zresztą mają nas tak samo gdzieś jak i armatorzy. Sami bywało negocjowali gorsze warunki kontraktów i ubezpieczeń byle tylko upchnąć marynarzy za granicę, byle dostali kontrakt, bo od tego biorą od armatorów prowizje. A pieniądz nie śmierdzi, pecunia non olet – to prawo wynaleźli już Rzymianie.

To co miałem robić, mam żonę i dzieci, muszę zapewnić im środki do życia, zgodziłem się na dowództwo. Tyle dobrego że Pietraszek zgodził się na mojego kucharza. Ten jeździ ze mną już trzeci kontrakt. O, kucharz to ważna osoba na statku, czasami myślę że ważniejsza od kapitana. Jak Polak dostanie dobrze zjeść i wypić to wszystko przetrzyma. A mój „Buła” jest naprawdę dobry, nie kombinuje za dużo, w miarę uczciwy i gotuje jak anioł. A nic tak nie poprawia morale załogi jak dobry wikt.

Mechanik też jest OK, ci z Intestry wiedzą że jak dają nam lipny statek to załoga przynajmniej, musi być pierwsza klasa. Dobre i to.

Statek objąłem w porcie Amsterdam, tam też przyjechały wszystkie żony, razem 5. Jest to niby miły gest armatora, marynarze czują się lepiej, jest weselej i zapomina się przy nich o troskach i problemach. Nie ma też kłopotu z bondem, mamy zgodę na wzięcie tyle gorzały ile nam się podoba. W pijanym widzie zapomina się o codziennych troskach. Tyle że baby i wóda na statku to wybuchowa kombinacja. Stara to prawda że morskie powietrze działa dziwnie na płeć piękną, czasami robią rzeczy o których by im się na lądzie nie śniło. Dla mnie zaś to jeden kłopot więcej. Ale coż, taka to kapitańska dola, on musi być wszystkim, dowódcą statku, księdzem, spowiednikiem, psychiatrą, psychologiem, policjantem, sędzią, negocjatorem w sporach małżeńskich, słowem tym wszystkim co reprezentuje władzę i zapewnia porządek w każdym społeczeństwie. Bo my marynarze to wysublimowana, odcięta od świata społeczność rządząca się takimi samymi prawami jak i normalne społeczeństwo, lub takimi jakie sobie sami stworzymy i zakceptujemy. Wszystko jest dobre co pomoże spełnić nasz jedyny obowiązek; dopłynąć do portu przeznaczenia i przynieść dochód właścicielowi statku. A jak to zrobimy, to już nikogo nie obchodzi. To nasza sprawa. Wyłącznie nasza sprawa.

W Amsterdamie był już grecki Superintendent z Pireusu. Zakupił blachy, rury, aparat spawalniczy słowem to co trzeba żeby połatać tego grata jak coś mu się coś w drodze stanie. Na Athenian Venture to normalka, zawsze tak było. Fitter i magazynier są dużej klasy spawaczami, będą na pewno potrzebni.

Miałem tam nieprzyjemną historię, nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Jest w zwyczaju że takiego Superintendenta zaprasza się na posiłki i daje kabinę na statku, chociaż ten i tak bierze diety za hotele i wyżywienie w restauracjach. Dodatkowy zarobek, niech mu tam, nie moja sprawa.

Posadzili go przy moim stoliku w messie oficerskiej steward przyniósł mu zupę, ten posmakował skrzywił się z zaznaczył że mało słona. Steward chciał mu dosolić ale odleciał kapsel z solniczki i cały ładunek soli wpadł do talerza z zupą. Super sczerwieniał na pysku i zrzucił talerz na ziemię mówiąc; UPS, sorry, niby że przez przypadek. Stewarda mało szlag nie trafił, złapał za krzesło i o mały figiel nie rozwaliłby go na greckim łbie. Szęściem Buła zauważył w porę i ryknął; Gienek do kuchni!!

Sam podszedł do Supera i z szerokim uśmiechem powiedział, Sorry Sir, I’ll just bring you another bowl of sup. Poszedł do kuchni nalał nowy talerz zupy potem rozpiął portki i w ten talerz nasikał. Dobrze zamieszał łyżką i wrzucił ją do kibla na śmieci.

Sam zaniósł talerz do messy i z najszerszym na jaki go było stać uśmiechem podał Suprowi mówiąc, This time Sir it’s gonna be salty enough, for sure.

Grek posmakował i rzekł; It’s delicious, you are very good cook, Chef. You bet I am, odpowiedział Buła. A w pentrze dodał; Nie zapomnij Gieniu wypieprzyć tego talerza i posprzątaj ten bajzel w messie. Geniu płakał ze śmiechu. Od tego czasu patrzał w kucharza jak w obraz.

Załadunek benzyny przeszedł bez problemów. W tankach mieliśmy na dnie od cholery wody, bo to pudło ciekło jak rzeszoto ale od czego polski ‘pumpmen’ po greckiej szkole. Zanim bierze się ładunek na statek przychodzi inspektor, przedstawiciel załadowcy, żeby sprawdzić czy nie ma wody w tankach. Oczywiście była, ale jest na to sposób.

Wyobraźmy sobie następującą scenę: Na pokładzie stoi „surveyor” czyli inspektor mający określić czystość tanków. Do tego celu służy plastikowa taśma miernicza zakończona miedzianym ciężarkiem o ksywie „bob”. Taśmę spuszcza się przez mały otwór zwany „peep hole” do tanku i słucha aż stuknie w dno, tyle że pierw smaruje się go specjalną „waser pastą”, która wykrywa wodę. Robi to ‘pumpman’ a ‘surveyor’ stoi i patrzy. ‘Pumpman’ zawsze przynosi z sobą puszkę z wodą, smaruje „boba” pastą i wkłada go do wody, wyciąga i pokazuje, że pasta zabarwiła się na czerwono. ‘Surveyor’ z zadowoleniem kiwa głową. ‘Pumpman’ starannie czystą szmatką wyciera „boba”, wyciąga z kieszeni pastę smaruje go i spuszcza do ładowni. Obaj słuchają aż stuknie w dno, potem ‘Pumpi’ „boba” wyciąga i pokazuje ze jest czysty jak łza. Inspektor jest zadowolony i podpisuje protokół inspekcji tanków.

W całym tym pomiarze jest jedna mała subtelna różnica, że pasta, którą posmarowany był „bob” przed spuszczeniem do tanku zrobiona jest z pasty do zębów Colgate (ta najlepsza) pomieszanej z różową kredą, bo „waser pasta” jest lekko różowa. Wizualnie jest od oryginalnej nie do odróżnienia. I potem już wszystko jest OK, „bob” obecności wody nie wykazuje, ‘surveyor’ podpisuje protokół i można zaczynać załadunek. Taki sam cyrk przy wyładunku. Zawsze robi, pod warunkiem, że ‘Pumpi’ wygląda profesjonalnie, ubrany w czyściutki elegancki kombinezon, w kasku na łbie i w ogóle jego wygląd jest doskonałym dowodem na prawdziwość mądrości ludowej brzmiącej „jak cię widzą, tak cię piszą”. To święta prawda. Kto powiedział; „nie szata zdobi człowieka” to cymbał.

Po wyjściu z portu zgodnie z przepisami należy zrobić alarm „opuszczenia statku” i jak są na burcie pasażerki to może z tego być niezłe kino. Na dzwonek z mostka całe towarzystwo leci, ile sił w nogach na pokład szalupowy, bo tam trzeba wszystkich załadować do łodzi ratunkowej i spuścić ją do pokładu. Zanim wsadzi się pasażerki do szalupy robi się pokazową lekcję zakładania kamizelek ratunkowych. Kamizelkę taką zakłada się przez głowę i specjalnymi trokami zawiązuje pod kroczem, żeby w razie skoku do wody, jak zajdzie taka potrzeba, delikwent nie wypsnął się z kamizelki i nie utonął. Biada niewieście która nieopatrznie przyjdzie na alarm w spódnicy, bo po zawiązaniu troków cała kiecka idzie do góry pokazując nogi a czasami i więcej.

Kucharzowa żoneczka była jedyną, która przyleciała w kiecce. Buła łobuz, wiedział co może być grane, ale swojej nie bąknął ani słowa. Jak mu szeptem zwróciłem uwagę czy wie co robi powiedział, „że on tak naprawdę swojej najmilszej „Biedronci” w rejs nie chciał zabierać, ale go przymusiła, to niech tera ma za swoje i uczy się marynarskiego żywota”. Do zawiązywania ‘Biedronci’ bosman wyznaczył najmłodszego matrosa, którego podejrzewano po cichu że jest „lilijka”, czyli dziewicą w męskim wydaniu. Zawsze sprawiał wrażenie, że jakby ciutkę bał się kobiet. Bosman przypominał tylko żeby „mocno wiązał coby kucharzowa żadną miarą nam się z pasa ratunkowego nie wymskła”.

No i wszystko poszło jak po maśle, ‘Biedroncia’ pokazała całej załodze jakie nosi gatki i na dodatek dość pokaźną tylną część ciała. Było co pokazywać, bo niewiasta kształtów była takich więcej Tycjanowskich, ale wytrzymała do końca nawet się czasami uśmiechnęła. Wieczorem tylko spotkałem Bułę siedzącego samotnie w kuchni i kurzącego jednego za drugim. „A tobie co, domu nie masz?” Zapytałem. Oj, powiedział „Moja” zrobiła mi ciche dni za to, że jej nie ostrzegłem, kołki mi na łbie ciosa i zaklina, że do końca życia mi tego nie zapomni. A pamiętliwa jest, do dziś mi wypomina jak na ślubie sobie ciutkie za dużo podchromoliłem i bez pomyłkie teściowej do łóżka wlazłem, czy jom zużytkowałem do dziś nie wiem, bo nie pamiętam. Tyle tylko że mamuśka żony od tego czasu miluśka dla mnie była jak nigdy dotąd”.

Morze Północne przywitało nas ładną słoneczną pogodą i był czas, żeby dokładnie przyjrzeć się statkowi. Kobiety zostawiłem pod opieką Buły, który zgłosił się na ochotnika, pewnikiem żeby odegrać się na swojej ‘Biedronci’ a steward Genek bez szemrania tyrał za niego w kuchni. Od czasu historii z greckim superintendentem Chef był dla niego jak Mahomet dla muzułmanina, Geniu wielbił go bez ograniczeń.

Trochę się moje matrosy przymilali żebym im wydał ‘bond’, czyli napoje wyskokowe, które, póki co ze względu na przepisy celne i moje własne, miałem pod kluczem. Jak dotąd odmawiałem, bo chciałem dobrą pogodę i spokojne morze wykorzystać na sprawdzenie czy wszystko jest OK, i na przygotowanie łajby do przejścia przez Atlantyk.

Musiałem ciutkę obsztorcować II oficera, bo ten jako odpowiedzialny za nawigację i wyznaczenie trasy sugerował przejście przez cieśninę Petland. Jest to cieśnina między Szkocją a Szetlandami i ta droga jest, licząc po tzw. Ortodromie najkrótsza. Wyjaśniłem Drugiemu, że zrobiłem ten błąd tylko raz w życiu. Po pierwsze dymało tak przez całą drogę ze zamiast 14 dni ‘przysztormowałem’ na redę Nowego Jorku w 27, na dodatek gdy znalazłem się w pobliżu Nowej Fundlandii przyszła taka mgła że własnego dziobu nie mogłem zobaczyć. Co więcej kanadyjski ‘Coast Guard’ meldował w obszarze, w którym się znajdowałem 200 gór lodowych i tak zwanych ‘growlersów’, czyli kompletnie zanurzonych brył lodu (tyle że taka bryłka mogłaby łatwo zatopić nawet Tytanika). Mają to do siebie, że ich nie da rady zobaczyć na radarze.

Jak mi „Radio” (czyli Radiooficer) przyniósł tą wiadomość pierw rzuciłem czapkę na ziemię i zacząłem po niej skakać a potem odmówiłem modlitwę do Świętego Antoniego, który jest patronem podróżników i złodziei. Od pogody też, bo moja świętej pamięci Babcia, ile razy robiła wielkie pranie to modliła się do Świętego Antoniego o słoneczny dzień.

Jakoś do Ameryki dopłynąłem i przysiągłem sobie, że szlakiem Wikingów (czyli drogą przez Petland) za cholerę więcej na wiosnę nie popłynę, choćby nie wiem co.

Jednego dnia na mostek przyszli do mnie Buła z Bosmanem. Buła przyniósł mi paczkę amerykanów marki Pall Mall i duży kubas kawy z wkładką. Wkładka to był irlandzki likier marki Bailey, który doskonale poprawiał jej smak. I miał promile. Już myślałem, że Szefowi znowu coś z magazynku „wyparowało” ale nie o to chodziło bo obydwoje zaznaczyli że już najwyższy czas żeby zacząć robić „jaja”. Oznaczało to, że mieli na myśli żeby pokazać będącym na burcie przedstawicielkom płci pięknej jakie trudne i niebezpieczne jest marynarskie życie.

Już chciałem ich obsztorcować, ale „jaja” zjawiły się same. Nie dokończyłem jeszcze rozmowy z Bułą i Bosmanem, który z jakiś powodów jak zobaczył wszystkie pięć niewiast rządkiem wchodzących na mostek, uciekł na pokład przez drzwi na skrzydło mostku. Jedna z nich z bardzo poważną miną zadała mi zaskakujące pytanie.

Tak się na ogół składa, że niewiasty są organizmami lubiącymi życie stadne i zawsze w grupie znajdzie się jedna bardziej zaborcza, która obarcza się sama rolą przewodniczki. W tym wypadku była nią żona IV Mechanika. Powiedziała tak: „Panie Kapitanie na pańskim statku macie jakieś dziwne i niehumanitarne praktyki, zapewne niedozwolone i pozbawione elementarnych zasad współżycia między ludźmi, marynarzami nawet”. Szybko przeleciałem pamięcią po ostatnich dniach, ale nic niehumanitarnego mi w niej nie utkwiło, w związku z czym zapytałem słodko: „A może mi Pani Droga wyjaśnić co ma Pani na myśli?” „Otóż Panie Kapitanie same słyszałyśmy jak Drugi kazał panu Jasiowi wziąć farbę i pomalować Panu Bosmanowi”, i tu ściszyła głos do jadowitego szeptu, „jaja”. Zbaraniałem i drżącym głosem wydukałem: „Chwileczkę czy może Pani dokładnie przytoczyć co Drugi powiedział?” Powiedział że pan Janek ma iść i pomalować „bosmańskie jaja”. Ulga moja była niewypowiedziana. Odpaliłem; „Rozumiem i zapraszam Panie ze mną a będziecie miały szanse być tego świadkami”.

A gdzie, jeżeli można wiedzieć, gdzie to Pan Kapitan nas zaprasza?” Jeszcze bardziej jadowitym szeptem zapytała przewodniczka stada.

A na „monkey Island” czyli na małpią wyspę. Proszę za mną.

Wtedy ta z wyraźną już złością odpaliła: „Ja proszę Pana sobie wypraszam takie żarty, ja jestem mężatka i matka dzieciom i w ogóle zaraz zadzwonię po męża”. I zadzwoniła.

Mechanik przyszedł na mostek dzierżąc w ręku pokaźny kubas z kawą. Gdy podekscytowana małżonka zdała mu relację z całego zdarzenia, sczerwieniał na twarzy, oczy mu wyszły na wierzch a potem parsknął kawą na całe stadko, które jakby szukając obrony skupiło się ciasno wokół niego. Spowodowało to chwilową konsternację, lecz zaraz potem mechanik otarł łzy i z bardzo poważną miną wydukał: „No cóż, to chodźmy razem na ten ‘monkey island’ zobaczyć jak maluje się bosmańskie jaja”. Niewiasty uwierzyły i poszliśmy.

Była z tego potem kupa śmiechu. (Wyjaśniam, że „monkey island” to tzw. pokład namiarowy – inaczej w morskim języku zwany pokładem pelengowym a bosmańskie jaja to gwarowa nazwa kul kompensacyjnych, które tkwią po obu stronach kolumienki kompasu magnetycznego. Są ta kule stalowe ok. 20 cm średnicy, służą do kompensacji dewiacji i przedsiębiorczy drudzy oficerowie, mający kompasy magnetyczne pod swoją opieką, zwykle je malują, żeby ładnie wyglądały, lewa na czerwono, prawa na zielono).

To stopiło lody i zdecydowałem się, że czas nastąpił abyśmy naszemu żeńskiemu stadku umilili nieco życie. Powiedziałem Szefowi żeby coś dobrego upiekł, Radzikowi żeby nastroił się muzycznie, co oznaczało przygotowanie nagrań z piosenkami i zamontowanie odbiornika w messie oficerskiej.

Organizację pozostawiłem oczywiście w rękach niezastąpionego Ochmistrza jak również poleciłem mu otworzyć kantynę i wydać po pół butelki czegoś mocniejszego na twarz.

Party miało być zorganizowane dnia następnego, jako że szczęśliwym zrządzeniem losu była to właśnie sobota a potem niedziela, dzień wolny od pracy, co dawało możliwość zrelaksowania się po, być może uciążliwym, przynajmniej dla szczęśliwych posiadaczy swych ‘lepszych połówek’, wieczorze. Tym razem im trochę zazdrościłem.

Pogoda, póki co, była taka, że pozazdrościć, przelot przez Atlantyk w takich warunkach szykował się na około dwóch tygodni i żeby zabić monotonię podróży pomyślałem sobie, żeby wynaleźć Chrzest Zwrotnikowy. Wszyscy, nawet lądowe szczury, słyszeli o Chrzcie Równikowym, ale Zwrotnikowego jeszcze nie było. Był za to Podbiegunowy, sam go wymyśliłem, jak okrążaliśmy od Północy Islandię. Załoga dostała potem po kielichu, certyfikaty chrztu i była dobra zabawa.

Panem et Circenses’, „Chleba i Igrzysk” to już przez Rzymian wymyślona recepta na spokój i pokój w każdym większym czy mniejszym zgromadzeniu przedstawicieli ludzkiej rasy. Wiadomo, że z nudów zaczynają się gryźć, a do tego nie wolno dopuścić.

Statek to sztuczny twór, ludzie stłoczeni, jak sardynki w puszce, na małej powierzchni nie mają zbyt dużo prywatności, rodzą się konflikty, animozje, czasami nawet nienawiści i akty agresji. Na to pomagają tylko dwie rzeczy „chleb i igrzyska”. Na to pierwsze miałem mojego kucharza, o drugie musiałem zadbać sam. Czasu na przygotowanie nie było dużo, w Sobotę i tak już mieliśmy zaplanowane party a następny dzień byłby idealny. Wolny od pracy, pogoda dobra a potem nigdy nie wiadomo. Atlantyk Północny lubi przynosić niespodzianki, szczególnie wiosną.

Musiałem zmobilizować sztab Neptuna. Sobota na statku jest dniem roboczym, ale tylko do południa, resztę dnia przeznacza się z reguły na porządki. No ale mając na burcie nasze „stadko” statek lśnił czystością okrągły tydzień. Składało się też szczęśliwie, że statek ten już kiedyś przechodził równik i w magazynku Ochmistrza pozostały wszystkie utensylia potrzebne do zorganizowania chrztu równikowego jak broda Neptuna, korona, trójząb, ogony diabłów morskich i co tam jeszcze.

Tak że już w sobotę od samego rana Bosman, Ochmistrz, oczywiście z nieodłącznym Bułą zabrali się do roboty. Wygoniłem z mostku III Oficera do pomocy a sam za niego wziąłem wachtę. Nawet Drugi kazał się obudzić o 8 rano, żeby pomóc. Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że Buła będzie Neptunem, tuszą dorównywał małżonce, mordę miał wielką jak ceber a dłonie każda jak dekiel od sracza. Idealny król Mórz i Oceanów. U Ochmistrza zachował się tekst przysięgi morskiej, Bosman z IV Mechanikiem przygotowali smarowidła będące mieszanką towotu, zużytego oleju silnikowego i czegoś tam jeszcze, steward Geniu wysilał intelekt tworząc napój miłosny, którego kielich podawany był każdej nowicjuszce. Była to mieszanka ketchupu, musztardy sarepskiej, oleju rzepakowego a Drugi poleciał do apteczki i z diabolicznym uśmieszkiem przyniósł butelkę oleju rycynowego (wyjaśniam że na buteleczce jest nazwa ‘Castor Oil’. Miał tego spory zapas, a jak mu zwróciłem uwagę, żeby zachował coś dla marynarzy to odrzekł z uśmiechem: „Nie warto ten i tak przedawniony, mam tego więcej”.

Nie byłem pewien czy to dobry pomysł, alem zaznaczył, żeby nie wlewał za dużo.

Sobotnie party było bardzo udane. Nikt się nie kłócił, nikt nie spierał, nie było niewieścich uwag w rodzaju; „nie pij tyle bo ci szkodzi”, „nie chuchaj na mnie” czy „spać to dziś będziesz na kanapce” i temuż podobnież.

Najwyraźniej nasze stadko po wczorajszym lapsusie z bosmańskimi jajami czuło się nieco winne i dlatego zachowywało się niezwykle przyzwoicie. Nawet kucharzowa „Biedrońcia” dała z siebie wszystko, jej to podobno dziełem była wspaniała szarlotka z jabłkami, którą uraczył nas dział hotelowy. Trunków było w sam raz, żeby mieć dobry humor, ale zdecydowanie za mało, żeby zacząć czuć „blusa”.

Niektórzy usiłowali molestować Ochmistrza, żeby im wydał jeszcze jedną butelczynę ale ten odmawiał gdyż kategorycznie tego zabroniłem.

Zresztą, zaraz po wyjściu w morze na zebraniu załogi poruszyłem ten temat a zasadę mam prostą: pić wolno, pijanym być nie. Tak już mówiłem od lat i generalnie nie miałem większych problemów. Zdarzali się tacy którzy argumentowali, że wódka jest dla ludzi, na co odpowiadałem: „Panowie ten argument słyszałem już setki razy i oczywiście w stu procentach się z nim zgadzam, niefortunnie przestałem w niego wierzyć, bo ci co go najczęściej używali po wypiciu zbyt często ludzi mi nie przypominali. A to że tak myślę to nie jest moja wina tylko wasza, w związku z tym jeszcze raz powtarzam zgadzam się że wódka jest dla ludzi tylko pierw muszę być absolutnie pewien że ten któremu ją daję zasługuje na to miano”.

I co? zaczęto klaskać, tyle że tylko panie, marynarze nie. Z wyjątkiem kucharza, ale ten mi zawsze robił klakę.

Niedzielny ranek był piękny, niebo jak kryształ a morze tylko ciutkę pofalowane. W messie znalazłem o 7 rano Gienia Stewarda, a jak go zacząłem wypytywać co tu robi to pod pewnym przymusem wyznał że w swojej kabinie nie mógł spać. Dlaczego? zapytałem. Ano szef pogodził się z panią „Biedrońcią” i pewnikiem nadrabiał zaległości. Cóż, rzeczywiście, ściany na statkach są niezwykle akustyczne.

Imprezę Chrztu Zwrotnikowego wyznaczyliśmy na godzinę 1400. Na pokładzie położono parę siatek ładunkowych, wystawiona bom żeby na nim „suszyć” krnąbrnych neofitów, przygotowaliśmy dwie „stacje obsługi klientów” jedna do smarowania delikwenta różnymi dziwnymi ingrediencjami, druga do poczęstowania eliksirem miłości Neptuna i brezentowy rękaw przez który musiały przejść neofitki aby doczołgać się do stóp Jego Wysokości pana Mórz i Oceanów. Obok Ochmistrz przygrywał na akordeonie a Chief Mechanik zrobił sobie perkusję z pokrywek na garnki co spowodowało, że Neptun zerkał na perkusistę surowym wzrokiem gdy ten zbyt mocno walił w pokrywki w obawie żeby mu ich nie powyginał.

Tym razem Buła poinstruował małżonkę, żeby broń Boże nie zakładała biustonosza bo prąd wody w rękawie i tak go zerwie, a zamiast tego włożyła zapiętą pod szyję mężowską koszulę. Co i tak niezbyt jej pomogło bo Bosman robiący za diabła był starym wyjadaczem i jak „Biedrońcia” raczkowała w rękawie puścił strumień wody z drugiej strony co spowodowało że koszula zjechała jej na głowę tak że wylazła z rękawa świecąc niezwykłych rozmiarów biustem. I nie tylko, sempiterną też. Tyle że tym razem nawet się nie zezłościła.

W tym coś musi być, najwyraźniej płeć piękna lubi obnażać się w obecności samców. Często, zresztą, bez względu na wiek, czy nadwagę. O ile się nie mylę nazywa się to instynktem prokreacji. Wygląda na to że kucharzowa „Biedrońcia”, po ostatniej nocy, jeszcze takowy odczuwała.

Wszystko skończyło się szczęśliwie, radości było co niemiara a na kolację była prawdziwa peklowana polska golonka a Ochmistrz dostał polecenie, żeby wyciągnąć z magazynku parę kartonów piwa.

Towarzystwo w szampańskich humorach, krótko przed północą rozeszło się to kajut.

Następnego dnia rano na kanapce w messie znalazłem nie Gienia, a śpiącego kucharza. Zły był jak pies, niewyspany i przeklinał z cicha pod nosem.

Rany, mówię co się stało, znowu podpadłeś Biedrońci?”

Nie, tym razem cosik jej zaszkodziło i całom kabinę mnie zafajadała. Bez przerywania snu. Śmierdzi jak wszyscy diabli”.

Te, (Szef mówił mi Ty, jak inni nie słyszeli) a na co tak faktycznie jest ten Kastor Oil?”

To nie wiesz?” Odparłem. „Na przeczyszczenie, to po ichniemu olejek rycynowy”.

Panienko Przenajświętsza”, wyjęczał Szef, „a Drugi mi powiedział że to afrodyzjak, a ja nie kapłem się i sam, idiota, całom butelkie jej ekstra do komputu dolałem, zabiję drania. Jak Bóg w niebie, zabiję”

Poleciałem na mostek zapowiedzieć Trzeciemu, żeby jak będzie budził Drugiego na wachtę to niech mu poradzi, że jak chce żyć to nich nie idzie na lunch. Przynajmniej jak ‘Chefe’ będzie w pobliżu. Na pewno Drugi zrozumie i posłucha.

Atlantyk, póki co jeszcze łagodny, ale gdzieś tam daleko, na Biskaju pewnie, dymało, bo martwa fala kołysze statkiem. Czasami to jest gorsze od sztormu, bo wiatr niejako przytrzymuje statek, na martwej fali zaś ta skorupa kiwa się jak Żyd w bóżnicy.

Co rano robię inspekcje pokładu, nie wiem czego szukam, ale patrzę, dotykam ręką kadłuba, staram się wyczuć wibracje, szukam odkształceń, pęknięć wszystkiego, każda maleńka rysa może mieć znaczenie. Słucham, też. Mało kto wie, że statek wydaje głosy, stęka, jęczy, słychać trzaski, chrapanie, szum przelewającego się z burty na burtę ładunku. Czasami też słychać grzechotnika. Jak coś co się urwało, odłamało to poddawane wibracjom wydaje często dźwięk przypominający grzechotanie.

Coś mi siedzi w środku, zaczynam się bać. Przez lata pracując u Kiriakou pogrywałem z Neptunem, oszukiwałem jak mogłem i dotąd się udawało.

Tylko jak długo tak można, kiedyś Pan Mórz i Oceanów się wkurzy i pokaże mi swe gniewne oblicze. Wtedy zaś nie tylko ja mogę zostać ukarany, lecz mogę pociągnąć za sobą wielu niewinnych ludzi. Cholera to już ostatni raz, jak wrócę do domu to pies tańcował z Kiriakiem i jego pieprzonymi dolarami, za złotówki też można żyć.

A może poszukam szczęścia gdzie indziej. Słyszałem, że jeden taki pojechał do Hamburga i tam tak długo łaził po statkach aż go zatrudnił jakiś Panamczyk. Chwalił sobie jak cholera, mówił, że Grek w porównaniu z Panamczykiem to świnia i sadysta.

I tak pływał latami, tyle że do Polski nie mógł wrócić, bo by mu nie wydali nowego paszportu, ale jak długo był za granicą to musieli, bo to ich obowiązek wydawać, jak obywatelowi się skończy. Jak go straszyli, że następnym razem mu już nie przedłużą, to gadał; „Nie dacie, to poproszę o azyl, jak chcecie”. I wydawali, tyle że on do Ojczyzny kochanej nie wracał, a ze starą i dzieciakami spotykał się w Czechosłowacji.

Ale i to może się skończyć, patrzy, że w Polsce idą zmiany, może za rok czy dwa, nie trzeba będzie dawać tym „krwiopijcom z Polserwisu” kluczyków od samochodu za załatwienie kontraktu. I nie będzie trzeba całować w dupę tego greckiego armatora żeby ci dał robotę.

I wykrakałem, na wspominki mi się zebrało, psia krew. Zaraz po przerwie obiadowej zaczął się rejwach jak diabli, marynarze znaleźli „krak” (pęknięcie) w pokładzie zaraz przy ‘manifoldzie’ (to jest miejsce na śródokręciu gdzie wszystkie rury mają połączenie z tymi które pompują ładunek), jeden z moich poślizgnął się na pokrytym benzyną deku, bo wychlapywało z tanku i wleciał do dziury. Dobrze, że się zaklinował, bo był nieco tłusty, to wyciągnęliśmy. Cały był w benzynie i zanim go wzięliśmy do ambulatorium trzeba było wszystko z niego zdjąć i zostawić na pokładzie. No i go szlauchem opłukać.

Kiepsko wyglądał, obmacałem go ze wszystkich stron, był mocno podrapany ale żywy, nałykał się trochę oparów benzyny i wyglądało na to że się może zaraz porzygać no i chyba mu „poszło” parę żeber. Na to jest tylko jedna rada, obwinąć delikwenta ciasno i ma spokojnie leżeć. Pierwsze trzy doby to nawet sikać ma przez rurkę. Dostał Pyralgin, opatrunek i do wyra. Bogu dzięki że tylko tyle mu się stało, jak by była większa dziura to by wleciał do tanku a wtedy ‘kaplica’.

Palanty z Pireusu zabronili robić protokół powypadkowy, żeby się nie wydało że były pęknięcia w kadłubie. No to jak tak, to powinni płacić za leczenie sami, ale nie płacili, chłop nie pracował, nie zarabiał to nie miał płacone, jego wina powiadali, mógł nie wpadać w dziurę.

Supervisor’ z Pireusu sugerował żeby go jeszcze liczyć dychę za jedzenie, tak jak żony. Wtedy mnie jasny szlag trafił i mu powiedziałem żeby mnie nie denerwował bo mam problemy ze statkiem a jak koniecznie musi, to następnym razem Buła mu nasra do gulaszu, a on i tak nie pozna bo jak jego greckiemu podniebieniu smakowała zupka z polskich szczyn, to gulasz z kucharzowym łajnem, też obleci.

Nie wiem czy mi na to odpowiedział czy nie, bo łączność została przerwana. ‘Zemgliło’ go może.

Cholera z nimi, wszystko ma swoje granice, niechby już ta Solidarność wreszcie zwyciężyła i dalibyśmy se spokój z draniami typu Kiriaka i jego przydupasami. Dziwne tylko że Pasek i Pietraszek chociaż Polacy, dla niego pracują, cóż wszystko w życiu ma swoją cenę, dla nich widocznie byle robić kasę, reszta się nie liczy. Nawet za koszt ludzkiego życia, tak jak w wielu przypadkach w tej firmie. Nawet i w naszym przypadku, myśmy wypłynęli w ten rejs wiedząc, że bez łutu szczęścia nie dopłyniemy, ale tak uczciwie to nie byłem pewny, że ono przyjdzie.

Neptuna nie powinno się lekceważyć. Można stracić życie.

Mało, że mamy przeciek na pokładzie to Bosman zauważył następnego dnia że za statkiem ciągnie się tęczowa strużka. Poleciałem na dek (pokład), myśląc że to może cieknie z pokładu, ale nie, jak fala była nisko to widać strumyczek cienki jak palec metr powyżej linii wodnej, trzeba obrócić się żeby przeciek był na zawietrznej i zatkać.

Trzeba powiedzieć Bule żeby siedział na pokrywce bo może kiwać jak diabli, a „stokrotkom” zapodać że niech lepiej nie odchodzą daleko od toalety bo je może zebrać na rzyganie. A Buła niech swojej raczej do kuchni nie wpuszcza, na kolacje fasolka po bretońsku.

Wstałem o 0400 wygnałem Chiefa z mostku a ten poleciał do CCR (Cargo Control Room) żeby odbalastować dziurawą burtę i coś z tym fantem zrobić. Żadne spawanie nie wchodziło w rachubę, to chyba pozostaje zrobić kołek z kija od szczotki do zamiatania, potem spuści się faceta z młotkiem co zabije tą cholerną dziurę tym wystruganym kołkiem. Potem utniemy, żeby nie wystawał przykleimy na ‘Crazy Glue’ (to taki uniwersalny klej) kawał starej mapy, bo papier dobry, zamaluje się i statek będzie jak nowy, no po grecku nowy.

Oni tak zawsze, tyle numerów co u nich, to jeszcze jak długo żyję, nie widziałem.

No ale być może kiedyś ktoś inny o tym napisze, ja mogę, najwyżej opowiedzieć greckie przekręty Świętemu Piotrowi.

Cholera, radio przyniósł mi ‘Forecast’ (Serwis Pogodowy), czyli prognozę pogody; duży niż w okolicach Azorów, a blisko wyż prawie tam gdzie jesteśmy. Jak się te dwa szybko przesuną, będzie dymało jak wszyscy diabli. Wieczorem mamy już wszystkie symptomy przyszłego sztormu. Niebo w chmurach, Eol na razie z cichutka pogwizduje w antenach, a mnie ciarki po pierwszej krzyżowej latają.

I tak pływał latami, tyle że do Polski nie mógł wrócić, bo by mu nie wydali nowego paszportu, ale jak długo był za granicą to musieli, bo to ich obowiązek wydawać, jak obywatelowi się skończy. Jak go straszyli, że następnym razem mu już nie przedłużą, to gadał; „Nie dacie, to poproszę o azyl, jak chcecie”. I wydawali, tyle że on do Ojczyzny kochanej nie wracał, a ze starą i dzieciakami spotykał się w Czechosłowacji.

Ale i to może się skończyć, patrzy, że w Polsce idą zmiany, może za rok czy dwa, nie trzeba będzie dawać tym „krwiopijcom z Polserwisu” kluczyków od samochodu za załatwienie kontraktu. I nie będzie trzeba całować w dupę tego greckiego armatora żeby ci dał robotę.

I wykrakałem, na wspominki mi się zebrało, psia krew. Zaraz po przerwie obiadowej zaczął się rejwach jak diabli, marynarze znaleźli „krak” (pęknięcie) w pokładzie zaraz przy ‘manifoldzie’ (to jest miejsce na śródokręciu gdzie wszystkie rury mają połączenie z tymi które pompują ładunek), jeden z moich poślizgnął się na pokrytym benzyną deku, bo wychlapywało z tanku i wleciał do dziury. Dobrze, że się zaklinował, bo był nieco tłusty, to wyciągnęliśmy. Cały był w benzynie i zanim go wzięliśmy do ambulatorium trzeba było wszystko z niego zdjąć i zostawić na pokładzie. No i go szlauchem opłukać.

Kiepsko wyglądał, obmacałem go ze wszystkich stron, był mocno podrapany ale żywy, nałykał się trochę oparów benzyny i wyglądało na to że się może zaraz porzygać no i chyba mu „poszło” parę żeber. Na to jest tylko jedna rada, obwinąć delikwenta ciasno i ma spokojnie leżeć. Pierwsze trzy doby to nawet sikać ma przez rurkę. Dostał Pyralgin, opatrunek i do wyra. Bogu dzięki że tylko tyle mu się stało, jak by była większa dziura to by wleciał do tanku a wtedy ‘kaplica’.

Palanty z Pireusu zabronili robić protokół powypadkowy, żeby się nie wydało że były pęknięcia w kadłubie. No to jak tak, to powinni płacić za leczenie sami, ale nie płacili, chłop nie pracował, nie zarabiał to nie miał płacone, jego wina powiadali, mógł nie wpadać w dziurę.

Supervisor’ z Pireusu sugerował żeby go jeszcze liczyć dychę za jedzenie, tak jak żony. Wtedy mnie jasny szlag trafił i mu powiedziałem żeby mnie nie denerwował bo mam problemy ze statkiem a jak koniecznie musi, to następnym razem Buła mu nasra do gulaszu, a on i tak nie pozna bo jak jego greckiemu podniebieniu smakowała zupka z polskich szczyn, to gulasz z kucharzowym łajnem, też obleci.

Nie wiem czy mi na to odpowiedział czy nie, bo łączność została przerwana. ‘Zemgliło’ go może.

Cholera z nimi, wszystko ma swoje granice, niechby już ta Solidarność wreszcie zwyciężyła i dalibyśmy se spokój z draniami typu Kiriaka i jego przydupasami. Dziwne tylko że Pasek i Pietraszek chociaż Polacy, dla niego pracują, cóż wszystko w życiu ma swoją cenę, dla nich widocznie byle robić kasę, reszta się nie liczy. Nawet za koszt ludzkiego życia, tak jak w wielu przypadkach w tej firmie. Nawet i w naszym przypadku, myśmy wypłynęli w ten rejs wiedząc, że bez łutu szczęścia nie dopłyniemy, ale tak uczciwie to nie byłem pewny, że ono przyjdzie.

Neptuna nie powinno się lekceważyć. Można stracić życie.

Mało, że mamy przeciek na pokładzie to Bosman zauważył następnego dnia że za statkiem ciągnie się tęczowa strużka. Poleciałem na dek (pokład), myśląc że to może cieknie z pokładu, ale nie, jak fala była nisko to widać strumyczek cienki jak palec metr powyżej linii wodnej, trzeba obrócić się żeby przeciek był na zawietrznej i zatkać.

Trzeba powiedzieć Bule żeby siedział na pokrywce bo może kiwać jak diabli, a „stokrotkom” zapodać że niech lepiej nie odchodzą daleko od toalety bo je może zebrać na rzyganie. A Buła niech swojej raczej do kuchni nie wpuszcza, na kolacje fasolka po bretońsku.

Wstałem o 0400 wygnałem Chiefa z mostku a ten poleciał do CCR (Cargo Control Room) żeby odbalastować dziurawą burtę i coś z tym fantem zrobić. Żadne spawanie nie wchodziło w rachubę, to chyba pozostaje zrobić kołek z kija od szczotki do zamiatania, potem spuści się faceta z młotkiem co zabije tą cholerną dziurę tym wystruganym kołkiem. Potem utniemy, żeby nie wystawał przykleimy na ‘Crazy Glue’ (to taki uniwersalny klej) kawał starej mapy, bo papier dobry, zamaluje się i statek będzie jak nowy, no po grecku nowy.

Oni tak zawsze, tyle numerów co u nich, to jeszcze jak długo żyję, nie widziałem.

No ale być może kiedyś ktoś inny o tym napisze, ja mogę, najwyżej opowiedzieć greckie przekręty Świętemu Piotrowi.

Cholera, radio przyniósł mi ‘Forecast’ (Serwis Pogodowy), czyli prognozę pogody; duży niż w okolicach Azorów, a blisko wyż prawie tam gdzie jesteśmy. Jak się te dwa szybko przesuną, będzie dymało jak wszyscy diabli. Wieczorem mamy już wszystkie symptomy przyszłego sztormu. Niebo w chmurach, Eol na razie z cichutka pogwizduje w antenach, a mnie ciarki po pierwszej krzyżowej latają.

No i wykrakałem, dobrze, że dziura załatana i nic już nie cieknie.

Północ, Eol – rzymski bożek wiatru, już nie pogwizduje, a ryczy. „Cholera, Panie Boże ratuj, ja tak znowu mocno w życiu nie grzeszyłem a na dodatek, co te biedne niewiasty winne, dzieci mają, do jasnej Anielki”.

No, udało się. Dwa dni i po sztormie, jakoś jeszcze się unosimy na wodzie. „Stokrotki” już odżyły, niejedna swoje odrzygała, jeszcze bladziutkie, ale pierwsze objawy wracającej werwy już czuje się w powietrzu. Ciekawe co nowego teraz wymyślą?

Stara’ IV-ego Smarowoza (tak subtelnie my Nawigatorzy nazywamy mechaników) jest, w cywilu, bodajże, przedszkolanką, no to jest nadopiekuńcza, ale i wie doskonale, że nuda jest najbliższą kuzynką rozróby. Coś nowego wymyślą, to pewne. Może zaproponować przyśpieszony kurs angielskiego, w końcu płyniemy do USA.

Na ‘oko’ niby wszystko, jak mówią Górale „gro a bucy” ale została jeszcze potężna „martwa fala”. Kiwa tylko jak wszyscy diabli, ale póki co, jeszcze żyjemy.

Po północy marynarz wachtowy załomotał do mojej kabiny; „Panie Kapitanie Drugi prosi na mostek i to asap (to gwarowe, pochodzi od ‘as soon as possible’).

Wyleciałem w gaciach, a na mostku drugi kręci „kubłem” (kubeł to silny reflektor, którym można obracać z mostku, a jest na ‘pelengowym’, czyli ‘monkey island’), starając skierować toto na dziób. ‘Skipper” (to w marynarskim ‘slangu’ – kapitan) zaryczał; „dziób nam chyba, kurwa, odleciał”. Złapałem za lornetkę i faktycznie DZIOBU NIE MA!! Co zobaczyłem? Fale wchodzące na pokład od dziobu miały dziwna tęczową barwę. Już wiedziałem, zaryczałem: „wachtowy budzić Radzika a Ty, drugi dzwoń na alarm „Opuszczenia Statku”. Aby dać świadectwo prawdzie, czy należy opuścić statek, jeszcze nie wiedziałem, ale na taki alarm cała załoga ubiera pasy ratunkowe, no i w razie czego mogłoby nie być czasu, żeby lecieć do kabin po pasy, w wypadku, gdyby nie wzięli ich z sobą. Kazałem tylko ogłosić przez intercom, żeby Broń Boże nikt nie wychodził na pokład szalupowy, ale żeby wszyscy siedzieli w środku. Na mostek przyleciał Radzik a za nim Buła i Gieniu (ten miał w obowiązkach zabierać szalupową radiostację z radiokabiny). Jak zerknął co się święci zobaczyłem, że wargi mu latały. Radzik rozgrzał „katarynę” czyli ‘duże radio’ i zaczął ryczeć do mikrofony ‘Mayday, Mayday, this is polish tanker Athenian Ventu…

Wtedy „pieprznęło” zobaczyłem morze ognia, poszły szyby na mostku a do środka zaczął wdzierać się gorący dym. Genio ryknął jak zarzynany i przytulił się do mnie, jak mały dzieciak, a takim przecież tak na prawdę był. Przytuliłem go mocno tak żeby nie mógł już patrzeć i zacząłem: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…..’ A potem była już czarna, śmierdząca pustka. Poczułem że tli się na mnie ubranie.

To już koniec, przez moment zobaczyłem twarze żony i dzieci i z tym obrazem w oczach umarłem…….

TAK OTO Z WINY OSZCZĘDZAJĄCEGO NA WYDATKACH ARMATORA 29-CIU OBYWATELI RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ PRZENIOSŁO SIĘ DO WIECZNOŚCI.

Niech im morska otchłań lekką będzie. Chwała ich pamięci.

Dies levat luctum

(Czas przynosi ulgę w smutku)

Napisał:

Kapitan Żeglugi Wielkiej Zbigniew Wojciech Gamski (Emeritus)

Master Mariner / member of the Nautical Institute of London United Kingdom