Dworzec wzięty, idziem na stolice

Dworzec wzięty, idziem na stolice.

Wspomiane uprzednio dwa parowe trawlery Kastor i Pollux nie wystarczały. Jednym dowodził kapitan Wiktor Gorządek drugim Paweł Gic, polski kapitan żeglugi wielkiej rybołówstwa morskiego nr. 2. Podobno zarabiali oni tak niesamowite pieniądze że jak głosi legenda wybrali się raz „na balety” do Zakopanego, zabierając z sobą cały batalion gdyńskich „wesołych panienek”. Zmieściły się wszystkie w 40 taksówkach.

Aby zdobyć łowiska Morza Północnego polskie stocznie zabrały się za budowę tak zwanych „Kulików” lub „Ptaszków”.

Każdy trawler z tej serii miał imię rodzimego ćwierkały, a pierwszy nazwano „Kulikiem”. One to rozpoczęły eksplorację Morza Północnego na przemysłową już skalę. 

Kuliki nie były dużymi statkami i jak na Północnym „dymało” to ostatnim miejscem gdzie można było się schować był holenderski porcik Imjuden. Bywało, że czekało tam na lepszą pogodę po kilkanaście Kulików. Czasami czekali długo. Rybacy mają jeden mały problem, jak nie mają nic do roboty to wtedy z nudów wyczyniają różne dziwne i niekonwencjonalne „numery”.

I tak się razu pewnego się zdarzyło. W Skagen stała wtedy prawie cała polska flota rybacka. Kilku naszych nudziło się tak straszliwie że poszli do miasta, po co trudno zgadnąć, ale można sądzić że groszem nie śmierdzieli. Tam z niewyjaśnionych i niezanotowanych przez historię powodów wdali się w bójkę z grupą miejscowych „Kaszubów” zwanych tam „Kroneken” (za prawidłową pisownię autor odpowiedzialności nie bierze), którzy przeważali liczebnie i nasi Rodacy wrócili na statki zdrowo poturbowani. Jak się rozeszło że „Duńskie Kaszuby” nakładli naszym po mordach tak całe bractwo „kto żyw i w Boga wierzy” ruszyło na podbój Skagen.

Duńczycy naród na ogół spokojny, wojen za dużo nie prowadzili, to i niezbyt wprawieni, poza tym kto by Polakom dotrzymał pola, to i zrejterowali z miasta i zadzwonili po policję do sąsiednich miejscowości bo lokalny posterunek był już w rękach naszych Rodaków. 

Gdy te przybyły, w sile rozbudowanego batalionu, nasi zaczęli podawać tyły ze względu na przeważające siły Duńczyków. Nie wycofali się jednak na statki tylko zdobyli i okopali się na dworcu kolejowym. Kilka szturmów policji zostało odpartych zwycięsko, Duńczycy zaczęli zastanawiać sie nad sprowadzeniem ciężkiego sprzętu oblężniczego, sprzeciwił się temu jednak burmistrz miasteczka motywując, ze budynek jest zabytkowy i niszczyć go, chyba że po jego trupie, nie pozwoli. 

Wpadł na pomysł żeby zadzwonić do polskiej placówki dyplomatycznej i poprosić przedstawiciela PRL żeby rybakom okupację dworca wyperswadował. 

Historia milczy kto odebrał telefon ale jego słowa zapisane zostały złotymi zgłoskami. A rzekł on przerywanym czkawką sznapsbarytonem: 

Panie Ambasadorze, dworzec wzięty, idziem na stolicę. 

Mówią że sprawa dworca w Skagen nabrała miary międzynarodowego skandalu, dotarła nawet do Bolesława Bieruta. Ten tak się śmiał że zabronił surowo karać polskich rybaków, pozwolił Kulikom żeglować na łowiska przez kanał Kiloński a rybakom zapowiedział tylko żeby sztormy odczekiwali w portach holenderskich, bo Katany (tak z jakiś powodów nazywają Holendrów) mają u nas dług wdzięczności, w końcu to myśmy z generałem Maczkiem na czele, ich spod okupacji niemieckiej wyzwolili.

Napisał: Robust Stwardniałek